obrazek
cze
30

Lucky Trip znów nadaje!

Posted by Magda i Marcin

Czy ktoś jeszcze zagląda na tą stronę? Nadajemy raz jeszcze, po jakże dłuuugiej przerwie. W dużej mierze tylko po to, ażeby się trochę pochwalić ;-) Otóż jakiś czas temu wysłaliśmy pracę na konkurs pt. Paragon z Podróży, a tematem naszego paragonu była oczywiście ostatnia podróż do obu Ameryk. Tak do końca to nie jesteśmy pewni, które zajęliśmy miejsce, ale Organizatorzy określili je jako 2-5 (nie wyróżniając kto był drugi, a kto piąty). Co nas cieszy najbardziej to, że będziemy mieli teraz mnóstwo literatury podróżniczej do przebrnięcia, bowiem wespół zespół wygraliśmy łącznie 5 książek wydawnictwa Otwarte oraz Znak. Nic tylko czytać.

Ale żeby nie było, że wpadamy tu rzadko i to w dodatku żeby naokoło się chwalić, zamieszczamy mały bonus w postaci filmu z Ekwadoru. Jak pamiętacie w wyniku kradzieży straciliśmy trochę fotek i filmików z komputera ale cały czas działamy ażeby wszystko odzyskać i pewne efekty, choć nie oszołamiające, już są. Jednym z nich jest właśnie wspomniany wyżej film dokumentujący tradycyjny ekwadorski taniec na cześć Wędrującego Dzieciątka – El Nino Viajero. Tak naprawdę to cała uroczystość z tym związana odbyła się dzień przed nakręceniem filmiku (tu jest galeria zdjęć z miasta Cueca) ale następnego dnia mieliśmy sporo czekania na autobus więc wybraliśmy się na krótki spacer po mieście a tu niespodzianka – w innej części miasta, wielbiona w Ekwadorze figurka wędrującego dzieciątka Jezus, trafiła wprost na nas! Taniec witający dzieciątko wyglądał oto tak:

Pozdrawiamy!

——————————————————

Lucky Trip again is reporting!

Is somebody still looking on our website? We’re writing one more time, after long break, only to show off ;) So some time ago we sent a competition entry entitled the Receipt from the Travel and of course our last travel to both Americas was a subject of this entry. We are very much satisfaction because we won five travel books. We will be reading a lot in the near future.

Actually we’re writing it not only to show off, we want also to show the film from Ecuador which we not yet published. How you remember during the theft we lost a bit of photographs and films from the computer but all the time we are trying to recover everything and effects are already certain. For example a presented here film documenting the traditional Ecuadorian dance in honour of the Traveling Baby – El Nino Viajero. Actually this celebration was day before shooting the film (look at the gallery from Cuenca) but next day we waited long hours for the bus so we did the short walk all over the city and then we saw this traditional dance:

Greetings!

lut
27

The End

Posted by Magda i Marcin

No to czas na ostatni wpis. Niełatwo się za niego zabrać, bo piszemy już z domu (trochę to dziwne uczucie siedzieć we własnym pokoju i komunikować się z innymi ludźmi po polsku, ale chyba się przyzwyczaimy;). Ostatnim miejscem, które zobaczyliśmy w czasie tej podróży było Buenos Aires- nie obyło się bez przygód, ale do o tym zaraz.

Buenos Aires przez cztery z pięciu spędzonych tam dni bardzo nam się podobało. Trochę przypomina Nowy Jork, z ogromnymi drapaczami chmur, ale z drugiej strony można znaleźć wiele kolonialnej architektury i miejsc, które mają klimat. My zobaczyliśmy sławny w świecie cmentarz La Recoleta, gdzie jest pochowana Eva Peron (znana jako Evita), dzielnicę La Boca, w której tańczy się tango na ulicach (niestety to tango jest tylko pod turystów i tancerze jak harpie oczekują napiwków w zamian za swój taniec), stadion La Bomboniera- należy do zespołu Boca Juniors, oraz spróbowaliśmy kilku argentyńskich specjałów. Wszystko ładnie, nawet pięknie, po czym piątego dnia o godz. 7.30 stanęliśmy na przystanku autobusowym celem udania się na lotnisko. I tu przestało nam się Buenos podobać. Autobus nie przyjechał na czas, przyjechało za to auto z cwanymi rabusiami którzy ukradli nam mały plecak. Niestety w plecaku były nasze paszporty oraz kilka innych cennych dla nas rzeczy, więc jak się domyślacie z lotu powrotnego nici! Nie chcemy opisywać tej sytuacji, bo prawdę mówiąc wolelibyśmy zapomnieć jak najszybciej- powiemy tylko, że kilka kolejnych dni spędziliśmy na bieganiu po komisariatach, ambasadach oraz szukaniu nowych lotów. Podsumowując… nie, właściwie to nie możemy podsumować, bo wymagałoby to użycia bardzo niecenzuralnych słów w odniesieniu do argentyńskiej policji. Rzecz jasna na żadną pomoc z ich strony nie można liczyć, pewnie są w zmowie ze światkiem przestępczym. Pamiętajcie więc- jedyna metoda to bycie czujnym 24 h/ dobę.

„Dobrą stroną” tej kradzieży jest fakt, że Marcin miał spisane dwustronicowe podsumowanie podróży, które przepadło razem z plecakiem- macie farta, że nie musicie tego czytać;) Ale i tak podamy kilka faktów na temat naszej lucky trip:

- 6 miesięcy w podróży, ok. 22 000 przejechanych kilometrów
- 16 zwiedzonych państw (USA, Kanada, Meksyk, Belize, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia, Argentyna, Chile), po drodze używaliśmy tylko dwóch języków (angielski i hiszpański)
- 96 złapanych stopów, 10 podróży łajbą, 2 pociągi i 1 lot samolotem (nie licząc tych do i z Ameryki), reszta to obskurne autobusy ;)
- 42 noce spędzone u ludzi z couchsurfingu i hospitality club, 22 noce w namiocie, 6 nocy u ludzi których złapaliśmy na stopa i zaprosili nas na nocleg (dziękujemy!!!!!), 2 noce spędzone w kabinie ciężarówki, reszta w hostelach lub na terminalach obskurnych autobusów ;)
- ranking 3 państw, w których najlepiej się czuliśmy: USA, Meksyk i Ekwador
- najbardziej uprzejmi ludzie: Kanada i Kolumbia
- najgorsze napotkane paskudztwo: karaluchy, w tym jeden LATAJĄCY GIGANT!
- było ekstra, polecamy każdemu, kto rozważa, czy ruszyć w podróż!!!

No to dziękujemy za czytanie stronki i komentowanie- czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Nie chcemy nic obiecywać, ale może jeszcze kiedyś ta strona odżyje… ;)

Adios Amigos!

————————————————-

Well, time to the last post came. It’s not easy to start, cause we’re writing from our place in Poland (it’s really strange feeling to be in own room and speak polish with other people, but we hope we will get used to it ;).The last place we visited during this trip was Buenos Aires- and we had some adventures there, but we will back to this subject.

Buenos Aires was great in our opinion during four from five days, which we spent there. This city is a bit like New York, with huge skyscrapers but also you can find there colonial architecture and places with really nice atmosphere. We saw La Recoleta cementary, where grave of Eva Peron (she is known also as Evita) is located, La Boca district, where people dance tango on the street (but unfortunately they dance only for tourists, not for themselves and they wait for tips after show), La Bomboniera stadium- it belongs to Boca Juniors team and we tasted few of Argentinean delicacies. So, after 4 nice days, we came to bus stop, where we were waiting for bus to airport (this day we were going home). Bus wasn’t on time, but car with crafty thieves was definitely on time. They robbed our small backpack with passports and few important things. So, as you can see we missed our flight. We don’t want to write much about this situation, actually we would like to forget about it- we can say only that few next days we spent, running from one police station to other, visiting embassy and looking for new flight. Summarizing… no, we cannot summarize, cause we had to use very vulgar words talking about Argentinean police. Of course they didn’t help us and we have feeling that they have deal with criminalists. So, remember- only one way is to be prepared 24 hours per day.

“The good side” of this robbery was that, Marcin wrote 2 pages of summarize of the7 trip, but they stole it and you don’t have to read it ;) Anyway, we will give you few infos about our lucky trip:

- 6 months on the road, about 22 000 kilometers behind us
- 16 visited countries (USA, Canada, Mexico, Belize, Guatemala, El Salvador, Honduras, Nicaragua, Costa Rica, Panama, Colombia, Ecuador, Peru, Bolivia, Argentina, Chile), we were speaking only two languages (English and Spanish)
- 96 times we hitchhiked, 10 times we took a boat, 2 times- train, 1- flight (not included those to and from Americas), the rest are horrible buses ;)
- 42 nights we spent at places of people from Couchsurfing and Hospitality Club, 22 nights in tent, 6 nights at places of people who gave us a ride and invited to their house (thank you Guys!!!!!), 2 nights in truck cabin, the rest in hostels and terminal of buses ;)
- The rank of 3 countries where we felt really good: USA, Mexico and Ecuador
- The nicest people were in: Canada and Colombia
- The worst thing we saw: cockroaches- especially one flying giant
- It was incredible and great trip, if somebody is considering any travel, we can say: just do it!

So, thank you for reading and commenting- all the time we felt that we are not alone. We don’t want to promise anything but maybe this website will live again in the future… ;)

Adios Amigos!

lut
19

Argentyńska wyżerka

Posted by Magda i Marcin

Zanim tu przyjechaliśmy, myśląc o argentyńskiej kuchni spodziewaliśmy się dużych ilości mięsa… i okazało się to prawdą;) Beef is king here! Ale wbrew pozorom, w całym kraju można także znaleźć coś pysznego i zarazem bezmięsnego. Oczywiście oprócz mięsa, Maradony i tanga, Argentyna słynie także z wina- ale o tym trunku za wiele byłoby do pisania zresztą żadni z nas kiperzy, więc ten temat pomijamy.

1. Yerba Mate!
Musi się znaleźć na pierwszym miejscu, bo piją ją namiętnie wszyscy Argentyńczycy, od małych dzieci po starszych ludzi. Nieodłącznym elementem każdej podróży jest tu termos z gorącą wodą- choć słyszeliśmy, że można pić także z zimną- oraz kubeczek do mate i bombilla (specjalna słomka do picia yerby). Zgodnie z tradycją, z jednej słomki pociągają wszyscy po kolei ;)

2. Carne Asado

Być w Argentynie i nie spróbować carne asado to poważne zaniedbanie. To też spróbowaliśmy (tzn. połowa z nas) ale trzeba przyznać, że jak na produkt z którego Argentyna słynie, ten stek aż tak nie zachwycił ;-) Mięso było dobre, a na co należy zwrócić największą uwagę to wielkość porcji – były po prostu przeogromne!

