obrazek

Archive for Wrzesień, 2010

wrz
30

Gorące piaski Arizony

Posted by Magda i Marcin

Na czym to ostatnio stanęło…? Acha! Yellowstone. Od ostatniego wpisu wydarzyło się sporo. Ale po kolei. Wyjechaliśmy z Idaho Falls, od naszego hosta – Mormona o skandynawskich korzeniach w zeszły czwartek. Jak? Ano ciężarówką prowadzoną przez naturalizowanego Amerykanina z Salwadoru. Z nim jechaliśmy dwa dni, by w końcu spędzić noc w miejscowości Provo, w motelu prowadzonym przez parę Hindusów. Dzień później złapaliśmy stopa bezpośrednio do Vegas z miłą amerykanką, która lubiła od czasu do czasu wspomnieć o swym chłopaku – Kolumbijczyku. Tak… bez dwóch zdań jesteśmy w Stanach.

Sytuacja (a konkretnie 6 pasmowe drogi interstanowe) zmusiła nas do ponownego wynajęcia samochodu. Łapanie stopa w tych rejonach graniczy z cudem, zatem odebraliśmy autko na lotnisku w Vegas i ruszyliśmy na podbój Wielkiego Kanionu. Pech chciał, że nie mieli już zamówionego przez nas auta w klasie ekonomicznej, więc dostał nam się całkiem sympatyczny Dodge Caliber (w tej samej cenie rzecz jasna:)! Z własnym samochodem ma się znacznie większe możliwości, zatem obejrzeliśmy kanion od południa i od północy, możemy teraz nazwać się prawdziwymi specami od tej części Stanów. Zwiedziliśmy także Zaporę Hoover’a, historyczną Route 66, rezerwat Indian Navajo oraz Most Navajo nad rzeką Colorado. Co do Kanionu- wart jest każdego z 25 dolców wydanych na wstęp. Widoki zapierają dech w piersiach, ale trudno to opisać. Po prostu warto zobaczyć na własne oczy. Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek- myśleliśmy, że zostawiając daleko za sobą brązowe i czarne niedźwiedzie możemy odetchnąć z ulgą, a tu jednak… lwy górskie w Wielkim Kanionie ;) Niestety (a może stety) żadnego z nich nie zauważyliśmy, w przeciwieństwie do stada Kondorów Kalifornijskich oraz innych wielkich ptaszysk. Odwiedzając Kanion można skusić się na wyprawę do jego dna i z powrotem, ale niestety nie starczyło na to czasu. Jest to niemałe wyzwanie, z powodu panujących tu upałów (temperatura dochodzi do 40′ C) i konieczności zarezerwowania campingu na dole z 13- miesięcznym (!) wyprzedzeniem. Cóż, 13 miesięcy temu nie przypuszczaliśmy, że nas tu poniesie ;) Może następnym razem! Ostatnia rzecz, którą chcieliśmy opisać będzie w nieco bardziej poważnym tonie. Otóż, nie tak wyobrażaliśmy sobie rezerwat Indian. Gdzie totemy, przepaski biodrowe, tańce plemienne wokół ogniska? Zamiast tego można tu kupić badziewną biżuterię ‚made in China’ sprzedawaną jako wyroby rdzennych mieszkańców Ameryki na przydrożnych bazarach. Dodajmy, sprzedawaną przez tych Indian, którzy nie leżą akurat zalani gdzieś na spękanej słońcem ziemi Arizony. Smutne, co z tymi ludźmi zrobiła cywilizacja białego człowieka.

God Bless America!

wrz
24

Yellowstone Rulez!

Posted by Magda i Marcin

Jak w tytule. Yellowstone wygrywa ranking (póki co skromny) najciekawszych miejsc jakie dotychczas odwiedziliśmy! W ciągu trzech spędzonych tam dni zobaczyliśmy więcej bizonów niż japońskich turystów pod Empire State Building (a to już nie lada wyzwanie!). Oprócz bizonów, można tam spotkać mulaki (z rodziny jeleniowatych- podobne do naszych jeleni), wapiti (wyglądające jak skrzyżowanie łosia z jeleniem), widłorogi, wilki, kojoty, mnóstwo małych ssaków i ptaków, no i oczywiście towarzyszące nam od Alaski niedźwiedzie- Baribale i Grizzly ;) Poza tym krajobrazy, krajobrazy… Aż trudno uwierzyć, że w na terenie jednego parku (fakt, że ogromnego) można znaleźć tyle różności. A zatem były góry, rzeki, jeziora, gejzery, wulkany, gorące źródła, wodospady, a nawet ‚Wielki’ Kanion Yellowstone.

