obrazek
микрозаймы на карту за 5 минут без проверки кредитной истории
lis
13

„No shoes, no shirts, no problems”

Posted by Magda i Marcin

Tak właśnie mówi się w Belize. Kraj malutki- w ciągu jednego dnia przejechaliśmy go niemalże w całości, ale całkiem sympatyczny. Po pierwsze, językiem urzędowym jest angielski, po drugie nie ma wszechobecnych w Meksyku i Gwatemali śmieci na poboczach i drogach, po trzecie autostop łapie się tu sam :) Dzięki przyjacielskim mieszkańcom bardzo szybko udało nam się dojechać na miejsce przeznaczenia, czyli do Barton Creek Outpost. Skryty w dżungli camping, położony w pobliżu lokalnej atrakcji czyli długiej jak cholera, zalanej wodą jaskini, do której można popłynąć canoe. Nie cieszcie się- my nie popłynęliśmy. Tu należy wspomnieć jeden z minusów Belize- ceny dużo, dużo wyższe niż w innych krajach Ameryki Środkowej (może oprócz Kostaryki). Była to tańsza z dwóch okolicznych jaskiń, ale cena wycieczki i tak zaparła nam dech w piersiach. W zamian za to wybraliśmy się na pierwszy w życiu trekking po dżungli. Wg mapy miała być to godzinna wyprawa, ale po godzinie byliśmy dopiero w 1/3 drogi- choć określenie „droga” jest tu chyba nieco przesadzone. Była to po prostu mniej zarośnięta część dżungli. Zgubiliśmy zatem nasz pseudo- szlak i musieliśmy zawrócić… ale nie ma wielkiego wstydu, ponieważ 4 pracujących tam wolontariuszy, którzy poszli oczyszczać ścieżkę maczetami także utknęło gdzieś na trasie. Może to z powodu cyklonu, który 3 tygodnie temu nawiedził Belize. Z interesujących atrakcji, widzieliśmy około 3 metrowego, bardzo cienkiego i bardzo jaskrawozielonego węża.

Zaliczyliśmy także wędrówkę wzdłuż farm Mennonitów, którzy zamieszkują te ziemie od 52 lat. Menonici to grupa przypominająca nieco amerykańskich Amiszów. Wiele lat temu wywędrowali oni z Holandii, przez Rosję, Kanadę i Stany, (gdzie ciągle coś im przeszkadzało) by w końcu trafić tu, do Belize. To niesamowite, że ci ludzie żyją tak, jak gdyby czas zatrzymał się 200 lat temu. Nie licząc niewielkiej części bardziej liberalnych rodzin, mieszkają oni na farmach bez elektryczności, nie uznają samochodów i jako środka transportu używają zaprzęgniętej w konie bryczki. Odnośnie stroju- mężczyźni obowiązkowo szelki i słomiany kapelusz, kobiety długie suknie i jakieś kosmiczne czepce na głowach. Są bardzo cenieni przez tutejsze władze, ponieważ tylko oni na swoich farmach wytwarzają wiele użytecznych produktów. Udało nam się nawet chwilę porozmawiać z jedną rodzinką w czasie przeprawy na bosaka przez rzekę i okazali się wbrew pozorom bardzo przyjaźnie nastawieni do ‘innych”.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla Belize, bardziej ciągnęła nas Gwatemala, więc po dwóch dniach opuściliśmy Barton Creek. Tu musimy przytoczyć historię o przekraczaniu kolejnych granic, która podniosła nam nieźle ciśnienie. Opuszczając Meksyk mieliśmy nadzieję, że uda nam się oszukać system i nie zapłacić opłaty turystycznej (20 USD od głowy), co udało się kilku znanym nam osobom. Niestety jako jedyne białasy przekraczające w tamtym momencie granicę zostaliśmy natychmiast wyhaczeni przez jednego z lokalnych cwaniaczków, który oferował podwózkę, wymianę pieniędzy i sto innych rzeczy, a co gorsza przyczepił się jak rzep do psiego ogona. Nie dało rady go zgubić, narobił wielkiego szumu wokół nas i założenie „nie zwracać na siebie uwagi” spaliło na panewce. Wściekli jak mało kiedy musieliśmy więc zalegalizować nasz pobyt w Meksyku poprzez uiszczenie opłaty. Kolejna niespodzianka w Belize- przy wjeździe poinformowano nas, że opłata wynosi 13 USD, przy wyjeździe zażądano 18 USD.