3. Milanesa

Kotlet z kurczaka lub z wołowiny (najczęściej jednak z wołowiny) serwowany w bułce – taki sandwich tyle, że ogromnym kawałem mięcha w środku. Milanesę podaje się jednak na różne sposoby, np. Milanesa Neapolitana to wołowina z serem, pomidorem i… szynką.

4. Pizza i Empanadas

Generalnie w Argentynie można znaleźć wiele nawiązań do włoskich potraw, na przykład pizzerie znajdują się na każdym rogu ;) Empanadas widywaliśmy już wcześniej w Peru i Boliwii ale te argentyńskie zdecydowanie smakują najlepiej. Są to ciacha nadziewane mięsem, warzywami, serem lub mixem tych składników. Niekiedy można na ulicy natrafić na szyld „Solo Empanadas” (Tylko empanady) i w takim lokalu dostaje się listę wielu nadzień do wyboru, na kartce zaznacza się ilość sztuk którą zamierza się skonsumować i wtedy pozostaje poczekać kilka minut aż wybrane przez nas empanady wyjadą z pieca. Pycha!

5. Alfajores

Uwaga – silnie uzależniające! Alfajory to nic wysublimowanego – po prosto ciastko z nadzieniem, ale nie wiedzieć czemu są tak smaczne, że gdy raz je spróbujesz to już zawsze będziesz chciał je jeść. Co do nadzienia, to w klasycznym wydaniu jest to tzw. Dulce de Leche (patrz punkt niżej) ale da się znaleźć także afajory o innym smaku, np. owoców lasu. W każdym razie alfajory są super słodkie i super smaczne. Tylko czekamy kiedy będzie można dostać je w Polsce.

6. Dulce de Leche

Skład jest bardzo prosty: mleko i cukier. Przypomina karmel, ale naszym zdaniem to jednak niej jest karmel, tylko po prostu dulce de leche;P

————————————————————————————-

Argentinean feast.

Before we arrived here, thinking about Argentine cuisine we expected bulks of the meat … and it turned out to be the truth;) Beef is king here! But contrary to appearances, throughout the country it is possible also to find something haughty and all vegetarian. Of course apart from the meat, Maradona and the tango, Argentina is famous also for an wine- but about this alcoholic beverage it would be too much for writing as a matter of fact we are not tasters, so we are skipping this theme.

1. Yerba mate

It must be on the top of the list, because all Argentines are drinking zebra with passion, from small children for an elderly men. Here a thermos flask with hot water- although we heard that it was possible to drink also with cold- and small mug to mate and bombilla (special straw to the drink yerba), they are inherent elements of every travel. In keeping with tradition, from one straw everyone are pulling one after the other;)

2. Carne asado

To be in Argentina and not to try carne asado is serious mistake. So, we tried (actually only one half of us) but we have to admit that the most famous meal of Argentina, this steak is not as good as we supposed. What we can write, that portion was just huge!

3. Milanesa

That is the cutlet from chicken or beef (more often- from beef) served in the roll- something like sandwich but with huge piece of meat inside. There are various ways to serve this meal, e.g. Milanesa Neapolitana is given with tomatoes, cheese and… ham.

4. Pizza and empanadas

Generally, in Argentina is common to find many of Italian meals- you can be sure that on the nearest corner you will find some pizza. If we are talking about empanadas, we met them also in another countries like Peru and Bolivia but this Argentinean ones are far better. They are stuffed bread baked or fried. The stuffing can be meat, vegetables, cheese or mix of all these ingredients. Yummi!

5. Alfajores

Warning- it’s easy to become addicted to them! Alfajores are just kind of sweet cookies with stuffing, but we don’t know why, if you try them once you want to eat alfajores always ;) They are stuffed usually with dulce de leche but sometimes you can find another taste like forrest fruits. They are really sweet! This meal comes from Arabia.

6. Dulce de leche

Receipe is very simple: milk and sugar. They translate this name as a caramel but we cannot agree- it doesn’t taste like caramel, it’s just dulce de leche.

lut
15

Na koniec świata i kapkę dalej!

Posted by Magda i Marcin

Uwaga, proszę o fanfary! Mamy przyjemność zawiadomić, że misja została wykonana. W końcu, po ponad 5 miesiącach łazęgi, przeżyciu alaskańskich mrozów i środkowoamerykańskich wilgotnych upałów, po napotkaniu niedźwiedzi grizzly, bizonów, jaskrawozielonych węży i największych na świecie LATAJĄCYCH karaluchów, po wdrapywaniu się na wulkany, złażeniu do dna kanionu, po spenetrowaniu gwatemalskich jaskiń i belizejskiej dżungli, po zatruciu pokarmowym w Meksyku, przedarciu się przez kolumbijskie Andy, przekroczeniu równika w Ekwadorze oraz 15 stref czasowych, wreszcie po starciu z boliwijskimi kelnerami i argentyńską ciągnącą się w nieskończoność pampą, po tych wszystkich bardzo fajnych i tylko fajnych przygodach, postawiliśmy wreszcie TEN krok. Nic nie znaczący dla ogółu ludzkości, ale jakże wielki dla nas;) A zatem, 8 lutego bieżącego roku stanęliśmy u celu, czyli na Końcu Świata! Dobra koniec patosu, to tylko chwyt marketingowy :P Ushuaia nie jest wcale na końcu świata, bo:

1. Istnieje miasto wysunięte jeszcze bardziej na południe, czyli chilijskie Puerto Williams.
2. Przecież Ziemia jest okrągła więc o jakim końcu w ogóle tu mówimy? ;)

W każdym razie byliśmy tam, co więcej spłukaliśmy się nieźle na wycieczkę na pingwiny (w tym celu wydaliśmy forsę przeznaczoną na powrót autobusem do Buenos, co oznaczało konieczność łapania stopa w drodze powrotnej) i absolutnie nie żałujemy! Widzieliśmy kolonię kormoranów, lwów morskich (super) i pingwiny Magellanskie oraz Białobrewe (super razy milion). Pingwiny wskakują na pozycję numer jeden wśród wszystkich ptaków które widzieliśmy w czasie tej podróży. Nie mogliśmy się oprzeć i nakręciliśmy kilka filmików, nie jest to jakość HD ale i tak zapraszamy do obejrzenia. Polecamy zwłaszcza filmik Pingwiny 2- w rolach głównych nasi faworyci, czyli pingwin zszokowany widokiem ludzi i pingwin zaspany.

W drodze na Isla Pinguinera, minęliśmy latarnię morską która wyznacza symboliczny Koniec Świata (tak twierdzą Argentyńczycy), czyli suma summarum byliśmy za tym całym końcem. Z innych atrakcji dostępnych w Ushuaia, można wspomnieć o wycieczce na Antarktydę (skromne 3 tys dolarów za najtańszą z nich ;) lub na Przylądek Horn.

Kolejna ważna rzeczy o której musimy napisać, to fakt, że na południu Argentyny zaczęliśmy spotykać Polaków- był to z początku niezły szok, bo przez resztę podróży trafiliśmy na naszych rodaków może ze 3 razy, ale w Patagonii stało się to normą. Tu gorące pozdrowienia dla Magdy i Asi, które trafiliśmy w 4 różnych miejscach! Fajnie było, w końcu tak jak ze swoimi, z nikim wieczoru nie spędzisz;)

Z Ushuaia zawinęliśmy się szybko, wiedząc że musimy łapać stopa i przede wszystkim wiedząc, że w Argentynie autostop to nie taka łatwa sprawa. Mimo wszystko prowincja Tierra del Fuego (Ziemia Ognista) zaskoczyła nas pozytywnie i całkiem wartko dostaliśmy się do Rio Gallegos (to już na stałym lądzie, za Cieśniną Magellańską) skąd mogliśmy już wziąć autobus do Buenos Aires (jedyne 42 godzinki na czterech literach;). Dawno już nie wspominaliśmy o przekraczaniu granic, więc tym razem kilka słów o kuriozum które funduje chilijska granica. Otóż, część wyspy Tierra del Fuego należy do Chile i trzeba ten kraj przekroczyć aby dostać się z Argentyny do Ushuaia (też w Argentynie). Na granicy niezłe szopki;) Zarekwirowali nam dwa pomidory, bowiem stanowiły one poważne zagrożenie dla chilijskiego ekosystemu (dla naszych żołądków nie stanowiłyby żadnego zagrożenia, ale nie mieliśmy nic do gadania przy surowych celnikach). Próbę przeszmuglowania do Chile argentyńskiego miodu również traktuje się co najmniej jak napad z bronią w ręku, uważajcie więc co macie w plecakach i szykujcie miejsce w paszporcie… Otóż, dojazd i powrót z Ushuaia drogą inną niż lotniczą = 8 nowych pieczątek: wyjazdowa z Argentyny, wjazdowa do Chile, wyjazdowa z Chile, wjazdowa do Argentyny oraz to samo w drodze powrotnej. Wszystko razem wzięte jest tak niedorzeczne, że aż śmieszne ;)

No to tyle wieści z frontu, ale nie cieszcie się, nie macie nas jeszcze z głowy! Przed nami ostatnie kilka dni w Buenos Aires, gdzie czekamy sobie na lot powrotny więc czeka Was jeszcze jakaś relacja… Hasta pronto!

P.S. Quiz o ptakach wygrał Wojtek (nadesłał odpowiedzi jako pierwszy), ale na wyróżnienie zasługuje Lissek za kreatywność w odpowiedziach ;) oraz Łuki za precyzję i łacińskie nazwy. Gratulujemy! A rozwiązaniei to: Ibis Maskowy, Flaming Chilijski, Dzięcioł Chilijski, Dzięcioł Magellański, Karakara, Drozd Falklandzki i Nandu.

————————————————————————

To the end of the world and the drop farther!

Attention please, we are asking for fanfares! I have the pleasure to notify that mission is completed. After over 5 months of travel, after we survived Alaskan frost and Central American humid heat, after meeting grizzly bears, buffalo, bright green snakes and the flying cockroaches- the largest in the world, after climbing up volcanoes, climbing down to the bottom of the canyon, after exploring Guatemalan caves and Belizean jungle, after the food poisoning in Mexico, defeating the Colombian Andes, after crossing the equator in Ecuador and 15 different time zones, finally after the clash with Bolivian waiters and Argentine pampas dragging on and on, after all these very cool and only cool adventures, we finally took this step. Marking nothing for the whole of the mankind, but indeed large for us;) So, on 8th of February of this year we achieved our aim, that is the end of the world! Ok, end of the pathos, it is only a marketing trick :P Ushuaia isn’t at all on the end of the world, because:

1. There is another town, located more to the South than Ushuaia- that is Chilean Puerto Williams.
2. After all, Earth is round so what are we generally speaking about? ;)

In any case we were there, moreover we spent more money than we had for the trip to Penguins Island (we spent for that reason the money which was intended for the bus to Buenos Aires, it equals = we had to hitchhike on the return road) and it was definitely worth! We could see the colony of cormorants, sea lions (great!) and two kinds of penguins: Magellanic Penguins and Gentoo Penguins (more than great!). Penguins are jumping on the position number one amongst all birds which we could see during this travel. We shot a few films during this excursion (it isn’t HD quality but still we are inviting to watch;). We recommend especially a film “Penguins 2” – in the main parts our favorites, i.e. the shocked penguin and the sleepy penguin.

