obrazek
lis
18

Ukraińskie TOP5

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Wracając niedawno z Ukrainy miałem bardzo dużo czasu na przemyślenia. Przejazd „Barbakana” z Przemyśla do Poznania to bez mała dwanaście godzin jazdy, co pozwala gruntownie pochylić się nad niektórymi sprawami. Stwierdziłem wówczas, że piąta już wizyta w tym wspaniałym kraju upoważnia mnie do tego, żeby co nieco móc o nim opowiedzieć. Znawcą Ukrainy oczywiście jeszcze nie jestem i bardzo daleko mi do tego miana, jednak pięć wizyt wydaje się być dobrą okazją na pewne podsumowanie. I tak, dumając sobie w PKP, gdzieś na wysokości Rzeszowa wpadłem na pomysł: subiektywne TOP5 to jest to!

Numer #5: Bałakława

Balaklava

Długo się zastanawiałem czy Bałakławę w moim subiektywnym rankingu ująć. Obecnie stanowi ona część Sewastopola a co za tym idzie znajduje się na Krymie. Trudno rozstrzygnąć czy mówimy jeszcze o terytorium Ukrainy czy już bezpowrotnie kraj ten utracił półwysep na rzecz Rosji. Odpowiedzi na to pytanie nie potrafię udzielić przyjmuję więc, że skoro była to Ukraina gdy Bałakławę odwiedzałem, to ma ona pełne prawo do znalezienia się w zestawieniu.

Największą osobliwością Bałakławy są wybudowane w czasach Związku Radzieckiego sztolnie a dodać wypada, że są to sztolnie nie byle jakie – długie na półtora kilometra, szerokie na przeszło dwadzieścia metrów. System kanałów pozwalał pomieścić nawet osiem okrętów podwodnych. Obiekt ten był do niedawna udostępniany dla turystów ale trudno mi powiedzieć jak się sprawy mają obecnie. W każdym razie, zwiedzając sztolnie można było usłyszeć pewną ciekawostkę, że cały obiekt przygotowany był w taki sposób, by łódź podwodna mogła do niego wpłynąć bez wynurzenia, przejść niezbędne naprawy i serwis a następnie wypłynąć w Morze Czarne również niewynurzona.

W Bałakławie znajdziemy również inne smaczki. Będąc na miejscu nie można przegapić na przykład ruin genueńskiej twierdzy Czembalo a także (a może przede wszystkim) wspaniałych nadmorskich plaż. Osobiście polecam tą, którą zwą „Srebrną”, w pakiecie z wyrobami domowej roboty etatowej plażowej Babuszki.

 Numer #4: Pop Iwan

Pop Iwan

Wyjaśnić muszę czemu zdjęcie tak wątpliwej jakości (z resztą skanowane ze zdjęcia wywołanego) trafiło do tego wpisu. Wyjazd w ostępy Czarnohory był moim pierwszym poważniejszym wyjazdem za granicę zorganizowanym na własną rękę. Było to już ładnych parę lat temu, w dodatku zdjęcia robiłem wówczas tak zwaną jednorazówką a że koniecznie chciałem zamieścić tu własny produkt, to efekt jest jaki jest. Sentyment do fotografii z tego wyjazdu mam jednak ogromny, podobnie jak do samego Popa Iwana.

Jest to góra niewysoka (2022 m.n.p.m.) a mimo to bardzo atrakcyjna; nie dość, że wpisana jest w urzekający krajobraz to jeszcze dźwiga na swych barkach piękną budowlę zwaną niegdyś Białym Słoniem. Obecnie budynek to zupełna ruina warto mieć jednak na uwadze, że w czasach swej świetności było to bardzo nowoczesne obserwatorium astronomiczno-meteorologiczne wybudowane za ogromną jak na ówczesne realia kwotę.

Nie Biały Słoń był jednak tym, co w bezpośrednim sąsiedztwem Popa Iwana urzekło mnie najbardziej. To co najbardziej zapadło mi w pamięć, to samotne osady ludzkie rozrzucone na jego stokach. Po dziś dzień uwierzyć nie mogę, że na przełomie tysiącleci, niemal w centrum Europy, nadal odnaleźć można było chaty słomą kryte z klepiskiem zamiast podłogi. Powiecie: jasne, takie chaty to nawet w Polsce jeszcze znajdziesz. Owszem, ale pod Popem Iwanem stary i do granic możliwości pomarszczony pasterz w chacie swojej miał palenisko, na którym w ogromnym kotle wyrabiał sery i na tej czynności oraz hodowaniu trzódki upływało mu życie. Jak utrzymywał, raz w miesiącu schodził do oddalonego o wiele kilometrów Rachowa, by wyrobione przez siebie nabiały zamieniać na inne dobra. Chleb był dla niego i jego rodziny prawdziwym rarytasem. Było to trochę jak wizyta w Biskupinie.

Numer #3: Stacja Arsenalna i okolica

Arsenalna

W Kijowie można zobaczyć i zrobić wiele fantastycznych rzeczy, najlepiej jednak jest wysiąść z metra na stacji Arsenalnej. Na przestrzeni zaledwie dwóch kilometrów podróżny dostaje obuchem w głowę trzykrotnie: pierwszy raz wytaczając się (bo z uwagi na tłok o wysiadaniu nie ma mowy) z kolejki wprost na peron najgłębszej stacji metra świata (tak! 105 metrów poniżej poziomu gruntu!), następnie oglądając złote kopuły Ławry Peczerskiej, a trzeci raz po dotarciu do Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

O ile atrakcyjności pierwszych dwóch miejsc wyjaśniać nie trzeba o tyle w przypadku tego plenerowego muzeum słówko wyjaśnienia się należy. Otóż najzwyczajniej w świecie przytłacza. Punktem centralnym parku jest Pomnik Matki Ojczyzny wokół którego narosło już kilka nie do końca zweryfikowanych legend. Ukraińcy powiadają, że ten 62-metrowy gigant wykonany jest z tytanu (mało prawdopodobne ale któż to wie). Jeśli liczymy jego wysokość wraz z stanowiącym cokół budynkiem, wówczas figura osiąga sto dwa metry. Podobno, swego czasu był to najwyższy pomnik dawnego ZSRR co nie do końca podobało się w Moskwie. W związku z tym, miecz Matki Ojczyzny został dość drastycznie skrócony spychając monument na drugie miejsce wśród elitarnego rankingu pomników Związku Radzieckiego. Tej historii również należy słuchać z przymrużeniem oka.

Co jednak można powiedzieć z całą pewnością i co na pewno cieszyło moskiewskich dygnitarzy, to fakt iż pomnik wybudowano w tym a nie innym miejscu aby górował nad Ławrą Peczerską, potwierdzał świeckość kraju oraz wyższość władzy sowieckiej nad duchowną.

Numer #2: Kisielin

Kisielin

Właśnie przez Kisielin ukraińskie TOP5 dorobiło się przymiotnika „subiektywne”. Bo jakby nie patrzeć do Kisielina dotrzeć jest niełatwo a na miejscu nie zobaczymy zapierających dech w piersiach zabytków, które wynagrodziły by trudy podróży. W zamian za to, wizyta w Kisielinie niesie za sobą niesamowity ładunek emocjonalny. Tak było w moim przypadku i tak byłoby zapewne w przypadku każdego, kto ma choć mgliste pojęcie o Rzezi Wołyńskiej.

Widoczne na zdjęciu ruiny kościoła były świadkiem jednej z wielu zbrodni, jakie miały miejsce na terenie dawnego województwa wołyńskiego. W sielankowym krajobrazie otaczającym Kisielin doszło do mordu na ogromną skalę za sprawą oddziału Ukraińskiej Powstańczej Armii, który w lipcu 1943 roku zgładził dziewięćdziesięciu cywilnych, polskich mieszkańców wsi. Do masakry doszło tuż po zakończeniu mszy w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny a cała historia wraz tłem historycznym została opowiedziana w rewelacyjnym filmie dokumentalnym pt.: „Było sobie miasteczko”, do którego obejrzenia gorąco zachęcam: ODNOŚNIK DO FILMU NA YT.