Ale wróćmy do początku całej tej przygody. Postanowiliśmy zasmakować nieco luksusu i wynajęliśmy własne cztery kółka. Nissan versa, automat- po prostu miód malina i to za jedyne 100 baksów za 3 dni. Gdyby kto pytał jak to się udało, możemy polecić firmę Travel Jigsaw jako pośrednika w wynajmie samochodów. Trzeba przyznać, że są dobrzy no i baaaaardzo tani ;) Wypożyczenie tegoż auta okazało się strzałem w dziesiątkę, z uwagi na ogrom obszaru Parku Yellowstone- przykład: 52 km do najbliższego prysznica! Poruszanie się wewnątrz bez własnego wehikułu może stanowić nie lada problem. A więc obładowani zapasem żywności na 3 dni (wreszcie nie na własnych plecach, lecz we wnętrzu bagażnika) wyruszyliśmy prosto w dzicz. Już pierwsze pół godziny spędzone w parku pokazało nam, że zwierząt nie trzeba tu specjalnie poszukiwać. 20 minut w korku, spowodowanego przemarszem przez drogę stada bizonów. O kurde! Będzie ciekawie. Nieco dalej kolejny korek- ponieważ sznur samochodów pragnie sfotografować łosie zażywające kąpieli w rzece. Tym sposobem dojazd na camping zajął nam resztę dnia, ale po drodze udało się jeszcze wskoczyć do gorących źródeł (ach…). Pierwsza noc również obfitowała w atrakcje. Mamy solidnie uzasadnione przypuszczenie, że o godz. 4.52 nad ranem, koło naszego namiotu urzędował niedźwiedź! Pewności nie mamy- zabrakło odwagi żeby sprawdzić to namacalnie:P Tak naprawdę teraz wydaje się to zabawne, ale słysząc człapanie ciężkich łap i głuchy odgłos walenia w campingową skrzynię na żywność (stojącą 15 m od naszego namiotu) oblały nas zimne poty! Jedyne co mogliśmy zrobić, to zacisnąć dłonie na Bear Sprayu i wyczekać, aż domniemany miś zechce odejść do lasu. Na szczęście kolejne noce były zdecydowanie spokojniejsze, bowiem zmieniliśmy camping- na nowym grasowały jedynie jelenie :D

Drugiego dnia odwiedziliśmy gejzery, gorące źródła i wulkan, a trzeciego rzekę Yellowstone, wodospady oraz tutejszy wielki kanion. Nie próbujemy nawet opisywać tych zjawisk, bo wpis nie miałby końca. Zapraszamy do galerii zdjęć z wszystkich tych niesamowitych miejsc! Jedyne co nas trochę zaskoczyło, to ruch wewnątrz parku. Koniec września, niemalże po sezonie, a wszędzie tłumy turystów. Na szczęście ludzie potrafili uszanować siebie nawzajem, a co najważniejsze dziką przyrodę, więc nie stanowiło to przeszkody dla podziwiania Yellowstone.

Wciąż jesteśmy pod wrażeniem tego niezwykłego miejsca i jeżeli ktokolwiek z czytelników zastanawia się czy warto odwiedzić najstarszy park narodowy na świecie- nasza odpowiedź brzmi: WARTO!

PS1. Pokrzywa nie wahaj się, tylko zbieraj kasę (choćby w Piotrze i Pawle na kasie;) i jedź!!
PS2. Dodaliśmy do galerii także zdjęcia z trasy: Lethebridge (Kanada)-> Helena (Montana)-> Idaho Falls ( Idaho)-> Yellowstone (Wyoming).

wrz
18

Roztrzaskana głowa skaczącego bizona

Posted by Magda i Marcin

Etap kanadyjski już prawie za nami, czas więc na podsumowanie wizyty w tym kraju- gigancie. Przez drugie co do wielkości państwo na świecie przejechaliśmy w iście olimpijskim tempie- niewiele ponad tydzień. Jak tak dalej pójdzie,   na Święta będziemy w Argentynie ;) A tak na serio, mieliśmy kilka powodów żeby tak zasuwać. Najważniejszy z nich to pogoda. O tak… pogodę w Jukonie, British Columbii albo Albercie można opisać jednym zdaniem. Jeżeli akurat nie pada to znaczy, że padało przed chwilą lub zacznie padać za chwilę ;p Co tak naprawdę wcale nie jest zabawne,  zwłaszcza w perspektywie nocki w namiocie bądź konieczności wystawania przy drodze z wystawionym kciukiem. Jeśli dołożyć do tego ceny (o madre mia!) pozostaje tylko zawijać się jak najszybciej i powrócić dopiero z własnym wielkim camperem, po zarobieniu tych grubych milionów w przyszłości (btw, do Vegas już całkiem niedaleko:).  Pomimo tych wszystkich szatańskich kapuśniaków, deszczyków i ostrych ulew, udało nam się jednak odwiedzić kilka pięknych miejsc i zobaczyć kawał naprawdę bogatej, dzikiej przyrody! Niestety w kulminacyjnym momencie padły baterie od aparatu, więc nie udało nam się zrobić zdjęć kilku interesującym obiektom. Pozostaną więc tylko wspomnienia, ale nie omieszkamy opisać co gały widziały ;p