Going to Isla Pinguinera, we passed the lighthouse which means the symbolic end of the world (this way Argentines claim), so we can say we were farther than this End. If we are talking about other attractions in Ushuaia, we need to mention about the trip to Antarctica (modest 3 thousands of USD for cheapest from them;) or to the Cape Horn.

Next important thing we must write, is the fact, that in the South of Argentina we started to meet Polish people. Firstly it was a fairly good shock, because through the rest of the travel we met our countrymen perhaps from 3 cases, but in Patagonia it became the norm. Here greetings for Magda and Asia, who we met in 4 various places! It was great to spend couple of evenings talking in our language ;)
From Ushuaia we moved quickly, knowing that we must hitch-hike and above all knowing that in Argentina a hitch-hiking isn’t such a simple matter. Despite everything, province of Tierra del Fuego surprised us positively and completely fast we got to Rio Gallegos (it already on the dry land, behind the Strait of Magellan). From there we could already take the bus to Buenos Aires (42 only ride;). For long time we didn’t mention about crossing the border, so this time a few words for the curiosity with Chilean border. So, the part of Island Tierra del Fuego belongs to Chile and it’s necessary to cross this country in order to get from Argentina to Ushuaia (also in Argentina). On the border fairly good monkey business;) They took away two our tomatoes, because Argentinean tomatoes make a considerable risk for the Chilean ecosystem (for our stomachs they don’t make any risk, but we couldn’t say anything to strict customs officers). The attempt to smuggle Argentine honey to Chile is also treated at least as the armed robbery, so think what you have in rucksack and plan the place in the passport … so, the journey to and the return from Ushuaia with other than air route equals 8 new stamps: departure from Argentina, entry to Chile, departure from Chile, entry to Argentina and the same on the way back. All of this, taken together is just ridiculous ;)

In this moment that’s all we can write. But don’t be happy, we aren’y yet out of your hair! We have last couple of days in Buenos Aires and for sure we will write something about this stay… Hasta Pronto!

lut
07

Parque Nacional Los Glaciares

Posted by Magda i Marcin

W poprzednim wpisie obiecaliśmy zrobić dwie rzeczy: wdrapać się na lodowiec Perito Moreno i pójść na trekking w Parku Narodowym Los Glaciares. Musimy przyznać, że wykonaliśmy tylko jedną z tych misji, czyli przez cztery dni wędrowaliśmy po parku. Przeprosiliśmy się przy tej okazji z naszym namiotem, którego nie używaliśmy od dawna, bo aż od Salwadoru. Jeżeli chodzi o słynny Perito Moreno, to dopisujemy go do listy rzeczy, które trzeba zrobić na emeryturze. Niestety nie ma możliwości dotrzeć tam w żaden ciekawy sposób (duże grupy ludzi zawozi się pod lodowiec taksówkami / autobusami, potem przesadza się na statek skąd można popatrzeć na lodowiec), również wejście na lód jest całkowicie kontrolowane przez jedną firmę, więc postanowiliśmy zobaczyć dwa inne (choć nie tak znane) lodowce na północy parku zaliczając po drodze piękną wędrówkę.

Dotarliśmy więc do miejscowości El Chalten, którą Argentyńczycy nazywają „narodową stolicą trekkingu”. Rzeczywiście, jak na argentyńskie warunki jest gdzie chodzić, ale ktoś kto przywykł do wędrówek po polskich górach, może się uśmiechnąć pod nosem ;-) Otóż wszystkie ścieżki w Parku można zejść w 5-6 dni (dla porównania polski Główny Szlak Beskidzki pokonuje się średnio w ok. 20 dni, a to przecież tylko jeden ze szlaków!). Z drugiej strony nie ma się co dziwić – lwią cześć Parku zajmują tereny po których chodzić się nie da (lodowce czy górskie szczyty dostępne tylko dla najbardziej doświadczonych wspinaczy), ponadto widać, że dużo się tu robi dla lokalnej flory i fauny i może to także jest powód dla którego sieć szlaków nie jest przesadnie rozbudowana.

W każdym razie, zaraz po dotarciu do El Chalten ruszyliśmy z naszymi odchudzonymi plecakami i namiotem prosto w patagońskie góry. Nad okolicą dostojnie góruje Fitz Roy, czyli Mekka wspinaczy i ich niedościgniony cel (z tego co wiemy wdrapuje się tam tylko 10 osób rocznie a wypadki śmiertelne nie należą do rzadkości). Rzeczywiście, góra robi wrażenie a na samą myśl o tym, że można chcieć tam wejść człowiek dostaje gęsiej skórki. My wybraliśmy mniej szalone warianty ale i tak czujemy się zupełnie nasyceni tym czterodniowym łażeniem. W końcu widoki zapierające dech w piersiach, duże ilości ptactwa (w dodatku bardzo zuchwałego, jakby zupełnie nie bały się ludzi), polodowcowe rzeki i jeziora o najpiękniejszym kolorze na świecie (czyli turkusowym- taki sam kolor miały rzeki i oceaniczne zatoki w Haines na Alasce) i oczywiście same lodowce. Jak już wyżej wspomnieliśmy, wróciliśmy do biwakowania; palnik, butla z gazem, żarcie z puszek – byłoby super, tyle że zimne noce dały nam w kość! W końcu spaliśmy w bliskim sąsiedztwie lodowców, a drugiej nocy na okolicznych szczytach pojawił się nawet świeży śnieg. Warto było jednak to przetrwać choćby po to by móc usłyszeć w nocy potężny łoskot, który oznajmiał, że część lodowca odłamała się i wpadła do pobliskiego jeziora. Jeśli chodzi o lokalną zwierzynę, to w Parku grasuje paru przyjemniaczków, których bardzo chcieliśmy zobaczyć – na czele tej listy była puma, skunks czy huemul, czyli parzystokopytny endemit (występuje tylko w Patagonii – zarówno w Chile jak i Argentynie). Niestety, zwierzaki nie są takie głupie i w sezonie nie trzymają się blisko szlaków. Ze ssaków trafiliśmy tylko lisa (zorro colorado), natomiast jeśli chodzi o ptaki to… I oto nadciąga drugi quiz! ;-) Do 15.02. czekamy na rozwiązanie zagadki: jaki to ptak? Do odgadnięcia siedem ptaków (tu trzeba się pochwalić, że wszystkie widzieliśmy;). Zatem, kto pierwszy ten lepszy! Acha, nagrodą będzie mały gadżet prosto z Buenos Aires :D

——————————————————————————————————-

Parque Nacional Los Glaciares

Last time we promised to do two things: to climb Perito Moreno Glacier and to do hike in Los Glaciares National Park. We have to admit, that we did only one of these missons, i.e. we did 4-days hike in Park. Because of that we had to say sorry to our tent, which we didn’t use since long time (exactly, since visit in El Salvador;). If we are talking about Perito Moreno, we have to add it to list of things which we want to do during retirement. Unfortunately, there is no possibility to get there in any interesting way (they pick big group of tourist up close to the Glacier by taxis or buses, then tourists can get to boat and observe Perito Moreno from the lake), also there is only one company which controls all ice walk excursions… so, we decide to visit two another glaciers in the north part of the Park and to do some nice hike.

We reached El Chalten, which is called “national capital of hiking”. Well, like in Argentinean reality, there are places to walk, but if one is used to hike in polish mountains, can be surprise. All the trails there, you can do in about 5-6 days (in comparison with polish Main Beskidy Trail takes average 20 days, and that’s only one of the paths!). From the other side, we shouldn’t be surprise, cause the huge part of park is not available for walking (some glaciers and peaks need special equipment and skills…), moreover we noticed that they try to protect nature as much as they can. Maybe that’s the reason why there are not too many trails.

Anyway, we reached El Chalten and quickly we moved with our (a bit smaller than usually;) backpacks and tent in the mountains. The most important peak is Fitz Roy- dream of climbers (we know that only 10 people yearly reach the peak and there are a lot of fatal accidents). Yeah, this mountain made us impressed and we were a bit scared when we only thought about climbing there. We chose not so crazy option but we feel fulfilled after this hike. As we mentioned before, we back to camp: stove, bottle with fuel, can food- it would be great if the nights weren’t so cold!! But it was still worth to survive because we could hear like part of glaciers detach and fall to the lake- it was huge noise. If we are talking about local animals, you can meet in the Park some nice guys, e.g. puma, skunk or huemul (which is an endangered species of deer native to the mountains of Argentina and Chile). We wanted so much to see them but during high season it’s almost impossible, cause animals are scared of people. About birds… yes, the new quiz is coming! ;) We’re waiting until 15th of February for riddle: “what kind of bird is it?” There are seven of birds which we’ve seen in the park. First come, first served! The prize is small gadget straight from Buenos Aires :D

lut
01

4863 kilometry dalej

Posted by Magda i Marcin

No właśnie, taki dystans przemierzyliśmy od czasu ostatniego wpisu. Gdyby ktoś pytał jak się mamy, to mamy raczej dość ;) Już nawet nie chce nam się liczyć ile godzin wysiedzieliśmy w przeróżnych środkach transportu. Doszły nas słuchy, że wpisy są „kapkę za długie”, więc tym razem krótko i do rzeczy!

Z Boliwii dotoczyliśmy się (w dosłownym tego słowa znaczeniu) jakoś do Argentyny nocnym busem z Sucre. Trafiliśmy do Oran, czyli miejscowości słynącej dokładnie z niczego- ale sytuacja zmusiła nas do przekoczowania tam dwóch dni, w czasie których podjęliśmy dwie bezskuteczne próby łapania stopa. W Oranie dopadł nas kryzys psychiczny;) i zwątpiliśmy przez moment czy uda nam się dotrzeć do celu, czyli Ziemi Ognistej. Wygląda na to, że autostop w Argentynie nie funkcjonuje zbyt dobrze, mamy wrażenie że oni nie do końca wiedzą (lub nie chcą wiedzieć?) o co chodzi tym ludziom z wyciągniętymi kciukami. W końcu nie zważając na cenę, kupiliśmy bilety autobusowe do Rosario, gdzie czekały na nas przysłane z domu buty trekkingowe oraz Anahi, nasza gospodyni z couchsurfingu, u której zatrzymaliśmy się na kolejne dwa dni. Rosario to świetne miasto, gdzie można trochę wyluzować. Rzeka Parana, mnóstwo parków i terenów zielonych, pyszne empanadas, a do tego to miejsce narodzin Che Guevary- nie omieszkaliśmy obejrzeć budynku w którym się urodził. Spróbowaliśmy pierwszy raz yerba mate (ale na pewno nie ostatni bo w Argentynie pije się ją zawsze i wszędzie), a także kilku typowych argentyńskich przysmaków, które opiszemy w swoim czasie.