Jak już się do Kisielina dotrze, to warto pokręcić się trochę po okolicy. Można przyjrzeć się z bliska życiu zachodnioukraińskiej wsi a dodać wypada, że jest ona położona bardzo malowniczo, wśród rozległych łąk i lasów.

Numer #1: Prypeć

Prypec

Prypeć narodził się dzięki elektrowni w Czarnobylu i przez nią też skonał, opuszczony pośpiesznie przez swoich mieszkańców po zaledwie szesnastu latach bytności. Obecnie do Prypeci organizuje się komercyjne wyjazdy i każdemu kto się zastanawia czy wziąć w takim wyjeździe udział podpowiadam, że warto. Miasto w chwili obecnej jest swoistym muzeum czasów sowieckich a to za sprawą pozostawionych przez mieszkańców przedmiotów codziennego użytku. Tych oczywiście przedmiotów, które jakimś cudem nie zostały zgrabione po 1986 roku. W chwili katastrofy w mieście porzucono również przygotowania do Święta Pracy przez co zaglądając do niektórych budynków i pomieszczeń znajdziemy uszykowane na tę okazję wstążki, ozdoby i portrety przywódców.

Prypeć to przede wszystkim pełna bólu historia niemalże 50.000 mieszkańców, których los zmusił do pozostawienia życiowego dobytku i do zmiany miejsca zamieszkania. Może właśnie przez to wizyta w mieście niesamowicie działa na wyobraźnię i tak silnie oddziałuje na zwiedzającego. Ze swojej strony dodam, że największe (niestety ponure) wrażenie zrobiła na mnie wizyta w szkole podstawowej. To chyba dlatego, ze dramat dzieci przeżywa się bardziej niż dramat osób dorosłych.

Nie bez powodu jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Prypeci stał się ubrany w żółte wagoniki diabelski młyn. Obiekt sam w sobie zmusza do chwili refleksji ale gdy dodatkowo pozna się jego historię, która opowiada nam, że choć został stworzony dla ludzkiej przyjemności a nigdy nie zabrał na przejażdżkę choćby jednej osoby, wówczas oderwać od niego wzrok jest jeszcze trudniej. Tworząc ten subiektywny, skromny ranking, jedyne czego byłem pewien od samego początku to faktu, że Prypeć na pewno znajdzie się na miejscu numer jeden.

Zamiast podsumowania – mapka do wpisu:

mar
06

Oda do jogurtu

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Kuchnia w Emiratach jest połączeniem kulinarnych tradycji Bliskiego Wschodu i innych kuchni azjatyckich. Szczególnie obecnie, kiedy w Emiratach żyje ponad sto różnych narodowości a w niektórych częściach kraju obywatele ZEA stanowią liczebną mniejszość. Przed wyjazdem do Emiratów spotkałem się ze stwierdzeniem, że jest to doskonały cel podróży dla wegetarian z uwagi na mnogość miejsc, w których serwowane są dania pakistańskie i indyjskie. Potwierdzam – restauracji z tych dwóch krajów nie brakuje. Korzystałem, spożywałem, wiele nie płaciłem i generalnie polecam. Zawsze jednak starałem się celować w kuchnię lokalną i choć okazji nie było wiele to kilka kulinarnych wynalazków zabrałem ze sobą do Polski (niektóre z nich dosłownie).

Typowy europejski turysta prędko zwróci uwagę na dwie charakterystyczne cechy lokalnej kuchni: brak wieprzowiny i alkoholu. Wieprzowina jest podobno dostępna w co bardziej ekskluzywnych hotelach. Oznacza się ją w menu w sposób nie budzący wątpliwości tak, aby nie doszło do pomyłki przy zamówieniu. Co do alkoholu to sprawa ma się tak: jeśli jest łatwo dostępny to wówczas jest drogi, jeśli jednak się trochę człowiek namęczy w poszukiwaniu wyskokowych trunków to napije się tanio. Nie ma problemu z nabyciem alkoholu w przyhotelowych restauracjach i niektórych innych lokalach jednakże cena piwa butelkowanego w takim miejscu to od 35 zł wzwyż. Wyjątkiem są dwa sąsiadujące ze sobą Emiraty: Sarjah i Ajman. W tym pierwszym panuje bezwzględny zakaz sprzedaży alkoholu. W drugim zaś, alkohol można nabyć w wyspecjalizowanych sklepach (co nie dotyczy oczywiście muzułmanów). Miejsca te jest jednak trudno odnaleźć w terenie a jeszcze trudniej jest uzyskać informację o ich lokalizacji. Warto jednak podjąć trud – to w Ajmanie można kupić tani alkohol.

Napitki:

Laban up: tytuł tego wpisu zawdzięczamy temu przepysznemu napojowi. Najłatwiej jest mi go przyrównać do posolonego, pitnego jogurtu. Brzmi niezachęcająco ale i porównanie nie jest najcelniejsze. To trochę jakby o argentyńskim dulce de leche powiedzieć, ze smakuje jak karmel. Laban up jest pyszny. Naprawdę. W poglądzie tym nie jestem osamotniony; szukając informacji dotyczących wpisu trafiłem na – uwaga! – odę do Laban up’a! LINK DO ODY. Niestety tylko dla anglojęzycznych czytelników ale niech sam fakt stworzenia ody do jogurtu będzie dla Was potwierdzeniem, że odwiedzając Emiraty obowiązkowo trzeba go spróbować.

Karak. Nie wiem czy bardziej pokochałem Laban up czy herbatę karak. Bo karak to właśnie herbata (wiem, znów niezbyt zachęcająco) która najprawdopodobniej przywędrowała na Półwysep Arabski z Chin. Sekretem niepowtarzalnego smaku karaku jest kardamon, przyprawa o smaku nieporównywalnym do niczego. Przepis jest prosty – herbatę ekspresową zalewamy w niedużym kubku wodą (najlepiej już ugotowaną z cukrem), dodajemy mleko i kardamon. Jeśli woda nie była osłodzona, to do herbaty dodajemy cukier. Cukru nie żałujemy – karak ma być słodki. Brzmi banalnie ale cały ambaras polega na tym, że do Czaj Karak dodać należy KONKRETNE mleko. Na sklepowej półce wygląda jak zwykłe skondensowane ale skondensowane wcale nie jest. Najpopularniejszym mlekiem do karaku jest to spod znaku Rainbow, sprzedawane w różnych wariantach – oryginalnym lub z kardamonem. Zamawianie karaku z punktu widzenia mieszkańca Emiratów polega na podjechaniu pod najbardziej obskurnie wyglądającą budę, trąbieniu na obsługę, zamówieniu czaju (oczywiście nie wysiadając z samochodu – oj leniuszki, leniuszki) i zapłacie jednego (niesłownie: 1) dirhama. Jeden z poznanych Arabów powiedział mi, że w Emiratach dostanę ponad 40 rodzajów karaku – nie jestem pewien czy mu wierzyć ale kto wie, kto wie…

Obiady:

Miałem to szczęście, że dwukrotnie w Emiratach (a na dokładkę jeszcze raz w Polsce) załapałem się na obiad przygotowywany przez mieszkańców regionu. Okoliczności w jakich przyszło mi spożywać te posiłki były naprawdę wyjątkowe – pierwszy raz w górach Omanu w sąsiedztwie ukrytego wśród skał kanionu, drugi raz nad brzegiem Zatoki Omańskiej w Emiracie Fujairah. Podjąłem starania aby ustalić co dokładnie spożywaliśmy ale z moim korespondentem z ZEA nie do końca się rozumiemy (chyba idea wpisu o kuchni arabskiej nie do końca do niego przemawia). Obiecuję uzupełnić te informacje jak tylko uda mi się ustalić nazwę ptaka, który nie był kurczakiem i nazwę ryby, która nie była żadną znaną mi z Polski rybą, a które ze smakiem pałaszowaliśmy podczas posiłków. Dania składały się jednak przede wszystkim z ryżu ze znaczną ilością arabskich przypraw oraz z warzyw. Bardzo przypadł mi do gustu zwyczaj rozkładania na ziemii ogromnych dywanów na których, oczywiście na bosaka, siadaliśmy wspólnie wokół ogromnych mis z jedzieniem, i wspólnie spożywaliśmy posiłek. Arabowie rzecz jasna, w zastępstwie dla sztućców, jedli palcami (wyłącznie prawej dłoni).