– Przecież dwa dni temu było 13!
– Dwa dni temu było 13, wczoraj 15, a dziś 18- pani w okienku była nieugięta.

No cóż, pozostało cieszyć się, że nie wyjeżdżamy jeszcze później skoro opłata wykazuje tendencję zwyżkową. Chcąc nie chcąc zapłaciliśmy, ale prawdziwy szlag trafił nas dopiero po stronie gwatemalskiej. W przewodniku wyczytaliśmy, że nie musimy nic płacić, jednak już z daleka jakiś cwaniak w białej koszuli woła do nas, że wjazd kosztuje 5 dolców. Lekko poirytowani podchodzimy do lady, gdzie pani urzędnik zaczyna wertować księgę ze spisem państw. Wiem, że to niegrzecznie ale zaglądam pani przez ramię i widzę przy Polsce napis „exento de visa”, po szybkiej konsultacji ze słownikiem, tłumaczenie to „zwolniona z wizy”. Kobieta pospiesznie przewraca stronę, wertuje księgę jeszcze przez chwilę po czym oznajmia, że należy się 20 Quetzali (waluta gwatemalska) od osoby.

– Za co?
– To jest opłata, 20 quetzali.
– Tu jest napisane, że nie potrzebujemy wizy, więc za co ta opłata?

Nadbiega biała koszula wołając, że to opłata za wjazd. No jasne… na 100% te pieniążki powędrują za chwilę do jego białej kieszeni! Czujemy jak dym leci nam z uszu i po krótkiej wymianie zdań oznajmiamy, że NIE ZAPŁACIMY. Pani urzędnik i koszula przyjęli w końcu porażkę i puścili nas dalej. Jak widać opłata była wyimaginowana, to nauczka na przyszłość żeby strzec się na granicach przed oszustami.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, od razu po przyjeździe do Gwatemali udaliśmy się na Tikal. To chyba największy istniejący kompleks ruin Majów, do tego całkiem porośnięty lasem deszczowym. Zupełnie jak w „Księdze Dżungli”! Największe wrażenie zrobił na nas widok ze szczytu ogromnej świątyni Templo V. Można stamtąd obserwować rozciągającą się po horyzont dżunglę i szczyty innych piramid, wystające ponad wierzchołkami drzew. To były już chyba ostatnie ruiny na naszej trasie, choć jak przekonaliśmy się wielokrotnie- niczego nie można być zupełnie pewnym ;)

P.S. Ogłaszamy, że quiz wygrał Flaper- gratulacje! Dziękujemy także pozostałym uczestnikom.

  1. sittinghenpoland Said,

    „Czujemy jak dym leci nam z uszu”, jeszcze tylko piany na ustach zabrakło:) ,ale tam trafili Słowianie, trudno takich trafić w portfel :)

  2. Kyle Said,

    Hola, ,tambien, Magda & Marcin,
    I, too, ,am still in Guatemala. I’ve been hiking and staying in Santa Cruz, on Lake Atitlan, for the past 4 days. It’s paradise here! Santa Cruz can only be accessed by boat from a neighboring town. I left my bike at a private, guarded parking in Panajachel. One particular hike my second day here took me 10-20 km across a couple mountaintops and steep cliffs overlooking the villages, lake, and three volcanoes. I am now making my way back to Tikal this morning to visit the ruins I missed when I rushed through northern Guatemala to get my bike fixed in Guatemala City. I expect to stay just a day or two then return to southern guatemala and eventually get to the western border to re-enter Mexico.
    I’m enjoying reading your blog, but it hardly compares to hitchhiking there with you!
    Keep up the adventuring,
    Kyle

Add A Comment