Z Rosario ruszyliśmy pociągiem na południe, z krótkim przystankiem w Buenos Aires. Po jakimś czasie linia kolejowa się skończyła i ponownie musieliśmy zasiąść w autobusie (bagatela 24-godzinnym) do Rio Gallegos. Stamtąd wzięliśmy już ostatni bus do El Calafate, no i jesteśmy sobie teraz w Patagonii. No, tak prawdę mówiąc Patagonia zaczęła się już kilka tys. kilometrów wcześniej, ale początkowy widok argentyńskiej pampy był dość jednostajny. Cały czas płasko i dużo trawy, czasem tylko na drogę wybiegały jakieś guanacas (argentyńskie skrzyżowanie lamy z sarną), ogółem NUDA!

Plan na najbliższe kilka dni to trekking w Parku Narodowym Los Glaciares, mamy nadzieję na lepsze (dużo lepsze!) widoki, a także że uda nam się wejść na lodowiec Perito Moreno. Trzymajcie kciuki!

P.S. Nie robiliśmy zbyt wielu zdjęć w ciągu ostatniego tygodnia, więc zamiast galerii wrzucamy tu fotki z Che na osłodę ;)

—————————————————————————————————-
4863 kilometres farther.

Yeah exactly, we travelled across such distance since the time of the last post. If somebody asked how were we doing, we would say that’s rather enough for us;) We even stopped to count how many hours we already spent in various modes of transport. We’ve heard that posts are „a bit too long”, so this time briefly!

From Bolivia we managed to get somehow to Argentina by overnight bus from Sucre. We found our way to Oran, i.e. the town being famous precisely from nothing- but the situation forced us to stay there of two days, during which we took two futile attempts to hitchhike. A psychological crisis struck us down;) and we doubted for a moment if we will manage to reach the purpose, i.e. the Tierra del Fuego. The things look like the fact that the hitch-hiking in Argentina doesn’t work well, we are having a feeling that they not entirely know (or don’t want to know?) what these people mean with thumbs stretched out. In the end not paying heed to the price, we bought bus tickets to Rosario, where our hiking shoes sent from the house waited for us and we stayed two days at place of Anahi, our host from couchsurfing. Rosario is an excellent city, where it is possible a bit to relax. Paraná River, plenty of parks and the green belt, yummi empanadas, and it’s a place of the birth of Che Guevara-we didn’t fail to examine of building in which he was born. We tried for the first time yerba mate (but certainly not last because in Argentina they drink mate everywhere and always), as well as of a few typical Argentine delicacies which we will describe later.

From Rosario we moved by train to the South, with the short stop in Buenos Aires. After some time the railway line ended and again we had to seat ourselves on the bus (by the way, 24-hours long bus) to Rio Gallegos. From there we already held the last bus to El Calafate, and we are now in Patagonia. To tell you the truth, Patagonia already began a few thousands of kilometres earlier, but the initial view of Argentine pampas was quite boring. All the time flat and much grass, sometimes to the route only ran out some guanacas (Argentine crossing the lamé with the roe deer), generally BOREDOM!

Plan for a few nearest days it is a hiking in the National Park Los Glaciares, we hope to better (far more better!) views, as well as we will manage to go the Perito Moreno Glacier. Keep your fingers crossed!

P.S. We didn’t do too many photographs in the last week, so instead of the gallery we are throwing pics with Che here ;)

sty
28

Smaki południa

Posted by Magda i Marcin

Po dłuższej przerwie powracamy do tematów kulinarnych. To już przedostatnia część tej mini książki kucharskiej (ostatni wpis będzie o Argentynie, bo jak zauważyliśmy- jest o czym pisać). Tymczasem opis kuchni południowoamerykańskiej, czyli od Kolumbii po Boliwię. Smacznego!

POTRAWY

1. Arepy

Spotkaliśmy je w Kolumbii (stamtąd właśnie arepy pochodzą) oraz w Ekwadorze. To placki z mąki kukurydzianej, podawane z: masłem/ różnymi rodzajami sera / serem i szynką / lub bez niczego. W Kolumbii były bardzo słodkie i do tego jeszcze polewali je miodem, a w Ekwadorze raczej mdłe.

2. Naleśnik z bananami i papają i miodem.
Dostaliśmy go na śniadanie w Kolumbii i był super smaczny ;)

3. Buñuelas

Zaczęły się pojawiać już w Kolumbii, ale najlepsze mają w Boliwii! Są to ciacha, trochę jak pączki, polane syropem klonowym. W Copacabanie sprzedają je w pakietach po 12 sztuk, ale nigdy nie ma ryzyka że coś zostanie niezjedzone…

4. Empanadas / salteñas

Czyli różne rzeczy zapieczone w cieście (coś, jakby paszteciki). Empanadas występują najczęściej z serem lub mięsem / kurczakiem (wszak kurczak to nie mięso;), a salteñas trafiły nam się z mnóstwem różnych warzyw w środku. Najlepiej smakują na gorąco.

5. Maiz tostado

Kukurydza niby prażona, ale popcornu raczej nie przypomina ani wyglądem, ani smakiem. Naszym zdaniem lepsze niż popcorn! W Ekwadorze maiz tostado podają często jako starter w restauracjach.

6. Tilapia
Smażona ryba z pyrami i sałatką. Rodzinka, którą złapaliśmy na stopa w Ekwadorze zaprosiła nas na ten właśnie przysmak, w drodze do Quito.

7. Przysmaki z budki

Dużo by o nich pisać, bo w każdym mieście każdego kraju, ulicznych budek z jedzeniem jest całe mnóstwo i oferta jest przebogata. Tu akurat jedna z bud w Cuence, w Ekwadorze. Mix: fasolka + chipsy + pomidor z cebulą na ostro + maiz tostado + sos pomidorowy + sok z limonki. Nie wiemy, czy ten zestaw posiada jakąś nazwę, ale w smaku był całkiem niezły.

8. Papa relleno

To hicior z lokalnych marketów oraz „serwisu w autobusach” (zazwyczaj na przystankach, w czasie dłuższych kursów do autobusu pakuje się stado sprzedawców z siatami pełnymi jedzenia i picia, drących się jak przekupy na targu tak długo, aż uda im się coś sprzedać) w Peru i Ekwadorze. Papa relleno to ziemniak niespodzianka ;) W środku można znaleźć gotowane jajo kurze, a czasem inne bonusy np. sałatkę warzywną. Ale pycha!

9. Trucha, czyli pstrąg

Kolejna ryba, tym razem z Boliwii- świeżo złowiona w jeziorze Titicaca. Mają tam tysiąc sposobów na jej przyrządzanie, my (Marcin) próbowaliśmy tylko jeden z nich, ale wystarczy żeby dać 5+.

10. Cui

Nie jedliśmy (Magda: nie rozumiem jak można to jeść!!!!!), ale musimy opisać, bo to typowa peruwiańska potrawa. Cui to- Bogu ducha winna- świnka morska z rożna. Podobno smakuje jak kurczak… Na zdjęciu pierwsza faza przygotowania potrawy, czyli hodowla świnek.

NAPOJE

1. Mate de Coca, czyli herbatka z wkładką ;)

Wszędzie tam, gdzie występują liście koki. Bez emocji proszę, od koki do kokainy jest bardzo długa droga. Żucie liści koki pomaga podobno na chorobę wysokościową, acz my nie mieliśmy tego problemu. Widzieliśmy też kilka razy w Peru karmelki z koki w sklepie.

2. Chicha Morada

Napój, który spotkaliśmy w Peru ale możliwe, że da się wypić także w Boliwii. Przygotowywany z pewnej odmiany kukurydzy- czarnej i słodkiej, tak jak i chicha morada.

3. Inca Cola
Znak firmowy Peru. Wypiliśmy jedną na Machu Picchu, żeby poczuć ten klimat ;) O dziwo droższa niż Coca Cola, choć jest to wyrób krajowy. Smakuje jak mega słodka oranżada.

4. Pisco

Peruwiański alkohol typu brandy, wytwarzany w rejonie Pisco (całkiem blisko Limy), ale można go wypić zasadniczo w całym Peru. Pisco produkuje się ze sfermentowanych winogron ( w rejonie tym produkowane są także wina). My próbowaliśmy Peru Libre, czyli pisco z colą i cytryną oraz herbatę z goździkami, cynamonem i pisco.

————————————————————————————————–

Tastes of the South.

After the small break we are returning to culinary topics. It is almost the last part of this mini cookbook (the last one will be about Argentina, because how we noticed- there is a lot to write about). Meanwhile description of the South American kitchen, that is from Colombia up to Bolivia. Bon appétit!

MEALS

1. Arepas

We met them in Colombia (from there just arepas come) and in Ecuador. These are pies of the cornflour, given around: with butter/ with different kinds of cheese / with cheese and the ham / or without nothing. In Colombia they were very sweet and to it they still poured them with honey, and in Ecuador rather nauseous.

2. Pancake with banana, papaya and honey.
We got it as a breakfast in Colombia and it was super tasty ;)

3. Buñuelas

They started turning up already in Colombia, but best have in Bolivia! They are cookies, a little like donuts, poured with the maple syrup. In Copacabana they are selling them in packages for 12 pieces, but it never has the risk that something will be left uneaten…

4. Empanadas / salteñas

I.e. the stuck variuos things in the cake (something, kind of pâtés). Empanadas most often appear with cheese or meat / chicken (as you know, a chicken isn’t a meat;), about salteñas- we found them with the plenty of different vegetables inside. Best they are tasting hot.

5. Maiz tostado
It means toasted corn. In our opinion better than the popcorn! In Ecuador maiz tostado often is given as the starter in restaurants.

6. Tilapia
Fried fish around potatoes and with salad. The family which we caught in Ecuador invited us to this delicacy, on the way to Quito.

7. Delicacies from the street.

We could write a lot about this subject, cause in every city of every country in South America they sell so many different meals on the streets. Here, what we tried in Cuenca, Ecuador. Mix: bean + chips + tomato with onion- spicy! + maiz tostado + tomato sauce + juice around lime. We don’t know, if there is any name for this mix, but in the taste it was quite fairly good.

8. Papa relleno

That’s the hit from local supermarkets and „bus service” (at stops, during longer courses a herd of sellers is usually being packed into the bus with shopping bags full of eating and drinking, tearing as stallholders as long, as far as they will manage to sell something) in Peru and Ecuador. Papa relleno it is a potato surprise;) Inside it is possible to find the cooked chicken egg, and with time other bonuses e.g. vegetable salad. But yum-yum!

9. Trucha, i.e. the trout
Next fish, this time from Bolivia- fresh caught in the lake Titicaca. They know there thousand of ways for it to prepare, we (Marcin) we only tried one of them, but will be enough to give A note.