Powyżej znajduje się opis zaledwie ułamka kuchni rodem z Emiratów (nie spośób zjeść wszystkiego) ale w licznych punktach gastronicznych dostaniemy także inne tradycyjne potrawy takie jak hummus, kebab czy falafel (ten ostatni robią naprawdę wybitnie smaczny!!). Można pokusić się o stwierdzenie, że Emiraty nadają się całkiem nieźle na cel podóży dla smakoszy. Dla poszukiwaczy nowych smaków – mięso z wielbłąda. Nie próbowałem – jak ktoś się odważy niech da znać czy warto!

 

lut
12

Naj Dubaj

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Opowieści o Zjednoczonych Emiratach Arabskich zacznę od rzeczy najbardziej prozaicznych, czyli od wszystkiego co jest w tym kraju „naj”. W skali regionu, kontynentu a w szczególności świata. Zjawisk, które można określić przedrostkiem „naj” w Emiratach nie brakuje dlatego z całą pewnością istnieją takie, których zobaczyć mi się nie udało (lub nie mam świadomości tego, że są „naj”). Nie szkodzi – tradycyjnie pozostawiam coś na kolejną wizytę, a do ZEA chętnie wrócę, choć przyznaję, że nie zawsze było bajecznie (o czym mam nadzieję uda się napisać w jednym z następnych wpisów). A więc cóż ciekawego z przedrostkiem „naj” można znaleźć we wschodniej części Półwyspu Arabskiego? Co nieco na ten temat poniżej (a zdjęcia w Galerii 3).

Burj Khalifa (Burdż Chalifa)

Od tego pana nie sposób nie zacząć. Przyznaję: lubię ten budynek. Nie mam pojęcia dlaczego bo dotychczas szkło i aluminium mnie nie urzekało ale na „Burdża” po prostu miło jest popatrzeć. Trudno go z resztą nie zauważyć; ten kolos mierzy 829 metrów wysokości i liczy sobie 163 użytkowe piętra. Podobno widać go z odległości 90 kilometrów. Nie sprawdzałem prawdziwości tej tezy ale po spędzeniu kilku tygodni w Dubaju stwierdzić muszę, że właściwie nie przypominam sobie dnia, żebym z takiej czy innej perspektywy go nie oglądał. Wśród widoków na „Burdża” mój prywatny ranking wygrywa z ogromną przewagą ten, ze wznoszącego się samolotu. Bezchmurna noc, czyste niebo, pozostałe drapacze chmur daleko w dole a Burdż Khalifa ciągle wystawia swoją szpicę ponad nasze głowy. Przepiękne. Na koniec to, od czego powinienem zacząć: jest to najwyższy budynek świata.

U stóp „Burdża” znajduje się naj-atrakcja w postaci pokazu fontann, który według niektórych źródeł jest największym choreograficznym systemem tego typu na świecie (zajmuje powierzchnię 30 akrów). Piękne przedstawienie, zwłaszcza po zmroku. Zdecydowanie warto poświęcić jeden wieczór i obejrzeć kilka pokazów pod rząd, które widzowie mogą podziwiać co 30 minut. Za każdym razem pokaz jest inny.

Dubai Marina

Dzielnica Marina w Dubaju do listy budynków z przedsrostkiem „naj” dorzuca dwie pozycje. Jedną z nich jest piękny wieżowiec Princess Tower, mierzący 414 metrów i 107 kondygnacji. To prawie dwa razy mniej niż Burj Khalifa, jednakże Princess Tower dzierży tytuł najwyższego mieszkalnego bydunku świata. Na dziewięćdziesiątym siódmym piętrze znajduje się punkt widokowy, z którego doskonale widoczna jest jedna z największych (ale jednak nie największa ha ha!) sztucznych wysp świata – Palma Jumeirah. Punkt widokowy jest bezpłatny ale dostępny tylko dla rezydentów i ich gości. Jak się więc dostać do środka? Przed wejściem przestajemy być turystami (chowamy aparat do plecaka), do budynku wchodzimy pewnym krokiem, kiwamy poufale do ochrony i kierujemy się prosto do wind. Voila!

Tuż obok Princess Tower powstaje drapacz chmur, który doskonale obrazuje politykę Dubaju polegającą na robieniu niemożliwego, zadziwianiu świata i popularyzowaniu regionu przez realizację drogich projektów. To Cayan Tower, najwyższy na świecie spiralny, skręcony o 90 stopni, wieżowiec. Nie jest niski nawet jak na realia Dubaju: 310 metrów i 75 pięter, co przy tak nietypowej konstrukcji robi wrażenie.

Naj hotele

W mieście, którym znajduje się najwyższy budynek świata nie mogło zabraknąć najwyższego hotelu. Jest nim nim mierzący 355 metrów i 77 pięter JW Marriott Marquis Dubai Hotel. W moim subiektywnym odczuciu bliźniacze wieże Marriotta (bo budynki są dwa) do szczególnie urodziwych nie należą dlatego chciałbym się skupić na prawdziwej, jak na laickie oko, perełce architekury, Burj Al Arab (Burdź al-Arab). Do 2007 r. dzierżący tytuł najwyższego hotelu świata, obecnie (licząc sobie 321 metrów i 60 pięter) jest numerem trzy. Skąd więc wziął się w nieniejszym zestawieniu „naj”? Otóż Burdż al-Arab uchodzi za najbardziej luksusowy hotel na świecie. Utarło się go określać mianem siedmiogwiazdkowego, choć używana skala oceny standardu hoteli może przyznać maksymalną wartość pięciu gwiazdek i taką też ocenę oficjalnie ma Burdż al-Arab. Co ciekawe, zgodnie z informacjami wyczytanymi w sieci, właściciele hotelu nigdy sami nie użyli sformułowania o siedmiu gwiazdkach lecz to opinia użytkowników poniosła w świat taką wiadomość. O budynku można napisać wiele i naprawdę zachęcam do przeczytania innych źródeł w poszukiwaniu ciekawostek na temat popularnego „żagla”. Na przykład tej, że zbudowanny został na sztucznej wyspie, a to dopiero początek rewelacji…

Port Lotniczy Dubaj

W lotniczej nomenklaturze DXB. Zupełnie nieświadomie stałem się częścią rekordu jaki dubajskie lotnisko pobiło w 2014 r. Otóż w roku ubiegłym, ów port lotniczy obsłużył 68,9 mln pasażerów międzynarodowych, spychając z piedestału – w tej kategorii – takie kolosy jak Heathrow, Hong Kong, Paryż, Amsterdam, Singapur i Frankfurt. Cóż za radość dla fana latania! Wprawdzie mam świadomość, że wynik ten obejmuje wyłącznie loty międzynarodowe (do amerykańskiej Atlanty, króla lotów krajowych, jeszcze trochę Dubajowi brakuje) ale pamietam również, że jeden z pasów startowych DXB był zamknięty przez 80 dni z powodu remontu. To nie jedyne „naj” portu lotniczego w Dubaju. W sieci szepczą, że Terminal 3 jest największym budynkiem na świecie pod względem powierzchni. To chyba dlatego wewnątrz lotniska znalazło się miejsce na żywe palmy, hotel czy centrum odnowy biologicznej. Mają rozmach.