1. Hotsprings Liard River – doskonałe miejsce na przerwę w podróży. Po mroźnej nocy w namiocie nie ma nic przyjemniejszego niż zanurzyć się w ciepłych źródłach wśród dzikiej przyrody. Hotsprings – LINK

2. Wszechobecne „Buffalo”, które oglądaliśmy z Alaska Highway przez dwa dni (łapanie stopa było dość ekscytujące w tej okolicy): Buffalo z BC – LINK

3. Baribale, zwane też niedźwiedziami czarnymi, które także oberwowaliśmy z okien samochodu (ich miły wygląd to tylko pozory, w gruncie rzeczy bywają bardzo niebezpieczne!): Baribal – LINK

Alaska Highway dostarczyła nam 100% pozytywnych wrażeń. Poza wyżej wymienionymi zwierzakami widzieliśmy też karibu, jelenie, niezliczone ilości ptactwa ale przede wszystkim poznaliśmy tu niesamowitych i pomocnych ludzi. Kanadyjczycy okazali się milion razy lepsi niż pogoda w tym kraju! Spotkaliśmy wiele osób z przeszłością podróżniczą, dzięki czemu nasłuchaliśmy się mnóstwa ciekawych opowieści. Zdarzały się także całkiem zaskakujące incydenty, jak zapraszanie nas na nocleg lub kierowca zbaczający ze swojej drogi specjalnie żebyśmy dotarli do celu. Po prostu miód, malina:) Udało nam się nawet odwiedzić ranczo kanadyjskiego kowboja, hodującego (jak to każdy kowboj) konie i LAMY.

Celem odetchnięcia życiem wielkomiejskim, zrobiliśmy także mały przystanek w Edmonton (stolica Alberty). Miasto to może pochwalić się (podobno) największym na świecie centrum handlowym West Edmonton Mall. Rzeczywiście niezły kolos! Do tego oferuje atrakcje inne niż tylko shopping-  baseny, gokarty na wodzie czy show z lwem morskim w roli głównej. Tylko paliwa do naszego palnika nie było:p Na szczęście wcześniej w Whitehorse udało się kupić dwie butle z gazem, więc na jakiś czas problem z głowy. Żeby pokazać się od patriotycznej strony, musimy jednak napisać,  że nasz poznański Stary Browar nie jest traci wcale przy porównaniu z West Edmonton Mall.

Ostatnim celem naszej podróży przez Kanadę, było Muzeum Roztrzaskanej Głowy Skaczącego Bizona. Muzeum równie ciekawe jak sama jego nazwa;) Miejsc to upamiętnia stosowany na tych ziemiach sposób polowania na bizony. Trudno w to uwierzyć ale działo się to już 9000 lat temu! Indianie budowali prowizoryczne drogi prowadzące nad brzeg klifu, następnie przebierali się w skóry wilków (tzw straszaki) oraz bizonów (aby siać panikę w stadzie i zmusić resztę by biegły w określonym kierunku). Rozpędzone bizony ogarnięte paniką pędziły nad brzeg klifu gdzie czekał je smutny los w postaci krótkiego lotu na ziemię i tytułowej roztrzaskanej głowy. Pomimo, że godzi to w wegetariańskie uczucia, przyznajemy, że indiański pomysł był bardzo cwany.

I to by było na tyle o Kanadzie. Następny przystanek- Yellowstone ;)

wrz
10

Przystanek Alaska!

Posted by Magda i Marcin

W związku z licznymi pytaniami o „Chrisa o poranku” informujemy, że u Chrisa wszystko w porządku. Mało tego, pisząc tego posta oczekujemy na odpowiedź ze stacji radiowej w Haines, czy znajdzie się ktoś, kto podrzuci nas do Whitehorse (Jukon), To nie żart, nasza prośba krąży dziś w eterze ;) Zatem nieodwołalnie opuszczamy Haines po krótkiej, ale bardzo intensywnej wizycie. Był rafting, treking, orły i niedźwiedzie, nie zabrakło też części kulinarnej w postaci ukraińskich pierogów z serem cheddar oraz tutejszej specjalności- smażonego łososia. Nie wdając się szczególnie w kuchenne wątki, przechodzimy płynnie do relacji z ostatniego tygodnia.