10. Cui

We didn’t eat Cui (Magda: I don’t understand how it is possible to eat it!!!!!), but we must describe, because it is a typical Peruvian dish. Cui is guinea pig- as innocent as a lamb- from the spit. Supposedly it is tasting as the chicken… in a photo the first phase of preparing the dish, i.e. breeding of piggies.

DRINKS

1. Mate de Coca, i.e. special tea;)

Everywhere where coca is appearing. Don’t be excited please, there is really long way from the coca to the cocaine. Chewing coca leaves is helping supposedly to the altitude sickness, although we didn’t have this problem. Several times we could also see caramel drops from the coca in the shops in Peru.

2. Chicha Morada
Drink which we met in Peru but it is likely that it will be possible to drink also in Bolivia. Prepared from the certain black and sweet variety of the maize- as sweet as chicha morada.

3. Inca Cola

Trademark of Peru. We drank one on the Machu Picchu in order to feel this climate;) Wonders never cease! Inca Cola more expensive than Coca Cola, at least it is home-produced products. It is tasting as mega sweet orangeade.

4. Pisco

Peruvian alcohol of the type brandy, produced in the Pisco area (quite close Lima), but it is possible to drink it in entire Peru. Pisco is produced of spoiled grapes (in this area also wines are produced). We tried Libre Peru, that is pisco with cola and the lemon and another drink: tea with carnations, with cinnamon and pisco.

sty
23

Trochę ruchu zaszkodziło.

Posted by Magda i Marcin

Jak powyżej. Trudno znaleźć powód tego stanu rzeczy- czy wariackie tempo ostatnimi czasy, czy ciągłe zmiany wysokości (od poziomu oceanu w Limie do najwyżej położonego miasta na świecie- Potosi 4090 m n.p.m), czy może te wszystkie godziny spędzone w parszywych autobusach (jak sobie przeliczyliśmy, od północy Peru do południa Boliwii spędziliśmy w nich 112 godzin!), w każdym razie przyszedł czas żeby to wszystko odchorować. Z tego powodu zmarnowaliśmy kilka dni w Sucre, w Boliwii, leżąc na wyrze i błagając o litość. Ale po kolei.

Najpierw przyjechaliśmy do boliwijskiej miejscowości Copacabana, położonej nad jeziorem Titicaca. Miasteczko raczej nuda chyba, że ktoś lubi siedzieć ciągle w knajpie, ale można tam kupić wycieczkę na różne interesujące punkty na jeziorze. Są tam między innymi pływające wyspy zbudowane z trzciny przez lokalnych, ale z tego zrezygnowaliśmy bo już jakiś czas temu doszły nas słuchy, że to straszny kicz, zrobiony pod turystów. Wybraliśmy się w zamian za to na Isla del Sol czyli Wyspę Słońca, zamieszkiwaną przez małą rolniczą społeczność która posługuje się językiem Aymari. Spotkaliśmy tam pana przewodnika, który pochwalił nam się, że był w ochronie papieża Jana Pawła II, w czasie jego wizyty w Boliwii w 1988 roku. Nauczył nas także pewnego zwrotu w języku Aymari, ale do tego jeszcze wrócimy ;). Trzeba też dodać, że był to pierwszy dzień na takiej wysokości (jezioro położone jest na 3812 m.n.p.m) i dało nam się we znaki rozrzedzone powietrze- ból głowy i zadyszka po każdym kroku, teraz już rozumiemy dlaczego reprezentacja Boliwii w piłce nożnej wygrała z Argentyną podczas meczu w La Paz (stolica Boliwii, również bardzo wysoko w chmurach;). Trzeba trochę czasu żeby przystosować się do tych wysokości.

Następnie ruszyliśmy do Uyuni, z krótkim przystankiem w La Paz. Uyuni jest położone na brzegu Salaru Uyuni, czyli największego solniska na świecie. Warstwa soli ma grubość około 10 metrów, a powierzchnia salaru wynosi jakieś 10 tys km2. Można tam wynająć rower i jeździć sobie beztrosko całymi dniami po soli, ale bardziej popularne są wycieczki jeepami- od 1 do 4 dni. My, jak zwykle w pędzie zdecydowaliśmy, że kupujemy jednodniową wycieczkę. Naszym zdaniem pierwszego dnia i tak odwiedza się najbardziej interesujące punkty na salarze i w okolicy, czyli: cmentarzysko lokomotyw, Isla de Pescado (Wyspa Ryb, porośnięta gigantycznymi kaktusami), Montanas del Sal (solne górki;) oraz Ojos del Sal (Oczy Soli, czyli bulgoczące dziury w salarze). Zamiast opisywać wszystkich ciekawostek, zapraszamy do galerii zdjęć, która chyba (mamy nadzieję) oddaje klimat tego miejsca.

Tuż przed wyjazdem z Uyuni spotkaliśmy się na chwilę ze znajomą ekipą Trek Teamu, którzy wędrują sobie właśnie gdzieś między Boliwią, Chile i Ekwadorem i znając Jacka („kierownika” :D) jesteśmy pewni, że doskonale się bawią. Pozdro wiara!

Ostatnim przystankiem w Boliwii było wspomniane wcześniej Sucre, gdzie dotarliśmy wieczorem, a następnego dnia już nie wstaliśmy. Wszystko nas bolało i mieliśmy chyba gorączkę, choć bez termometru ciężko to sprawdzić. Boliwijska służba zdrowia przypomina trochę polską i po wycieczce po trzech punktach medycznych człowiek czuje, że lepiej będzie jak wyzdrowieje sam z siebie :P Tak też zrobiliśmy, ale w Sucre zostaliśmy na małą kwarantannę. Na plus możemy napisać, że drugiego dnia w naszym hostelu spotkaliśmy Donka i Wingo, czyli dwóch zakręconych gości, z którymi od czasu Machu Picchu co kilka dni wpadamy na siebie w jakimś miejscu ;) Przynajmniej nudno nie było!

Po tych przygodach doszliśmy do wniosku, że zawijamy z Boliwii prosto do Argentyny, porzucając wcześniejszą myśl o Paragwaju. Zmierzając do końca tego wpisu, nie możemy sobie odmówić opisania kilku konwersacji, które zdarzyły nam się w Boliwii. Boliwijczycy okazali się najbardziej niedomyślnym i gamoniowatym narodem jaki w życiu spotkaliśmy (żeby nie było, można spotkać tam także bardzo sympatycznych ludzi, ale to raczej rzadkość). Oto trzy największe hity:

1. Miejsce: hotel, Osoba: stary, gruby recepcjonista

My: Czy ma Pan wolne pokoje?
Pan: (po 2 minutach wpatrywania się w telewizor) Tak.
My: Czy możemy zobaczyć?
Pan: (3 minuty namysłu) Nie mam już wolnych pokoi.

2. Miejsce: restauracja, Osoba: młoda kelnerka. Wchodzimy, bierzemy kartę, namyślamy się, podchodzi kelnerka.

Kelnerka: Tak?
Magda: Czy jest makaron?
K: Nie ma.
Marcin: Poproszę rybę z czosnkiem.
K: Nie ma.
Magda: Czy są ziemniaki albo ryż?
K: Nie ma.
My: A co jest?
K: Nic. Teraz jest zamknięte.
My: ?!?!?!

3. Miejsce: restauracja. Osoba: starsza właścicielka. W karcie mają podaną cenę piwa 12 boliviano, a na „rachunku” widzimy że policzyli 15.

My: Przepraszam, ale tutaj jest podana inna cena piwa.
Pani: Hm, ale piwo kosztuje 15.
My: Ale w karcie jest napisane, że 12!
Pani: No… ale piwo przecież zdrożało!

Zdarzyło nam się także (będąc jedynymi klientami w knajpie), że zamówiliśmy dwa śniadanie, a dostaliśmy tylko jedno. Po godzinie okazało się, że zapomnieli o drugim. No cóż, widząc tych ludzi nie mamy wątpliwości, że nie robią tego złośliwie- po prostu tacy już są. Jak to powiedział francuski konsul naszemu koledze, który notabene został okradziony w Sucre z paszportu, aparatu i pieniędzy: „That’s Bolivia, Man!” :P

——————————————————————————————————–

A little movement harmed.

Like above. It is hard to find the reason of this state of affairs- the crazy pace lately, whether constant changes of the height (from the level of the ocean in Lima to the Potosi- the highest city in the world, located on elevation 4090 meters above sea level), or maybe these all hours spent on lousy buses (we counted that from the north of Peru till the south of Bolivia we spent 112 hours in the buses!), in any case a time came to fall ill. For this reason we wasted a few days in the Sucre, in Bolivia, lying in beds and begging for mercy. But one after the other.

At first we arrived in the Bolivian Copacabana town, situated on a lake Titicaca. Small town rather boredom unless somebody likes to be still in a bar, but it is possible there to buy the tour to different interesting points on the lake. There are swimming islands built of cane by local people, but we resigned from it because some time ago we’ve heard it is a terrible kitsch, done up to tourists. We went in exchange but on Isla the del of Sol i.e. the Island of the Sun, inhabited by the small agricultural community which is using the Aymari language. We met the man of the guide which showed off for us there, that he had been in the security of the Pope John Paul II, during his visit in Bolivia in 1988. He taught us also some sentence in Aymari language, but we will talk about it later;). It is necessary also to add that it was the first day at such a height (the lake is located on 3812 meters above the sea level) and thinned air made us headache and the breathlessness by every pace, now we already understand why the football team of Bolivia won against Argentina during the match in the La Paz (capital city of Bolivia, also very much high in clouds;). Need a bit of a time to adapt to these heights.

Next we moved to Uyuni, with the short stop in the La Paz. Uyuni is laid on the edge of Salar Uyuni, i.e. the biggest saltings in world. The layer of the salt has the thickness of about 10 metres, but the area of salar is equal c 10 thousands km2. It is possible there to rent the bicycle and to travel for oneself carefree for days around the salt, but jeep trips are more popular – from 1 up to 4 days. We, as usual on the run we decided that we were buying a day-trip. In our opinion of the first day still tour is visiting the most interesting points on salar and in surroundings, that is: cementary of locomotives, Isla de Pescado (Island of Fish, covered with gigantic cacti), Montanas del Sal(salt hills;) and Ojos del Sal (Eyes of the Salt, i.e. bubbling holes in salar). Instead of to describe every of curiosities, we are inviting to the gallery of photos, which probably (we hope so) is giving the climate of this place back.

Right before the leaving of Uyuni we met for a moment with our friends from the Trek Team which are wandering exactly somewhere between Bolivia, Chile and Ecuador and knowing Jacek („the manager” :D) we are sure that they have great fun. Cheers Guys!

In Bolivia a recalled earlier Sucre was the last stop, where we reached with evening, and of next day no longer we got up. Everything ached us and we probably had a fever, although without the thermometer it is hard to inspect it. The Bolivian Health Service resembles a Polish and after the trip around three medical points, the man feels that it will be better if he will get well of his own :P We also did it , but in the Sucre we stayed for the small quarantine. To the plus we can write, that in our hostel we met the second day Donek and Wingo, i.e. two crazy guys, with which from the time Machu Picchu every a few days we are meeting somwhere;) So, at least we weren’t bored because of this stay.