Pierścień mocy!

O budynkach chyba już wystarczy choć to one przede wszytskim stanowią o wszelkich „naj” Emiratów. Można jednak znaleźć i inne naj-zjawiska jak na przykład, największy na świecie złoty pierścionek. Bagatela 63 kilogramy (dla wyjątkowo silnej wybranki jak widać) wyceniany jest na nieco ponad 500.000,00 dolarów. Przy jego tworzeniu pracowało 55 wyrobników przez 45 dni (przez całą dobę!). Właściciel jest uparty – nie chce sprzedać świcidełka mimo licznych zapytań. Pierścionek, co z resztą nikogo nie dziwi, dorobił się Rekordu Guinnessa i jest do obejrzenia w Dubaju, na wystawie sklepu jubilerskiego Kanz Jewels LLC, tuż przy wejściu na Deira Gold Souk (bazar złota).

Wielki Meczet Sheikh Zayed

Przyznaję, że poza Dubaj wybierałem się nie tak często jak planowałem, jednak udało się zobaczyć co nieco z przedrostkiem „naj” w ościennych Emiratach. Tu na chwilę warto się zatrzymać przy Wielkim Meczecie w Abu Zabi. Co ciekawe, pomimo powszechnego zamiłowania w Emiratach do robienia rzeczy największych na świecie, meczet ten choć ogromny, zajmuje coś około dziesiątego miejsca wśród największych tego typu budowli na naszym globie, wspomniane „naj” znajdują się zaś wewnątrz świątyni. Pierwsze z nich, to największy na świecie ręcznie tkany dywan. Każdy z odwiedzających budynek ma przyjemność pochodzić po miłej tkaninie na bosaka – jak wiadomo, do meczetu wejść można wyłącznie po zdjęciu butów. Tuż nad dywanem znajduje się natomiast żyrandol. Wielki żyrandol. Czy największy na świecie? Z całą pewnością nie stwierdzę, bo opinie w Internecie są podzielone. Podobnie z resztą kwestia ma się w przypadku dywanu choć tu sieć skłania się jednak ku Abu Zabi. Czy dywan i żyrandol są „naj” czy też nie, jest to rzecz drugorzędna. I bez tego warto wybrać się do stolicy Emiratów zobaczyć Wielki Meczet: otaczające budowle baseny, 82 kopuły, 1000 kolumn – chociażby dlatego.

Wracając jednak do Dubaju i jego wszelkich „naj“ nie można pominąć, że jest powszechnie uznawany za najdynamiczniej rozwijające się miasto na świecie. Szacuje się, że około 20% wszystkich żurawi budowlanych świata znajduje się w tym Emiracie. Z drugiej zaś strony Dubaj ma, jak przypuszczam, jeden z najniższych na swiecie wskaźników zamieszkania przez rdzennych mieszkańców w stosunku do emigrantów. Według różnych źródeł obywatele Zjednoczonych Emiratów Arabskich stanowią ok. 20% wszystkich osób zamieszkujących Dubaj. Na tej informacji czas zakończyć niniejszą wyliczankę. Więcej „naj” nie pamietam, wszystkie pominięte jakoś odżałuję. Więcej o Dubaju (nie tylko o rzeczach „naj”) już wkrótce (oby!).

lis
22

Nie taka znów nowa, świecka tradycja

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Poznaniakom, 11 listopada, kojarzy się w pierwszej kolejności z rogalami świętomarcińskimi, w drugiej zaś ze Świętem Państwowym. Osobiście jednak, od czterech lat, mam zgoła odmienne skojarzenia związane z tym dniem. I nie, nie chodzi tu o moje imieniny (choć to miłe, że z tej okazji mieszkańcy miasta wywieszają flagi na maszty :) ) ale o to, że korzystając ze zwykle wydłużonego w tym okresie weekendu, wraz z podróżniczymi współtowarzyszami, dokonujemy zwiedzania europejskich stolic. Przekornie, pomimo jesiennego charakteru wyjazdu, za cel zawsze obieramy sobie miasta położone na północ od Poznania. Dotychczas gruntownie zapoznaliśmy się z Oslo, dwa lata później ze Sztokholmem, w tym roku łupem padło zaś Wilno.

Wilno – zarazem blisko jak i daleko; z grubsza 750 km z Poznania. Istnieje jednak komfortowa i bardzo korzystna finansowo opcja dotarcia do stolicy Litwy. Opcja ta nazywa się „autobus Simple Express” (http://www.simpleexpress.eu/pl). I tu rada praktyczna: przewoźnik Simple Express ma dla podróżnych stałą promocję, która polega na tym, że pierwsze 5 miejsc w każdym autobusie kosztuje 12 zł za przejazd, bez względu na relację autobusu i długość jazdy. Super, prawda? Jest jednak haczyk – trzeba być szybkim. Ale i na to jest sposób – wystarczy pamiętać, że przewoźnik uzupełnia pulę biletów regularnie, to jest zawsze równo 6 miesięcy przed planowanym rejsem. Do tego dodajemy wiedzę, że Simple Express jest firmą estońską, w związku z czym nowa pula biletów pojawia się zawsze o godz. 23.00 czasu polskiego (punkt północ w Estonii). Kto z nas może mieć jednak pewność, że za pół roku pojedzie do Wilna? Cóż, wystarczy na przód zaplanować sobie jeden z wielu polskich długich weekendów – jeśli plany nie dojdą do skutku to stratę 12 zł da się jakoś przeżyć.

Jeśli powyższa rada się komuś przysłuży, będę bardzo zadowolony, a wracając do meritum przyznaję, że Wilno przez pierwszy dzień, góra dwa, oferuje sporo do zobaczenia. Przede wszystkim klasyki, z których miasto słynie, warte są odwiedzenia – wieża Giedymina, kościół św. Anny, Ostra Brama, Wzgórze Trzech Krzyży – długo by jeszcze wymieniać. Z mniej standardowych wyborów polecam spacer, w szczególności wieczorny, ulicą Literatów (Literatų gatvė). Na ścianach budynków stojących przy tej ulicy współcześni artyści przygotowali otwartą ekspozycję upamiętniającą najznamienitszych pisarzy litewskich, polskich i białoruskich. Każdego z autorów upamiętnia jedna praca plastyczna. Jest to bardzo interesująca ekspozycja, klimatycznie oświetlona, zlokalizowana w mało uczęszczanym zaułku okolic starówki. Warto.

Dla nas jednak najważniejszym punktem programu miała być wizyta na wileńskiej Rossie i tamtejszym cmentarzu. Nie ukrywam, że spotkał nas tam mały zawód; sądziliśmy, że kilka dni po Wszystkich Świętych i Dniu Zadusznym, późnowieczorna wizyta na cmentarzu będzie niezapomnianym przeżyciem wywołanym tysiącami zapalonych na grobach zniczy. Nic z tych rzeczy – nieliczne tylko groby wyglądały na odwiedzone w ostatnim czasie. Rossę odwiedziliśmy dwukrotnie – za dnia i po zmroku. Podczas drugiej wizyty kątem ucha usłyszałem słowa przewodniczki wyjaśniającej, że malownicze położenie cmentarza na zalesionych wzgórzach wynika z przesądu założycieli, „że ani zmarłym ani odwiedzający nie będzie miło na otwartym terenie, gdzie zimą wieje a latem słońce praży”. Trzeba przyznać, ze położenie nekropolii, o ile można się tak wypowiedzieć o cmentarzu, jest bardzo urokliwe. Naszą uwagę przykuły w szczególności ślady polskich kibiców odwiedzających, najwyraźniej całkiem niedawno, groby Polaków na Litwie. Znicz w kształcie i w barwach Legii na grobie Marszałka wręcz mnie rozrzewnił :)

 

 

 