Pierwszą niespodzianką była wyprawa  „na niedźwiedzie”, którą nasz gospodarz Byrne zafundował nam zaraz po przyjeździe. Z lekką dozą nieśmiałości (co my mamy niby robić z tymi niedźwiedziami?!) ruszyliśmy nad rzekę. No i kurde szok. Trzy brązowe sztuki spacerujące sobie jak gdyby nigdy nic, kawałek dalej cztery kolejne… i jeszcze dwa na pożegnanie. Schodzą tu z gór codziennie wieczorem i łapią ryby w rzece. Teraz możemy powiedzieć: normalka, nic takiego. Kogo dziwią niedźwiedzie na Alasce? ;)

Następne dni to kolejne atrakcje (które zarazem polecamy wszystkim wybierającym się do Haines). Wśród nich należy wymienić spływ pontonowy po rzece Chilkat River. Nie bez powodu spływy w tej okolicy należą do najbardziej popularnych na Alasce – to właśnie tutaj znajduje się największe skupisko bielika amerykańskiego. Podobno w listopadzie będzie ich tu ok, 4000. Do innych form aktywnego wypoczynku można zaliczyć kilka tras trekingowych po okolicznych górach. Nie są one wysokie (najbardziej popularny szczyt- Mt. Ripinsky liczy 1100 m.n.p.m.) ale zawsze startuje się z poziomu morza (a dokładnie Pacyfiku), więc wybitność tych gór może zadowolić nawet najbardziej doświadczonych górskich piechurów. My także postanowiliśmy zdobyć szczyt Mt. Ripinsky (jakos tak swojsko brzmi;). Była to dosyć wymagająca, szcześciogodzinna wędrówka (na trasie nie spotkaliśmy ani jednej osoby!). W związku z dużą koncentracją niedźwiedzi w tej okolicy, na trasie towarzyszyły nam bearspray i gwizdek (zgodnie z zasadą: „zachowywać się głośno”, celem odstraszenia zwierząt). Bardzo przyłożyliśmy się do wszelkich wskazówek, robiąc tyle hałasu, że nie spotkaliśmy żadnego niedźwiedzia- mało tego, podejrzewamy, że wszyscy mieszkańcy lasu modlili się o nasze odejście ;)

Pisząc o atrakcjach w  Haines, nie da się także nie wspomnieć Fortu Seward. Fort ten to znak militarnej przeszłości południowo-wschodniej Alaski. O ile wiemy, Haines (a dokładniej Port Chilkat) było ostatnią z 11 amerykańskich baz wojskowych na Alasce, ustanowionych podczas gorączki złota (1898). Przed przybyciem w te okolice żołnierzy, żyli tu Indianie – pozostałości ich kultury i sztuki można obejrzeć w miejscowych muzeach. Trzeba przyznać, że oficerskie kwatery cieszyły się całkiem wysokim standardem, co można zauważyć na zdjęciach. Do dziś centralną część fortu zajmuje ogromny plac, zachował się także jeden z koszarowych budynków i dawny szpital oraz domy oficerów.

Podsumowując, musimy przyznać jedno: nasz gospodarz Byrne, nie minął się z prawdą zapewniając, że Haines i okolica zapewnia właściwie wszystko, co cała reszta alaskańskich wiosek razem wzięta. To prawda, może zabrakło jedynie karibu z okolic Morza Arktycznego;) poza tym było niemalże wszystko czego oczekiwaliśmy.

wrz
07

W Krainie Łosia i Niedźwiedzia…

Posted by Magda i Marcin

…nie jest łatwo o dostęp do Internetu. Ale uff, udało się! Dwa dni w Anchorage, 3 dni w trasie, pierwsze 1200 km przejechanych na stopa. Oto co działo się w czasie, gdy byliśmy offline :)