After these adventures we reached a conclusion that we were getting out from Bolivia straight to Argentina, giving the earlier thought about Paraguay up. Making our way until the end of this post we cannot refuse ourselves to describe a few conversations which happened for us in Bolivia. Bolivians turned out to be the most unperceptive and cloddish nation which we’ve ever met (sure, it is possible to meet also very nice people there, but it is rather a rarity). These are three greatest hits:

1. Place: hotel. Person: old, fat receptionist

We: Do you have available rooms?
Man: (after 2 minutes looking at TV): Yes.
We: Can we see it?
Man (after 3 minutes of thinking): No, I already don’t have available rooms.

2. Place: restaurant. Person: young waitress. We come, take menu, think. Than women comes.

Waitress: Yes?
Magda: Do you have pasta?
W: No.
Marcin: Can I have the fish?
W: We don’t have.
Magda: Do you have potatoes or rice?
W: No.
We: What can we order?
W. Nothing. It’s closed now.
We: ?!?!?!

3. Place: restaurant. Person: older woman- owner of place. The price of beer is 12 bolivianos in menu, but they wanted to charge us 15.

We: Sorry, but here is different price of beer.
Woman: Hmmm, but it costs 15.
We: But price in menu is different!
Woman: Yes… but beer became more expensive last time!

It also happened for us: (being only customers in the bar) we ordered two breakfast, and we only got one. After an hour it turned out that they had forgotten about second. Yeah oh well, seeing these people we don’t doubt, they don’t do it maliciously- they are just like that. So, when our friend was robbed and he lost his passport, camera and money, the french consul told him: „That’s Bolivia, Man!” :P

sty
14

Trochę ruchu nie zaszkodzi!

Posted by Magda i Marcin

Zgodnie z powyższą dewizą, postanowiliśmy rozruszać co nieco kości i ustaliliśmy plan na „Peru aktywnie”. Tego samego dnia, którego obejrzeliśmy linie w Nazca, wsiedliśmy do całonocnego busa do Arequipy, czyli punktu wypadowego do Kanionu Colca. Kanion ten nie dość, że jest najgłębszy na świecie, to jeszcze został odkryty przez Polaków- wstyd więc go nie zobaczyć, będąc w Peru. Z Arequipy zwanej białym miastem (prawdę mówiąc biały jest tylko rynek, reszta wygląda kosmicznie obskurnie- ale to normalka dla peruwiańskich miast) złapaliśmy kolejny bus do Cabanaconde, gdzie większość odwiedzających kanion turystów robi sobie bazę. Jak już się nie raz przekonaliśmy, w Andach odległość 100 km można pokonywać przez 5 godzin, więc do Cabanaconde dotarliśmy dość późno. Dodajmy, że sama droga dostarczyła nam wielu emocji, ponieważ autobus jedzie NAPRAWDĘ BLISKO krawędzi najgłębszego kanionu świata ;p Osobom o słabych nerwach odradza się pokonywać tę trasę, bo droga prowadzi po zboczu góry, nie jest w żaden sposób zabezpieczona i z okna trzęsącego się, przepełnionego ludźmi i zwierzętami (z nami jechała np. jedna lama w różowej apaszce) autobusu można obserwować stromą przepaść w odległości może 1 metra od koła. W każdym razie dotarliśmy na miejsce szczęśliwi, że przeżyliśmy i następnego dnia ruszyliśmy na szlak. Gdyby ktoś wybierał się do Colca, możemy polecić hostel Pachamama w Cabanaconde- w cenę 12 zł za noc jest wliczone pycha śniadanie, przechowalnia plecaków na czas trekkingu oraz dobra informacja o kanionie włącznie z mapką poglądową. Do tego serwują peruwiańskie pisco i pizzę prosto z pieca (do tego tematu wrócimy później, w dziale „smacznie”;). W Colca można zrobić kilka różnych opcji trekkingowych, w zależności od czasu i fantazji. My czasu za wiele nie mieliśmy, więc wybraliśmy sobie trasę dwudniową- zejście na dno, wspięcie się na drugą stronę, ponowne zejście i powrót do Cabanaconde. Widoki niesamowite, to był najpiękniejszy szlak jakim kiedykolwiek szliśmy. Do tego wiedzie on przez autentyczne peruwiańskie wsie osadzone na zboczach i na dnie kanionu- nie prowadzi tam żadna droga dla samochodów i ludzie używają poczciwych osiołków do transportu. Tak na marginesie tamci Peruwiańczycy to dopiero mają kondycję. Wydawało nam się, że idziemy w miarę wartko, do czasu gdy w drodze pod górę wyprzedziła nas kobieta w rozklekotanych trampkach, z dzieckiem na plecach i dwoma osłami na sznurku. Nawet starsze babcie zasuwały, że aż się za nimi kurzyło!!! Na szlaku spotkaliśmy pierwszy raz Łucję i Michała z Czech (jeśli to czytacie, serdecznie pozdrawiamy i mamy nadzieję, że dotarliście bez problemów do Limy;), trochę zmasakrowaliśmy sobie stopy z powodu braku treków oraz spędziliśmy nockę na dnie kanionu, w miejscowości San Galle. Warto dodać, że każdy hotelik ma tam w posiadaniu basen- całkiem sympatycznie wskoczyć do takiego po 7-godzinnej wędrówce! W „El Eden”, noc kosztuje 10 zł od głowy i tyle samo dwudaniowa kolacja przygotowana przez bezzębnego, acz bardzo miłego pana. Ceny są tu super przystępne, ponieważ kanion Colca nie jest aż tak popularny wśród turystów jak inne atrakcje Peru (sami rozumiecie, nie dowiezie Was tam żaden luksusowy pociąg ani nie znajdziecie tam SPA z masażami, więc spora część ludzi odpada w przedbiegach). Możemy jeszcze dodać, że zmęczeni jak mało kiedy, mielibyśmy duży problem ze wstaniem z łóżka następnego dnia, na szczęście znalazł się pomocny Amigo, który pomógł nam poderwać się w ekspresowym tempie :D A oto, kogo ujrzeliśmy rano na ścianie nad naszymi głowami:

Prosto z Kanionu Colca ruszyliśmy w stronę największej atrakcji turystycznej Peru (a może i nawet całej Ameryki Południowej), jednego z „Nowych 7 Cudów Świata” czyli Machu Picchu. Mówiąc o tym XV-wiecznym inkaskim mieście nie da się pominąć tematu pieniędzy. Nie chodzi o to, że jest drogo. Jest KOSMICZNIE drogo! Peru, w szczególności region Cuzco z całą premedytacja wykorzystuje fakt wielkiej popularności Machu Picchu zdzierając z turystów co się da. Największy problem to transport, bo do samego Machu Pichcu nie ma drogi dojazdowej, są tylko tory kolejowe. A zatem z Cuzco należy dotrzeć pociągiem do miejscowości Aguas Calientes, położnej u stóp Machu Picchu. Stamtąd większość ludzi podjeżdża mini busem do bramy wejściowej. Oto więc koszty przeciętnego odwiedzającego:

- dojazd do i z Aguas Calientes pociągiem: ok. 90 USD (~270 zł)
- nocleg w tanim hotelu Aguas Calientes: 20 soles x 2 noce (~44 zł)
- dojazd z Aguas Calientes do bram Machu Picchu: 8 USD x 2 (48 zł)
- dwa obiady w jednej z tańszych restauracji: 70 soli (~75 zł)
- wstęp do Machu Picchu: 125 soli (~130 zł)
RAZEM: 567 zł

Pytanie czy wszyscy się tu dobrze czują, nasuwa się samoistnie. Są też inne opcje dotarcia do ruin, jak kilkudniowy trekking Szlakiem Inków, ale raczej nie polecamy tego w czasie pory deszczowej (styczeń- najgorszy miesiąc ;) Z tego co widzieliśmy, ceny tej przyjemności zaczynają się od 300 dolców. Warto dodać, że są także lokalne pociągi do Aguas, w normalnych cenach- ale tylko dla rezydentów Peru. Nie martwcie się, dla upartych znajdzie się jednak sposób żeby nie wydać tam całych oszczędności, a do tego zyskać przygodę…

PRZEPIS NA MACHU PICCHU „PO STUDENCKU”

- dojazd do Aguas Calientes: lokalny autobus z Cuzco do Santa Marii (15 soles- za miejsca w jednym z trzech ostatnich rzędów, pozostałe miejsca- 20 soles), który odjeżdża z terminala Santiago; następnie taksówka przez Santa Teresę do Hydroelektryki (15 soles) – w tym miejscu kończy się droga. Z Hydroelektryki ruszamy pięknym szlakiem wzdłuż torów kolejowych, skręcamy w prawo na trzeciej „salida de emergencia”, po przejściu schodków wchodzimy na właściwe tory i skręcamy w lewo- potem już cały czas wzdłuż torów (ok. 2 godziny marszu, za darmo). Całość ok. 65 zł w obie strony.

- nocleg w najtańszym hotelu ok. 15 soles x 2 (~33 zł).

- dotarcie z Aguas Calientes do bram Machu Picchu: za darmo! Piękny godzinny spacer zamiast autobusu za osiem dolców!

- dwa obiady na drugim piętrze lokalnego marketu. Jadają tam głównie miejscowi, przekonanie o tym, że z turystów da się zedrzeć trzy razy więcej jeszcze tu nie dotarło. 2 x 5 soles = ~11 zł.

- bilet wstępu do Machu Picchu z legitymacją studencką ISIC: 63 sole (~67 zł)

RAZEM: 176 zł

Nam udało się zrobić to jeszcze taniej, bo wracając do Cuzco złapaliśmy stopa w Santa Teresie Warto pamiętać, aby zabrać wodę i przekąski typu batony czy ciacha z Cuzco (trzeba mieć coś na ząb, bo droga jest wymagająca), w Aguas wszystko jest raczej przedrożone.

Koniec tematu pieniędzy, w końcu wspomnienia z tej wizyty są bezcenne. Pomimo tych całych szopek z dotarciem do ruin, przyznajemy że warto zobaczyć to miejsce. Przede wszystkim, położenie miasta pomiędzy zielonymi strzelistymi szczytami robi mega wrażenie. Napiszemy tu jeszcze o wejściu na górę Huayna Picchu (co oznacza „młody szczyt”- a Machu Picchu to „stary szczyt”). Górujące nad miastem Huayna (znane tez jako Wayna) to ta sama góra, którą widać zawsze w tle gdy ogląda się zdjęcia stamtąd. Otóż każdy chce tam wejść, ale nie wszystkim się uda, sasasasa :D Na szlak wpuszcza się dwieście osób o godz. 7.00 i kolejne dwieście o 10.00. Biorąc pod uwagę, że dziennie ruiny odwiedza ponad 2000 osób, daje to nie tak wielki odsetek. By się tam dostać trzeba wstać bladym świtem (a właściwie jeszcze w nocy – my wstawaliśmy o 3.50), o 4.45 być przed pierwszą bramą gdzie z dzikim tłumem rusza się na wyścigi o miejsca na szlak na Huayna. Nam się udało – byliśmy w pierwszej setce, głównie dzięki temu, że szlak szacowany na 1h 20min pokonaliśmy w 48 minut :p Widok z góry jest niesamowity, ale chyba tylko w porze suchej (od kwietnia do października), w naszym przypadku trochę deszczu i sporo chmur uniemożliwiło poetyckie uniesienia ;) I tak mieliśmy sporo farta, bo pomimo pory deszczowej, w końcu wyszło słońce i większość zwiedzania przebiegło na sucho.