Jako, że po dwóch dniach można uznać, iż wszystkie punkty „must see” zostały już w Wilnie odhaczone, przyszła pora na wycieczkę poza miasto. Wczesnym rankiem ruszyliśmy na dworzec autobusowy skąd rozklekotaną marszrutką pojechaliśmy do miejscowości Medininkai. Niejeden zapyta co jest ciekawego w Medininkai? Spieszę wyjaśnić, że w miejscowości tej zaczyna się szlak na najwyższą górę Litwy. UWAGA – całe 293,84 metra nad poziomem morza! Aukštojas, bo taką nazwę nosi góra, jest najwyższą na Litwie zaledwie od 2004 roku. Nie to żeby znacznie urosła przed tym rokiem – dokonane jedynie zostały nowe, dokładniejsze pomiary. Tym sposobem Aukštojas zdetronizował, dotychczas noszącą miano najwyższej, Józefową Górę o całe 114 centymetrów. Dla pewności, gdyby kiedyś naukowcy zmienili zdanie, zdobyliśmy obydwa wierzchołki. Mamy zarazem przypuszczenie, że mogło to być pierwszy jesienny atak Polaków na tą górę. Kto wie…

A gdyby ktoś był zainteresowany, to kilka zdjęć dokumentujących moje wejścia na „najwyższą górę w danym państwie”, można sobie obejrzeć pod tym linkiem: TUTAJ! Póki co nie ma tego dużo.

paź
31

Our door is always open

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Trzy lata z okładem minęły od ostatniego wpisu na Lucky Trip. Szmat czasu, a byłoby w sumie o czym pisać od zamieszczenia ostatniej notki. Bo niekiedy wspólnie a czasem osobno, odwiedziliśmy od tego momentu łącznie prawie dwadzieścia państw (sam się zdziwiłem gdy się doliczyłem) i poznaliśmy kilka nowych regionów Polski. Dlaczego zatem nic nowego nie pojawiało się na blogu? Cóż, chyba jedyne wytłumaczenie jest takie, że nie wydarzyło się w międzyczasie nic na tyle spektakularnego, by w naszej ocenie załapało się na publikację dla szerszego grona :)

Może nadszedł czas by znowu zacząć zamieszczać tu jakieś treści. Żadnej regularności obiecać jednak nie mogę – raz, że kwestia przyszłych podróżniczych wariacji to jeden wielki znak zapytania a dwa, być może jest to tylko wynik bliżej nieokreślonego słowotoku, który mnie ostatnio napastuje i szuka ujścia. Na przykład niedawno wyżyłem się solidnie tu: LINK, pisząc relację z udziału w niebylejakich zawodach sportowych.

Jednak Lucky Trip od początku miał charakter podróżniczy i taki niech pozostanie. W ramach come back’u chciałem Wam opowiedzieć krótko o październikowym wyjeździe do UK. Ściślej – do Manchesteru. Kierunek, sami widzicie, nie należy do najbardziej egzotycznych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że chce się zobaczyć football w najlepszym wydaniu, to trzeba wówczas przyznać, że jest to doskonały wybór. Na Wyspy wybrałem się wraz z Bartkiem – niegdyś kolegą z pracy. Jak zwykle wszystko zaczęliśmy od d…rugiej strony. Bilety lotnicze do Doncaster kupiliśmy wiele miesięcy przed wyjazdem bo była promocja, nie wiedzieliśmy jednak wtedy co będziemy robić ani gdzie udamy się z lotniska. Jednym z pierwszych naszych posunięć było sprawdzenie gdzie, w niedalekiej okolicy od Doncaster, grają pierwszoligowe angielskie kluby. Przeglądaliśmy więc kalendarze rozgrywkowe Liverpoolu, Hull City, Man City i paru innych zacnych klubów i nagle trafiony zatopiony – Manchester United zagra u siebie z Evertonem podczas naszego pobytu w Anglii. Kierunek jazdy z lotniska sam się w ten sposób wybrał.

Dostać się tanio z Doncaster do Manchesteru nie jest jednak wcale tak łatwo. Kombinacji było sporo ale ostatecznie kupiliśmy, ze sporym wyprzedzeniem, bilety w MegaBusie (coś jak nasz PolskiBus choć tak naprawdę to PolskiBus jest czymś takim jak MegaBus). Cena znośna – 15 funtów za nas dwóch w obie strony. Po drodze była przewidziana przesiadka w Sheffield, która z perspektywy komputera w Polsce nie zapowiadała większych problemów. Na miejscu nie było już tak kolorowo. Oczywiście przed pójściem na dworzec w Sheffield, czyli mieście przesiadkowym, czas umililiśmy sobie spożywając piwo (względnie trzy) w typowym angielskim pubie – grzechem byłoby nie zacząć od tego przygody w UK :) Do dworca było półtorej godziny marszu i na miejsce dotarliśmy punktualnie o północy, czyli w chwili zamknięcia dworca dla pasażerów. To nic, że na zewnątrz temperatura wynosiła 6’C, cóż z tego, że przez całą noc kursowały autobusy. Dworzec zamknięty i basta; logika Brytyjczyków bywała dla nas niezrozumiała. Za to żeby nie nudziło nam się oczekiwanie, przez szybę zamkniętego dworca, obserwować mogliśmy piękny plakat zawieszony wewnątrz. Mają Brytole poczucie humoru, co nie?

Nie takie rzeczy robiło się z Bartkiem, zatem noc pod wiatą przystankową, z plecakiem pod głową i śpiworem naciągniętym na skostniałe z zimna ciało przetrwaliśmy bez większych problemów. Autobus przywiózł nas do Manchesteru wczesnym rankiem. Zrzuciliśmy zbędne rzeczy u naszych gospodarzy z CouchSurfingu i czmychnęliśmy na Old Trafford żeby… podjąć próbę kupna biletów. Aaa! Bo nie wspomniałem na początku tej opowieści, że mecz z Evertonem został wyprzedany na kilka miesięcy przed imprezą! Kolejka wcześniej – bilety dostępne. Kolejka później – nie ma problemu. Ale Everton wymieciony. Na nic wpisanie się na newsletter, aplikowanie do członkostwa w Klubie Kibica Czerwonych Diabłów, nawet wpis na listę oczekujących nic nie dał – biletów już nie było i nie szło nic z tym zrobić.

No ale nie poddaliśmy się bez walki. Na początku próbowaliśmy w oficjalnych kasach, u sprzedawców programów meczowych i w jakimś biurze, które wydawało bilety kolekcjonerskie. Nasze próby spełzły jednak na niczym. Zaczęliśmy się więc rozglądać za konikami. Pierwszy (nr 1) trafił się szybko. Wysoki, postawny czarnoskóry jegomość (mam nadzieję, że jest to poprawne politycznie stwierdzenie) podszedł do nas i konspiracyjnie spytał:

– Potrzebujecie bilety?
– Tak, dwa.
– 150 funtów każdy
– (śmiech)
– Ile możecie dać?
– Maksymalnie 50 funtów za jeden.
– Nie ma szans

Ustaliliśmy sobie maksa na 50 funtów za bilet i postanowiliśmy się tego konsekwentnie trzymać. W najgorszym razie – powiedzieliśmy sobie – obok stadionu jest knajpa, gdzie na pewno transmitują mecz. Minęła dłuższa chwila, do meczu zrobiło się 20 minut, podszedł kolejny konik (nr 2), tym razem białas:

– Potrzebujecie bilety?
– Tak, dwa.
– 100 funtów za jeden.
– Damy maks 50.

Odszedł bez pożegnania ale Konik nr 1 wyczuł, że może być stratny i podszedł dokładnie z tą samą propozycją. Niestety znów się nie dogadaliśmy. Do meczu zrobiło się kilka minut, ze stadionu dochodziły nas już przyśpiewki kibiców, niekiedy oklaski – wiedzieliśmy już, że coś się dzieje. W tym samym momencie usłyszeliśmy jak drugi z koników ustala z kimś cenę 60 funtów za bilet. Natychmiast podbiegliśmy do niego i mówimy, że też chcemy.