Nie ma co rozpisywać się na temat Anchorage. Ot, miasto jak każde inne, gdzie pałętają się tłumy turystów. Królują sklepy z pamiątkami (aczkolwiek musimy przyznać- całkiem przyzwoitymi), wszechobecne są także wizerunki niedźwiedzi, łosi i innej zwierzyny łownej. Wspominając pierwsze gorzkie rozczarowanie jakie nas tam spotkało, chcielibyśmy dać poradę turystom europejskim: jeśli zamierzasz kupić w Stanach butlę z gazem, pamiętaj że tutejsze butle pasują tylko do palników wkręcanych. W żadnym wypadku nie do „wciskanych”. My oczywiście mamy ten drugi rodzaj, a zatem… goodbye ciepła herbatko w trasie! No cóż, życie;) Kolejny szok kulturowy nastąpił podczas próby wejścia do baru na kufel alaskańskiego piwa, gdzie zostaliśmy zaproszeni przez naszego hosta Jasona. Gówniarstwo poniżej 21 roku życia nie jest tu mile widziane i może zadowolić się co najwyżej sokiem malinowym. A wypchajcie się jajem… i tak nie lubię piwa! (Magda). W każdym razie zwiedziliśmy całe miasteczko i 3 września wyruszyliśmy w świat. Naszym celem było Haines (miejsce to można nazwać środkiem niczego, lub jak kto woli- końcem świata) odległe ok. o 750 mil. Rozłożyliśmy tą trasę na 3 odcinki: Anchorage- Tok, Tok- Haines Junction (to już Kanada), Haines Junction- Haines (ponownie USA). O ile pierwsze dwa dni były doskonałe pod względem pogody i czasu oczekiwania na stopa, o tyle ostatni, hmmm… Ale o tym zaraz. Autostopowe początki okazały się bardzo sympatyczne, głównie z powodu pięknych krajobrazów oraz faktu, że na Alasce każdy ma pick up’a, w którym podróżuje się całkiem przyjemnie. Przez te dwa dni udało nam się pokonać ok 1000 km zaledwie 4 stopami oraz poznać smak mroźnej nocy w namiocie. Trochę za zimno jak dla nas, ale trzeba przyznać, że campingi na Alasce prezentują całkiem wysoki standard. Tymczasem ostatni dzień, już po stronie kanadyjskiej, to deszcz przez cały dzień oraz ludzie bardzo niechętni do brania autostopowiczów. Po kilku godzinach udało nam się jednak dorwać auto jadące bezpośrednio do Haines oraz dostać mały prezent w postaci sprayu na niedźwiedzie od pewnego zszokowanego Kanadyjczyka. „Nigdy nie wychodźcie na drogę bez BearSpray’a!!!!” Rzeczywiście, otoczenie drogi wyglądało momentami dość dziko- jednak żadnego misia nie spotkaliśmy. Wymarznięci jak nie wiem co, dotarliśmy wreszcie do naszego celu, gdzie zatrzymamy się na kilka dni. Czas też obmyślić co dalej, bo w Haines skończyły się nasze plany ;)

wrz
02

New York, New York…

Posted by Magda i Marcin

Szanowni Państwo, z dumą chcemy zaprezentować pierwszy wpis na naszej stronie!

Tak naprawdę jeszcze nie dotarliśmy do właściwego miejsca rozpoczęcia tej wariackiej eskapady, ale jesteśmy już w drodze, w dodatku całkiem blisko celu (jedyne 4 300 mil do Anchorage ;- ). Dziś żegnamy się z Nowym Jorkiem, gdzie mielimy przyjemność spędzić prawie dwie doby. Jeśli chodzi o nasze spostrzeżenia co do NYC, cóż… nie odkryjemy Ameryki tym stwierdzeniem- wszystko tu jest OGROMNE! Wielkie samochody, tłumy ludzi i rzecz jasna drapacze chmur, które rzeczywiście są gigantyczne. Należy tu wspomnieć, że udało nam się dostrzec budynek, który pojawia się zawsze we wstępie do serialu „Przyjaciele” :D W czasie ekspresowego zwiedzania Manhattanu odwiedziliśmy także miejsce gdzie stało World Trade Center (obecnie jest to wciąż plac budowy, ponieważ powstaje tam nowy kompleks budynków), Statuę Wolności,  Brookliński Most, Chinatown, Empire State Building i Central Park. Wrażenia pozytywne, wszystko dokładnie jak w amerykańskich filmach i tak samo duża ilość policjantów na ulicach. Jedyne co nas zaskoczyło, to temperatura: na pewno nie mniej niż 30 stopni, żar dosłownie lał się z nieba! Nie przypuszczaliśmy że będzie tu tak gorąco, stąd zaczynamy obawiać się szoku termicznego po dotarciu na Alaskę ;)  Kończymy ten wpis najnowszą informacją: nasz (jak sądziliśmy) bezpośredni lot z NY do Anchorage, okazał się lotem z międzylądowaniem w Phoenix <sic!> czyli nadrobimy niezły kawałek drogi. W każdym razie już wkrótce kolejne newsy prosto z dzikiej Alaski!