Wygląda na to, że to ostatni wpis z Peru. Pozdrawiamy serdecznie z Boliwii, gdzie dobry net to cud- w związku z czym nie jesteśmy w stanie wrzucić zdjęć póki co;)

——————————————————————-

A little the move will do no harm!

According to the above motto, we decided to liven bones up and we established the plan on „ Peru actively ”. Of the same day which we examined lines in Nazca, we got the all-night minibus on to Arequipa, i.e. the sortie point to the Colca Canyon. This canyon not quite is deepest in world, but was discovered by Polish people- it´s shame not to see it, being in Peru. From Arequipa called the White City (to tell you the truth only a market is white, the rest looks astronomically shabbily- but it normal stuff for Peruvian cities) we caught the next minibus to Cabanaconde, where the majority of tourists visiting the canyon have base. When more than once we already became convinced, it is possible to do the distance of 100 km at the Andes through 5 hours, so we reached Cabanaconde rather late. Let us add that very road provided us with many emotions, since the bus is going really close the edge of the deepest canyon of world ;p We are advising weak nerves persons: don´t do this route, because the road is leading all over the side of a mountain, it isn’t protected in anyway and it is possible to observe from the window of shaking, overfilled with people and animals (e.g. one llama in the pink scarf went with us) bus steep chasm in the distance can of 1 underground from the wheel. In any case we reached in place happy that we survived and we moved the next day to the trail. If somebody goes to Colca, we can recommend the Pachamama hostel in Cabanaconde- into the price of 4 US for the night is included yummy breakfast, left luggage office of rucksacks to the time of the trekking and goods information about the canyon inclusive with the demonstrative map. To it they are serving Peruvian pisco and firewood pizza(we will come back to this topic later, in „ tasty ” category;). In Colca it is possible to do a few various hiking options, depending on the time and the fantasy. We too a lot were pressed for time, so we chose the two-day- hike- veering towards the bottom, climbing to the other side, the another descent and the return to Cabanaconde. Uncanny views, it was the most beautiful trail at any time we went along which. It´s leading by authentic Peruvian villages planted on hillsides and at the bottom of the canyon- there aren´t any roads for cars and people are using donkeys for the transport. So on the margin those Peruvians have amazing condition. We thought that we were going just enough fast, up to the time when in transit uphill a woman overtook us in rickety gym shoes, with the child on the back and with two donkeys on the string. Even older grandmothers drew, that as far as behind them was getting dusty!!! On the trail for the first time we met Lucia and Michał from the Czech Republic (if you are reading it, we are extending warm greetings and we hope that you reached Lima without problems;), a bit we battered feet from the account of the lack hiking shoes and we spent the night at the bottom of the canyon, in the San Galle town. It is worthwhile adding that every small hotel has in possession swimming pool- it´s so nice to jump to it after 7-hours long walking! In „ El Eden ”, each the night and two-course supper prepared by the toothless, although very nice man costs 10 zloty;)Prices are here super accessible, since the Colca canyon isn’t so popular amongst tourists like other attractions of Peru (you know, there no luxury train will bring you or you won’t find SPA there with massages, so the considerable part of people is eliminated in the heats). We can still add, that tired like rarely, we would have the considerable problem with rising from the bed of the next day, fortunately there was helpful Amigo which helped us to rise in record time: D And here whom we saw in the morning on the wall above our heads:

Straight from the Colca Canyon we moved in the direction of the biggest tourist attraction in Peru (or perhaps of even an entire South America), one around „ 7 New Miracles of World ” that is Machu Picchu. Talking about this XV-centuries incan city it won’t be possible to skip the theme of money. It isn’t about it, that it is expensively. It is astronomically expensively! Peru, in particular Cuzco region with in one piece the premeditation is using the fact of the great popularity Machu Picchu tearing off tourists what will be given. The most considerable problem is a transport, because there aren´t any approach roads to Machu Picchu- there are only railway track lines. That is from Cuzco one should reach on train to the Aguas Calientes town, at feet of Machu Picchu. From there the generality of people is driving up by minibus to the entrance gate. Here so costs of average tourist:

- journey to and from Aguas Calientes by train: c 90 USD
- accommodation in the cheap Aguas Calientes hotel: 20 soles x 2 nights (~ 15 USD)
- journey from Aguas Calientes to gates Picchu Mach: 2 x 8 USD
- two dinners in one of cheaper restaurants: 70 soles (~ 25 USD)
- admission to Picchu Mach: 125 soles (~ 45 USD)
TOTAL PRICE: c 190 USD

The question if everyone is feeling here well, is arising spontaneously. There are also alternative options of reaching ruins, like the several days trekking with Inca Trail but it´s not a good idea during rainy season (actualluy January is the worst month to visit Machu Picchu;). What we could see, prices of this pleasure are beginning from 300 bucks. It is worthwhile adding that also local trains are to Aguas, in normal price but only for residents of Peru. Don’t worry, for stubborn however there is a way not to spend entire savings there, and to it to gain the adventure…

Recipe for the „Machu Picchu in student budget”

- journey to Aguas Calientes: local bus from Cuzco to Santa Maria (15 soles- behind places in one of three last rows, remaining places- 20 soles) which is going away from the terminal Santiago; next taxi through Santa Teresa to Hydroelectrica (15 soles) – in this place a road is ending. From Hydroelectrica we are moving the beautiful trail along railway track lines, we are turning right on third „ salida de emergencia ”, after passing steps we are going due paths up and we are turning in left- then already all the time along the railway track (c 2 hours march, for free). Whole of the c 20 USD both ways.

- accommodation in the cheapest hotel c 15 soles x 2 (~ 10 USD).

- reaching gates of Machu Picchu: from Aguas Calientes for free! Beautiful hour’s walk instead of the bus for eight bucks!

- two dinners on the second floor of the local supermarket. They are eating there mainly local, convincing about the fact that it will be possible to tear off tourists three times more still didn’t reach here. 2 x 5 soles = ~ 4 USD

- entrance ticket to Machu Picchu with an ISIC student card: 63 soles (~ 22 USD)

TOTAL PRICE: c 56 USD

We managed to do it still more cheap, because coming back to Cuzco we caught the car in Santa Teresa;) It is worthwhile remembering to take water and snacks from Cuzco (it is necessary to have a little something to eat, because the road is demanding), in Aguas everything is rather too expensive.

End of the topic of money, in the end memories from this visit are priceless. Past these entire combinations with reaching ruins, we are admitting that it is worthwhile seeing this place. Above all, the location of a town between green soaring peaks is doing mega impression. We will write here about climbing a mountain Huayna Picchu (what means „young peak” – and Machu Picchu is „old peak”). Huayna surpassing the city (known as a Wayna as well) it is the same mountain which one can always see in the background when photographs are being examined from there. So everyone wishes accesses there, but for some people it will fail, sasasasa: D Two hundred persons about 7 a.m. and next two hundred about 10 a.m. is being let into the trail. Taking into consideration per day over 2000 persons are visiting ruins, we have not such a great percentage.

In order there to get it is necessary to get up at the crack of dawn (actually still at night – we got up about 3.50), about 4.45 to be in front of the first gate where with the wild crowd is moving racing one another against places to the trail on Huayna. We managed – we were in the first hundred, mainly thanks to the fact that we covered the trail estimated at 1 h 20 minutes in 48 minutes:p The view from above is remarkable, but probably only in the dry time (from the April up to the October), in our case a little rain and quite a lot of clouds made poetic rapture impossible;) Both this way we were in luck quite a lot, because in spite of the rainy season, in the end a sun came out and we had good weather.

It looks like it´s the last post from Peru. Greetings from Bolivia, where internet connection is so shitty, that we cannot put new photos on the website ;)

sty
02

Peruwiańskie początki

Posted by Magda i Marcin

Kilka osób życzyło nam na naszym blogu, żebyśmy zdążyli na Sylwestra do Limy. Donosimy więc, że się udało! Mało tego. Nie dość, że dojechaliśmy do Limy i pobieżnie ją zwiedziliśmy, to jeszcze zdążyliśmy się z niej przed Sylwestrem wynieść ;) Ale od początku…

Do Peru wjechaliśmy od północy. Pierwsze zaskoczenie to sama ekwadorsko-peruwiańska granica. Otóż, jeżeli ktoś podobnie jak my, chce załatwić wszystko zgodnie z literą prawa i posiadać pieczątki: wyjazdową z Ekwadoru i wjazdową do Peru, czeka go nie lada spacerek. Ktoś bardzo pomysłowy rozmieścił oba punkty odpraw w odległości (zaledwie) sześciu kilometrów od siebie. Zaskoczenie numer dwa to peruwiański krajobraz. Obserwowaliśmy go z okien autobusu w drodze do Limy i ku naszemu zdziwieniu, północ Peru to jedna wielka pustynia. Mowa tu oczywiście o części kraju leżącej bliżej wybrzeża. Przez dwadzieścia trzy godziny jazdy rzadko można było zaobserwować coś innego niż piasek, kamienie i gdzieniegdzie porozrzucane chaty autochtonów.