– Gimmy sixty! – krzyczy konik
– Fifty, no more – Bartek zrobił się jakiś taki stanowczy.
– Ok, gimmy fifty QUICKLY! QUICKLYYYY!!

No to rzuciliśmy stówą very quickly i w tym momencie zostaliśmy wepchnięci w wir dziwnych zdarzeń. Pojawił się nagle trzeci Konik (znów białas, w komitywie z tym drugim) i utworzył jakąś nieformalną grupę złożoną z nas i kilku Brytyjczyków. Kazał iść za sobą no to poszliśmy. Obok mnie szła dziewczyna kiwała głową zrezygnowana – tu zapaliła mi się czerwona lampka: za co my właściwie zapłaciliśmy? Podeszliśmy całą grupą do drzwi awaryjnych i Konik nr 3 zapukał, na co drzwi otworzył Konik nr 4 – również czarnoskóry ale nie ten sam, co Konik nr 1. Przez ledwie widoczną szczelinę rzucił krótko: „teraz dwójka, reszta za pięć minut!”. Na to Konik nr 3 wepchnął dwie osoby przez drzwi awaryjne do środka. Gdzie? Nie wiedzieliśmy dokładnie ale naszła mnie taka myśl: Kuźwa, daliśmy łapówkę! Będzie o czym opowiadać po powrocie!

Czekając na kolejne uchylenie magicznych, czerwonych drzwi Konik nr 3 wydawał reszcie grupy instrukcje: „wchodzicie schodami awaryjnymi na samą górę, tam jeśli Was zapyta steward gdzie siedzicie, to mówicie, że wasz kumpel poszedł po żarcie, nie wiecie gdzie jest, on ma ze sobą bilety i nie wiecie gdzie macie usiąść. Wtedy steward wskaże wam wolne miejsca”. Brzmiało niewiarygodnie ale założyliśmy, że zadziała. Po jakimś czasie drzwi uchyliły się znowu: „następna dwójka!” – krzyknął Konik nr 4. Szybko wcięliśmy się z Bartkiem przed resztę grupy i pobiegliśmy po schodach. Na górze poczuliśmy się jakbyśmy wpadli w jakąś zasadzkę – przy każdym wyjściu na trybuny stał steward a nie chcieliśmy ryzykować, że zapyta nas gdzie mamy bilety – wszak biletów nie mieliśmy. Korzystając z chwili nieuwagi jednego ze stewardów wpadliśmy na trybunę i podjęliśmy decyzję, że idziemy w górę. To był dobry wybór – na nasze miejsca, przez cały mecz, nie przyszedł nikt awanturować się, że zajęliśmy jego, okupowane od dwudziestu lat, krzesełko.

Tym sposobem udało nam się uczestniczyć we wspaniałym widowisku jakim był mecz Czerwonych Diabłów z Evertonem. Co za emocje! Trzy bramki w tym dwie dla gospodarzy, obroniony karny i sędzia niestroniący od błędów, który wyprowadzał z równowagi rozsierdzonych kibiców United. Ogień!!! Nasz pobyt na Old Trafford, tuż obok trybuny sir Alexa Fergussona obrazują dwa najgorsze w historii zdjęcia zrobione w tym miejscu.

Reszta wyjazdu minęła już bez spektakularnych akcji, koników i wręczania łapówek. Nie obyło się jednak niestety bez kolejnego noclegu pod wiatą przystankową – tak Drodzy Czytelnicy, dworzec w Sheffield znów był zamknięty dla podróżnych. Ale historia kończy się happy endem. Bo choć wyjazd był niskokosztowy, to jednak płatności w funtach szterlingach w sposób znaczny nadszarpnęły mój budżet. Los był jednak wyrozumiały, bo tuż po powrocie, spacerując ulicami Poznania, natknąłem się na takie oto znalezisko:

Nieźle, nie? Do następnego razu!

 

cze
30

Lucky Trip znów nadaje!

Posted by Magda i Marcin

Czy ktoś jeszcze zagląda na tą stronę? Nadajemy raz jeszcze, po jakże dłuuugiej przerwie. W dużej mierze tylko po to, ażeby się trochę pochwalić ;-) Otóż jakiś czas temu wysłaliśmy pracę na konkurs pt. Paragon z Podróży, a tematem naszego paragonu była oczywiście ostatnia podróż do obu Ameryk. Tak do końca to nie jesteśmy pewni, które zajęliśmy miejsce, ale Organizatorzy określili je jako 2-5 (nie wyróżniając kto był drugi, a kto piąty). Co nas cieszy najbardziej to, że będziemy mieli teraz mnóstwo literatury podróżniczej do przebrnięcia, bowiem wespół zespół wygraliśmy łącznie 5 książek wydawnictwa Otwarte oraz Znak. Nic tylko czytać.

Ale żeby nie było, że wpadamy tu rzadko i to w dodatku żeby naokoło się chwalić, zamieszczamy mały bonus w postaci filmu z Ekwadoru. Jak pamiętacie w wyniku kradzieży straciliśmy trochę fotek i filmików z komputera ale cały czas działamy ażeby wszystko odzyskać i pewne efekty, choć nie oszołamiające, już są. Jednym z nich jest właśnie wspomniany wyżej film dokumentujący tradycyjny ekwadorski taniec na cześć Wędrującego Dzieciątka – El Nino Viajero. Tak naprawdę to cała uroczystość z tym związana odbyła się dzień przed nakręceniem filmiku (tu jest galeria zdjęć z miasta Cueca) ale następnego dnia mieliśmy sporo czekania na autobus więc wybraliśmy się na krótki spacer po mieście a tu niespodzianka – w innej części miasta, wielbiona w Ekwadorze figurka wędrującego dzieciątka Jezus, trafiła wprost na nas! Taniec witający dzieciątko wyglądał oto tak:

Ecuador

Pozdrawiamy!

lut
27

The End

Posted by Magda i Marcin

No to czas na ostatni wpis. Niełatwo się za niego zabrać, bo piszemy już z domu (trochę to dziwne uczucie siedzieć we własnym pokoju i komunikować się z innymi ludźmi po polsku, ale chyba się przyzwyczaimy;). Ostatnim miejscem, które zobaczyliśmy w czasie tej podróży było Buenos Aires- nie obyło się bez przygód, ale do o tym zaraz.

Buenos Aires przez cztery z pięciu spędzonych tam dni bardzo nam się podobało. Trochę przypomina Nowy Jork, z ogromnymi drapaczami chmur, ale z drugiej strony można znaleźć wiele kolonialnej architektury i miejsc, które mają klimat. My zobaczyliśmy sławny w świecie cmentarz La Recoleta, gdzie jest pochowana Eva Peron (znana jako Evita), dzielnicę La Boca, w której tańczy się tango na ulicach (niestety to tango jest tylko pod turystów i tancerze jak harpie oczekują napiwków w zamian za swój taniec), stadion La Bomboniera- należy do zespołu Boca Juniors, oraz spróbowaliśmy kilku argentyńskich specjałów. Wszystko ładnie, nawet pięknie, po czym piątego dnia o godz. 7.30 stanęliśmy na przystanku autobusowym celem udania się na lotnisko. I tu przestało nam się Buenos podobać. Autobus nie przyjechał na czas, przyjechało za to auto z cwanymi rabusiami którzy ukradli nam mały plecak. Niestety w plecaku były nasze paszporty oraz kilka innych cennych dla nas rzeczy, więc jak się domyślacie z lotu powrotnego nici! Nie chcemy opisywać tej sytuacji, bo prawdę mówiąc wolelibyśmy zapomnieć jak najszybciej- powiemy tylko, że kilka kolejnych dni spędziliśmy na bieganiu po komisariatach, ambasadach oraz szukaniu nowych lotów. Podsumowując… nie, właściwie to nie możemy podsumować, bo wymagałoby to użycia bardzo niecenzuralnych słów w odniesieniu do argentyńskiej policji. Rzecz jasna na żadną pomoc z ich strony nie można liczyć, pewnie są w zmowie ze światkiem przestępczym. Pamiętajcie więc- jedyna metoda to bycie czujnym 24 h/ dobę.