Sama Lima, to dziesięciomilionowa metropolia w której można znaleźć zarówno bogate dzielnice turystyczne jak Miraflores (na szczęście ceny hosteli są tu bardzo przystępne!) jak i kłujące biedą w oczy slumsy na północnych krańcach miasta. Uwagę przykuwają zwłaszcza obskurne betonowe kloce bez okien. Centrum historyczne miasta jest za to zadbane i warto spędzić w nim trochę czasu, spacerując leniwie po urokliwych uliczkach. Trzeba być jednak czujnym, zdarzyć się tam może bowiem historia podobna do tej…  Otóż, gdy wracaliśmy sobie z urzędu pocztowego w centrum (swoją drogą ceny znaczków pocztowych to tu istna paranoja) zaczepił nas miły jegomość z synem i krzyczy do nas: Francais?? Nie dziwcie się, to nie pierwszy raz gdy mylą nas z żabojadami. Grzecznie odpowiedzieliśmy:

- No! Polacos!
- Warszawa, Kraków, Katowice? – woła za nami jegomość.
- Poznań! – odpowiadamy, zarazem zdziwieni tym, że ktokolwiek w Peru umie wymienić więcej niż jedno polskie miasto.
- Lech Poznań! Lato, Boniek, Smolarek (tu skończył się wątek piłkarski a zaczął polityczny): Tusk, Kaczyński, Komorowski!
-Bueno! – mówimy, ale to nie był koniec popisów nieznajomego. Wyciągnął z kieszeni magiczną książeczkę (taki mini atlas geograficzny) gdzie najwyraźniej od dłuższego już czasu, notował informację usłyszane od turystów nt. ich państw.
- Warka, Tyskie, Lech, Harnaś, Żywiec – wyrecytował na koniec. Teraz mieliśmy już pewność, że gość wie wszystko co najważniejsze o naszym kraju ;)

Wdaliśmy się z nim w gadkę, gdzie Polska była tematem wiodącym, po czym facet zakomunikował, że ma małą i tanią restaurację nieopodal, i czy może zachcemy wejść i napić się z nim piwa. Temperatura była wysoka a my spragnieni, więc pomysł ten wydał nam się całkiem dobry. Jak się jednak okazało, była to kompletna ściema: knajpa wcale nie była jego, piwo paskudnie drogie, a jak się szybko zorientowaliśmy- to my mieliśmy być sponsorami. Zapewne gość robi to często- zagaduje turystów (ma coś do powiedzenia o każdym kraju), zaprasza ich na piwo, a gdy przychodzi do płacenia, cwaniacko się wymiguje. No cóż, w przypadku poznańskich studentów taka akcja była jednak z góry skazana na porażkę :P Zastanawialiśmy się przez moment czy nie dać mu nauczki i wymknąć się cichaczem nie płacąc nawet za siebie (w końcu to on nas zaprosił), ale nie jesteśmy jednak tacy;) Napiliśmy się, rzuciliśmy kelnerowi odliczone za nas i ruszyliśmy do wyjścia. Oboje- nasz „nowy znajomy” oraz kelner (który ewidentnie był z nim w zmowie) trochę się burzyli, że jak to tak i mamy zapłacić też za jego piwo i pepsi dzieciaka, ale stanowczym „adios” zakończyliśmy temat.  Gość był tam prawdopodobnie bez pieniędzy więc nie wiemy jak za to zapłacił ale mamy nadzieję, że uratowaliśmy w ten sposób od naciągania wielu turystów, zwłaszcza tych z kraju nad Wisłą, bo po tej akcji cwaniaczek prawdopodobnie wykreślił już Polskę ze swojego atlasiku. Jedyne co w tej sytuacji martwi, to rzeczy których ten człowiek uczy swojego syna- ale poza tym mieliśmy niezły ubaw na widok jego zdezorientowanej miny.

Z Limy udaliśmy się do oazy Huacachina nieopodal miejscowości Ica. Słowo oaza pada tu nie bez kozery. Jest to prawdziwa, piaszczysta pustynia z małym oczkiem wodnym pośrodku, wokół którego pobudowało się z czasem trochę hoteli i restauracji. Bardzo urokliwe miejsce które w tej chwili ściąga turystów swoją największą atrakcją: ogromną ilość wydm idealnych do uprawiania sandboardu! Oczywiście my też się skusiliśmy się na ostrą jazdę na dechach i trzeba przyznać, że zabawa jest przednia ;) Poniżej filmik dokumentujący jeden ze stylowych zjazdów:

Pobawiliśmy się w piachu trochę czasu, słońce prażyło niemiłosiernie (co miało znaczenie o tyle, że po wywrotce piasek nieźle parzył!) ale w końcu trzeba było się zbierać – wszak był to Sylwester, a przed wieczorną zabawą warto było spłukać z siebie piasek (tony piasku!). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie Davida z Limy, którego poznaliśmy tego dnia w naszym hotelu, a na zmianę daty wdrapaliśmy się na czubek ogromnej wydmy górującej nad oazą, skąd obserwowaliśmy sztuczne ognie (Peruwiańczycy się nie popisali – pięć minut marnych wystrzałów;)

W Huacachina nie zabawiliśmy długo, następnego dnia rano złapaliśmy autobus do Nazca, gdzie mieliśmy nadzieję obejrzeć słynne w świecie preinkaskie naziemne linie. Linie można oglądać na dwa sposoby: z ziemi (jedna sztuczna wieża widokowa i jedna naturalna) lub z awionetki. Ku własnemu zdziwieniu wybraliśmy opcję naziemną. Mieliśmy zarówno czas jak i odłożone na tę okoliczność pieniądze ale jak pewnie pamiętacie, w przełomie sierpnia i września, spędziliśmy w ciągu trzech dni prawie 24 godziny w samolotach i co tu dużo mówić – oboje nabawiliśmy się awersji do tego środka transportu. Tak długo jak nie musimy wsiadać do samolotu (czyli do naszego lotu z Buenos do Europy;) tak długo nie mamy zamiaru tego robić! :p Wracając jednak do Linii Nazca to trzeba przyznać, że jest to rzecz bardzo interesująca. Gdyby przyjrzeć się liniom z bliska, jawią się one jako wykopane na 3-4 cm rowki, które sprawiają wrażenie jakby nie miały przetrwać do jutra. Ale nic z tego – przetrwały już 2000 lat i przetrwają następne dwa! Dzieje się to za sprawą klimatu panującego na płaskowyżu – jest strasznie sucho, pada ok. 3-4 godziny rocznie (nie, nie dni- godziny!) i cały krajobraz nie zmienia się przez tysiąclecia. Ludzie Nazca dobrze wiedzieli gdzie budować linie i znaki – szacunek dla nich za to!;)

—————————————————————————————————-

Peruvian beggining.

A few people wished for us on our blog us to be in time for a New Year’s Eve to Lima. So we are informing that we did it! And that’s not all. Not quite we reached to Lima and casually we toured it, then we still managed before the New Year’s Eve to move out from this city;) But lets start from the beginning …

We drove to Peru from the north. First a surprise was Ecuadorian-Peruvian border. So, if somebody (like us) wants to settle of everything according to the letter of the law, and to have stamps: departure from Ecuador and entry to Peru, one has to do “small” walk. Somebody very inventive arranged both migration offices in the distance (only) of six kilometers between them. Surprise number two it is a Peruvian landscape. We observed it from windows in the bus going to Lima and much to our surprise, north of Peru is one large desert. Here of course a part of the country lying more close the coast is being talked about. For twenty three hours of the ride it has rarely been possible to observe something else than sand, stones and cottages of autochthons.

Lima is 10-milion people metropolis in which it is possible to find both abounding tourist districts like Miraflores (fortunately prices of hostels are here cheap!) as well as slums in the north part of city. Especially scruffy concrete without windows are riveting the attention. From the other side, the historical centre of the city is neat and it’s worthwhile spending time there a bit, walking charming small streets lazily. It is necessary however to be vigilant, because there perhaps to happen similar history like this one… So, when we came back from the post office in the centre (any way prices of postage stamps are here a real paranoia) a nice gentleman accosted us with the son and he is screaming to us: Francais?? Don’t be surprised, it not for the first time when are confusing us with French. Politely we answered:

- No! Polacos!
- Warszawa, Kraków, Katowice(the names of polish cities)? – He is screaming.
- Poznań! – we said, very suprised that someone from Peru knowi more than one city in Poland.
- Lech Poznań! Lato, Boniek, Smolarek (names of polish footbol players)): Tusk, Kaczyński, Komorowski (politics)!
- Bueno! – we Said, but it wasn’t the end. He took the magic small book out of a pocket (so mini geographical atlas) where, probably from longer time he’s collected the information heard from tourists about their states.
- Warka, Tyskie, Lech, Harnaś, Żywiec (polish famous brands of beer) – he recited in the end. Now we were already sure that this guy knew everything most importantly about our country;)

We started to talk with him about Poland and then the guy said, that he had the small and cheap restaurant close by, and ask if we want to enter and to drink the beer with him. The temperature was high and we thirsty, so this idea seemed quite good to us. However it turned out, it was complete hogwash: the bar wasn’t his property, beer was hideous expensive, and if quickly we realized, we were supposed to be sponsors. Probably this guy often is used to do it-talking tourists (he has something to say about every country), inviting them to the beer, and when time to paying is coming, he is shirking. Yeah oh well, in case of students from Poznan however such an action was sentenced to the defeat :P We thought for a moment to teach him a lesson and to slip secretly not paying even for ourselves (because he invited us), but however we aren’t so vicious;) So, we drank, we threw for the waiter only our part of money and we set off to the exit. Both- our „new friend” and waiter (which obviously was in league with him) a bit were complaining, that we should pay also for his beer and Pepsi of kid, but resolute „ adios ” we finished the theme. Probably the guy was there without money so the we don’t know how he payed for it but we hope that we rescued in this way from tricking many tourists, especially of the ones from the country on the Vistula, because after this action the con man probably already deleted Poland from his notebook. Only what is sad for us, what this man is teaching their son but apart from that we had the fairly good fun of his confused face.

From Lima we went to the Huacachina oasis near the Ica town. We are saying oasis not without reason. It is real, sandy desert with the small pond in the middle, around which was built with time a bit of hotels and the restaurant. Very charming place which at the moment is attracting tourists with centre-piece: huge amount of perfect sand dunes to sandboard! Of course we also tempted ourselves for the sharp ride on boards and it is necessary to admit that the fun is excellent;) Below you see movie, which documents one of stylish downward slopes:

We had fun in the sand of a bit of a time, the sun beat down relentlessly (what was significant as after the fall sand quite well stung!) but in the end it was necessary to stop – after all it was a New Year’s Eve, and before the evening party it was worthwhile washing sand away from us (ton of sand!). We spent the evening in company of David from Lima, who we met that day in our hotel. For the moment of change of date we climbed up the tip of the huge sand dune towering over the oasis, where from we observed fireworks (Peruvians didn’t show off – five minutes of wasted shots;)

We didn’t stay at Huacachina long, next day in the morning we caught the bus to Nazca, where we were supposed to watch famous in world preincan ground lines. It is possible to examine lines to two ways: from the earth (one artificial tower with a view and one natural) or from the light aircraft. We chose the ground option. We had both the time and money saved for this flight, but how most probably you remember, in the turn of the August and the September, we spent almost 24 hours in the sequence of three days in aeroplanes well here much to say – both we brought ourselves aversion to this mode of transport. Enough long for we don’t have to get onto a plane (that is for our flight from Buenos to Europe;) so long we don’t intend to do it! :p However, coming back to the Nazca Lines, it is necessary to admit, that it is very interesting thing. If to take a good look at lines, they are presenting as dug on 3 – 4 cm grooves which cause the impression as if they weren’t supposed to survive by tomorrow. But it’s not the true – they survived throughout as many as 2000 years and they will survive next two thousands! It’s happening thanks to the climate ruling on the plateau – it is terribly drily, it is raining c 3 – 4 hours annually (no, not days- hours!) and the entire landscape is keeping steady for millennia. Nazca people well knew where to build lines and signs – respect for them by it!;)