„Dobrą stroną” tej kradzieży jest fakt, że Marcin miał spisane dwustronicowe podsumowanie podróży, które przepadło razem z plecakiem- macie farta, że nie musicie tego czytać;) Ale i tak podamy kilka faktów na temat naszej lucky trip:

– 6 miesięcy w podróży, ok. 22 000 przejechanych kilometrów
– 16 zwiedzonych państw (USA, Kanada, Meksyk, Belize, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia, Argentyna, Chile), po drodze używaliśmy tylko dwóch języków (angielski i hiszpański)
– 96 złapanych stopów, 10 podróży łajbą, 2 pociągi i 1 lot samolotem (nie licząc tych do i z Ameryki), reszta to obskurne autobusy ;)
– 42 noce spędzone u ludzi z couchsurfingu i hospitality club, 22 noce w namiocie, 6 nocy u ludzi których złapaliśmy na stopa i zaprosili nas na nocleg (dziękujemy!!!!!), 2 noce spędzone w kabinie ciężarówki, reszta w hostelach lub na terminalach obskurnych autobusów ;)
– ranking 3 państw, w których najlepiej się czuliśmy: USA, Meksyk i Ekwador
– najbardziej uprzejmi ludzie: Kanada i Kolumbia
– najgorsze napotkane paskudztwo: karaluchy, w tym jeden LATAJĄCY GIGANT!
– było ekstra, polecamy każdemu, kto rozważa, czy ruszyć w podróż!!!

No to dziękujemy za czytanie stronki i komentowanie- czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Nie chcemy nic obiecywać, ale może jeszcze kiedyś ta strona odżyje… ;)

Adios Amigos!

lut
19

Argentyńska wyżerka

Posted by Magda i Marcin

Zanim tu przyjechaliśmy, myśląc o argentyńskiej kuchni spodziewaliśmy się dużych ilości mięsa… i okazało się to prawdą;) Beef is king here! Ale wbrew pozorom, w całym kraju można także znaleźć coś pysznego i zarazem bezmięsnego. Oczywiście oprócz mięsa, Maradony i tanga, Argentyna słynie także z wina- ale o tym trunku za wiele byłoby do pisania zresztą żadni z nas kiperzy, więc ten temat pomijamy.

1. Yerba Mate!
Musi się znaleźć na pierwszym miejscu, bo piją ją namiętnie wszyscy Argentyńczycy, od małych dzieci po starszych ludzi. Nieodłącznym elementem każdej podróży jest tu termos z gorącą wodą- choć słyszeliśmy, że można pić także z zimną- oraz kubeczek do mate i bombilla (specjalna słomka do picia yerby). Zgodnie z tradycją, z jednej słomki pociągają wszyscy po kolei ;)

2. Carne Asado

Być w Argentynie i nie spróbować carne asado to poważne zaniedbanie. To też spróbowaliśmy (tzn. połowa z nas) ale trzeba przyznać, że jak na produkt z którego Argentyna słynie, ten stek aż tak nie zachwycił ;-) Mięso było dobre, a na co należy zwrócić największą uwagę to wielkość porcji – były po prostu przeogromne!

3. Milanesa

Kotlet z kurczaka lub z wołowiny (najczęściej jednak z wołowiny) serwowany w bułce – taki sandwich tyle, że ogromnym kawałem mięcha w środku. Milanesę podaje się jednak na różne sposoby, np. Milanesa Neapolitana to wołowina z serem, pomidorem i… szynką.

4. Pizza i Empanadas

Generalnie w Argentynie można znaleźć wiele nawiązań do włoskich potraw, na przykład pizzerie znajdują się na każdym rogu ;) Empanadas widywaliśmy już wcześniej w Peru i Boliwii ale te argentyńskie zdecydowanie smakują najlepiej. Są to ciacha nadziewane mięsem, warzywami, serem lub mixem tych składników. Niekiedy można na ulicy natrafić na szyld „Solo Empanadas” (Tylko empanady) i w takim lokalu dostaje się listę wielu nadzień do wyboru, na kartce zaznacza się ilość sztuk którą zamierza się skonsumować i wtedy pozostaje poczekać kilka minut aż wybrane przez nas empanady wyjadą z pieca. Pycha!

5. Alfajores

Uwaga – silnie uzależniające! Alfajory to nic wysublimowanego – po prosto ciastko z nadzieniem, ale nie wiedzieć czemu są tak smaczne, że gdy raz je spróbujesz to już zawsze będziesz chciał je jeść. Co do nadzienia, to w klasycznym wydaniu jest to tzw. Dulce de Leche (patrz punkt niżej) ale da się znaleźć także afajory o innym smaku, np. owoców lasu. W każdym razie alfajory są super słodkie i super smaczne. Tylko czekamy kiedy będzie można dostać je w Polsce.

6. Dulce de Leche

Skład jest bardzo prosty: mleko i cukier. Przypomina karmel, ale naszym zdaniem to jednak niej jest karmel, tylko po prostu dulce de leche;P

lut
15

Na koniec świata i kapkę dalej!

Posted by Magda i Marcin

Uwaga, proszę o fanfary! Mamy przyjemność zawiadomić, że misja została wykonana. W końcu, po ponad 5 miesiącach łazęgi, przeżyciu alaskańskich mrozów i środkowoamerykańskich wilgotnych upałów, po napotkaniu niedźwiedzi grizzly, bizonów, jaskrawozielonych węży i największych na świecie LATAJĄCYCH karaluchów, po wdrapywaniu się na wulkany, złażeniu do dna kanionu, po spenetrowaniu gwatemalskich jaskiń i belizejskiej dżungli, po zatruciu pokarmowym w Meksyku, przedarciu się przez kolumbijskie Andy, przekroczeniu równika w Ekwadorze oraz 15 stref czasowych, wreszcie po starciu z boliwijskimi kelnerami i argentyńską ciągnącą się w nieskończoność pampą, po tych wszystkich bardzo fajnych i tylko fajnych przygodach, postawiliśmy wreszcie TEN krok. Nic nie znaczący dla ogółu ludzkości, ale jakże wielki dla nas;) A zatem, 8 lutego bieżącego roku stanęliśmy u celu, czyli na Końcu Świata! Dobra koniec patosu, to tylko chwyt marketingowy :P Ushuaia nie jest wcale na końcu świata, bo:

1. Istnieje miasto wysunięte jeszcze bardziej na południe, czyli chilijskie Puerto Williams.
2. Przecież Ziemia jest okrągła więc o jakim końcu w ogóle tu mówimy? ;)

W każdym razie byliśmy tam, co więcej spłukaliśmy się nieźle na wycieczkę na pingwiny (w tym celu wydaliśmy forsę przeznaczoną na powrót autobusem do Buenos, co oznaczało konieczność łapania stopa w drodze powrotnej) i absolutnie nie żałujemy! Widzieliśmy kolonię kormoranów, lwów morskich (super) i pingwiny Magellanskie oraz Białobrewe (super razy milion). Pingwiny wskakują na pozycję numer jeden wśród wszystkich ptaków które widzieliśmy w czasie tej podróży. Nie mogliśmy się oprzeć i nakręciliśmy kilka filmików, nie jest to jakość HD ale i tak zapraszamy do obejrzenia. Polecamy zwłaszcza filmik Pingwiny 2- w rolach głównych nasi faworyci, czyli pingwin zszokowany widokiem ludzi i pingwin zaspany.

W drodze na Isla Pinguinera, minęliśmy latarnię morską która wyznacza symboliczny Koniec Świata (tak twierdzą Argentyńczycy), czyli suma summarum byliśmy za tym całym końcem. Z innych atrakcji dostępnych w Ushuaia, można wspomnieć o wycieczce na Antarktydę (skromne 3 tys dolarów za najtańszą z nich ;) lub na Przylądek Horn.

Kolejna ważna rzeczy o której musimy napisać, to fakt, że na południu Argentyny zaczęliśmy spotykać Polaków- był to z początku niezły szok, bo przez resztę podróży trafiliśmy na naszych rodaków może ze 3 razy, ale w Patagonii stało się to normą. Tu gorące pozdrowienia dla Magdy i Asi, które trafiliśmy w 4 różnych miejscach! Fajnie było, w końcu tak jak ze swoimi, z nikim wieczoru nie spędzisz;)

Z Ushuaia zawinęliśmy się szybko, wiedząc że musimy łapać stopa i przede wszystkim wiedząc, że w Argentynie autostop to nie taka łatwa sprawa. Mimo wszystko prowincja Tierra del Fuego (Ziemia Ognista) zaskoczyła nas pozytywnie i całkiem wartko dostaliśmy się do Rio Gallegos (to już na stałym lądzie, za Cieśniną Magellańską) skąd mogliśmy już wziąć autobus do Buenos Aires (jedyne 42 godzinki na czterech literach;). Dawno już nie wspominaliśmy o przekraczaniu granic, więc tym razem kilka słów o kuriozum które funduje chilijska granica. Otóż, część wyspy Tierra del Fuego należy do Chile i trzeba ten kraj przekroczyć aby dostać się z Argentyny do Ushuaia (też w Argentynie). Na granicy niezłe szopki;) Zarekwirowali nam dwa pomidory, bowiem stanowiły one poważne zagrożenie dla chilijskiego ekosystemu (dla naszych żołądków nie stanowiłyby żadnego zagrożenia, ale nie mieliśmy nic do gadania przy surowych celnikach). Próbę przeszmuglowania do Chile argentyńskiego miodu również traktuje się co najmniej jak napad z bronią w ręku, uważajcie więc co macie w plecakach i szykujcie miejsce w paszporcie… Otóż, dojazd i powrót z Ushuaia drogą inną niż lotniczą = 8 nowych pieczątek: wyjazdowa z Argentyny, wjazdowa do Chile, wyjazdowa z Chile, wjazdowa do Argentyny oraz to samo w drodze powrotnej. Wszystko razem wzięte jest tak niedorzeczne, że aż śmieszne ;)

No to tyle wieści z frontu, ale nie cieszcie się, nie macie nas jeszcze z głowy! Przed nami ostatnie kilka dni w Buenos Aires, gdzie czekamy sobie na lot powrotny więc czeka Was jeszcze jakaś relacja… Hasta pronto!

P.S. Quiz o ptakach wygrał Wojtek (nadesłał odpowiedzi jako pierwszy), ale na wyróżnienie zasługuje Lissek za kreatywność w odpowiedziach ;) oraz Łuki za precyzję i łacińskie nazwy. Gratulujemy! A rozwiązaniei to: Ibis Maskowy, Flaming Chilijski, Dzięcioł Chilijski, Dzięcioł Magellański, Karakara, Drozd Falklandzki i Nandu.

lut
07

Parque Nacional Los Glaciares

Posted by Magda i Marcin

W poprzednim wpisie obiecaliśmy zrobić dwie rzeczy: wdrapać się na lodowiec Perito Moreno i pójść na trekking w Parku Narodowym Los Glaciares. Musimy przyznać, że wykonaliśmy tylko jedną z tych misji, czyli przez cztery dni wędrowaliśmy po parku. Przeprosiliśmy się przy tej okazji z naszym namiotem, którego nie używaliśmy od dawna, bo aż od Salwadoru. Jeżeli chodzi o słynny Perito Moreno, to dopisujemy go do listy rzeczy, które trzeba zrobić na emeryturze. Niestety nie ma możliwości dotrzeć tam w żaden ciekawy sposób (duże grupy ludzi zawozi się pod lodowiec taksówkami / autobusami, potem przesadza się na statek skąd można popatrzeć na lodowiec), również wejście na lód jest całkowicie kontrolowane przez jedną firmę, więc postanowiliśmy zobaczyć dwa inne (choć nie tak znane) lodowce na północy parku zaliczając po drodze piękną wędrówkę.

Dotarliśmy więc do miejscowości El Chalten, którą Argentyńczycy nazywają „narodową stolicą trekkingu”. Rzeczywiście, jak na argentyńskie warunki jest gdzie chodzić, ale ktoś kto przywykł do wędrówek po polskich górach, może się uśmiechnąć pod nosem ;-) Otóż wszystkie ścieżki w Parku można zejść w 5-6 dni (dla porównania polski Główny Szlak Beskidzki pokonuje się średnio w ok. 20 dni, a to przecież tylko jeden ze szlaków!). Z drugiej strony nie ma się co dziwić – lwią cześć Parku zajmują tereny po których chodzić się nie da (lodowce czy górskie szczyty dostępne tylko dla najbardziej doświadczonych wspinaczy), ponadto widać, że dużo się tu robi dla lokalnej flory i fauny i może to także jest powód dla którego sieć szlaków nie jest przesadnie rozbudowana.

W każdym razie, zaraz po dotarciu do El Chalten ruszyliśmy z naszymi odchudzonymi plecakami i namiotem prosto w patagońskie góry. Nad okolicą dostojnie góruje Fitz Roy, czyli Mekka wspinaczy i ich niedościgniony cel (z tego co wiemy wdrapuje się tam tylko 10 osób rocznie a wypadki śmiertelne nie należą do rzadkości). Rzeczywiście, góra robi wrażenie a na samą myśl o tym, że można chcieć tam wejść człowiek dostaje gęsiej skórki. My wybraliśmy mniej szalone warianty ale i tak czujemy się zupełnie nasyceni tym czterodniowym łażeniem. W końcu widoki zapierające dech w piersiach, duże ilości ptactwa (w dodatku bardzo zuchwałego, jakby zupełnie nie bały się ludzi), polodowcowe rzeki i jeziora o najpiękniejszym kolorze na świecie (czyli turkusowym- taki sam kolor miały rzeki i oceaniczne zatoki w Haines na Alasce) i oczywiście same lodowce. Jak już wyżej wspomnieliśmy, wróciliśmy do biwakowania; palnik, butla z gazem, żarcie z puszek – byłoby super, tyle że zimne noce dały nam w kość! W końcu spaliśmy w bliskim sąsiedztwie lodowców, a drugiej nocy na okolicznych szczytach pojawił się nawet świeży śnieg. Warto było jednak to przetrwać choćby po to by móc usłyszeć w nocy potężny łoskot, który oznajmiał, że część lodowca odłamała się i wpadła do pobliskiego jeziora. Jeśli chodzi o lokalną zwierzynę, to w Parku grasuje paru przyjemniaczków, których bardzo chcieliśmy zobaczyć – na czele tej listy była puma, skunks czy huemul, czyli parzystokopytny endemit (występuje tylko w Patagonii – zarówno w Chile jak i Argentynie). Niestety, zwierzaki nie są takie głupie i w sezonie nie trzymają się blisko szlaków. Ze ssaków trafiliśmy tylko lisa (zorro colorado), natomiast jeśli chodzi o ptaki to… I oto nadciąga drugi quiz! ;-) Do 15.02. czekamy na rozwiązanie zagadki: jaki to ptak? Do odgadnięcia siedem ptaków (tu trzeba się pochwalić, że wszystkie widzieliśmy;). Zatem, kto pierwszy ten lepszy! Acha, nagrodą będzie mały gadżet prosto z Buenos Aires :D