obrazek

Archive for Październik, 2010

paź
31

Quiz!

Posted by Magda i Marcin

W związku z upłynięciem 2 miesięcy od dnia rozpoczęcia tej podróży wrzucamy na stronę zapowiedziany wcześniej quiz. Do wygrania sombrero prosto z targu w Guadalajarze (rozmiar mini;)

 

 

Pytania

1. Ile stanów odwiedziliśmy, będąc w USA?
a) 7
b) 8
c) 9
d) 10

2. Skąd pochodzi to zdjęcie?

a) Z Yellowstone NP
b) Z Alaski
c) Z Kanady
d) Z Arizony

3. Którego z symboli USA nie udało nam się zobaczyć?
a) Wielkiego Kanionu
b) Najstarszego Parku Narodowego na świecie
c) Kamiennych Twarzy Prezydentów
d) Statuy Wolności

4. Jak nazywa się pierwsza miejscowość do której złapaliśmy autostop?
a) Anchorage
b) Tok
c) Haines Junction
d) Haines

5. Co jest napisane na japonkach Marcina?
a) Love
b) Las Vegas
c) Love, peace, extasy
d) I love New York

6. Na jakiej trasie płynęliśmy promem?
a) La Paz- Mazatlan
b) La Paz- Magdalena
c) La Paz- Topalobompo
d) La Paz- Guadalajra

7. Ile razy zmieniliśmy strefę czasową od momentu wyjazdu z Anchorage?
a) 3
b) 5
c) 7
d) 9

8. Jakie ptaki udało nam się sfotografować w czasie tej podróży?
a) Koliber, mewa, kondor, pelikan
b) Koliber, kondor, czapla, kruk
c) Kruk, mewa, kondor, pelikan
d) Czapla, mewa, pelikan, koliber

9. W której prowincji kanadyjskiej znajduje się Muzeum Roztrzaskanej Głowy Skaczącego Bizona?
a) British Columbia
b) Yukon
c) Quebec
d) Alberta

W każdym pytaniu jest tylko jedna poprawna opcja. Odpowiedzi prosimy przysłać do 5 listopada na adres: gorzola@gmail.com

Czekamy na Wasze odpowiedzi :)

paź
27

Ciudad de Mexico

Posted by Magda i Marcin

– Ruszać się, idziemy na Lucha Libre! Chyba, że nie macie ochoty?
– Jasne że mamy!!!!!!

W ten oto sposób rozpoczęliśmy 3 dniowy, zwariowany pobyt w mieście Meksyk u naszych równie zwariowanych hostów. Mario, chodzący po mieście w masce wojownika Lucha Libre i kolekcjonujący figurki z Dragon Ball; następnie Adrian- po polsku umie powiedzieć „poproszę 2 piwa” i Alejandro, który zabronił nam śpiewać przy nim piosenek Lady Gagi;)

Zacznijmy od wspomnianej wyżej walki Lucha Libre. Niestety nie wolno było robić zdjęć, ale i tak zapamiętamy ten wieczór na długo! 3 blondyny i jedna ruda, ubrane w święcący lateks i okładające się na ringu to dopiero wstęp do walki głównej. W finale 3-osobowe teamy + ich maskotki, czyli dwa karzełki przebrane za fioletowego Batmana i zielonego goryla zrobiły niezły show. Do dzisiaj nie wiemy kto wygrał ale zabawa była naprawdę udana.

O centrum miasta Meksyk napiszemy krótko, bo nie spędziliśmy tam zbyt dużo czasu. Była to właściwie jedna wizyta, głównie w Palacio National. Obecnie pałac jest siedziba władzy wykonawczej, w związku z czym, żeby się tam dostać, musieliśmy przejść więcej kontroli niż na lotnisku. Ale było warto. Największe wrażenie zrobiły na nas ogromne murale Diego Rivery zdobiące wiele z pałacowych ścian. To zresztą nie koniec naszej przygody ze sztuką- odwiedziliśmy także dom Fridy Khalo (obecnie muzeum). Pomijając tłumy turystów jest to po prostu fascynujące miejsce. Dobrze, że kilka dni wcześniej obejrzeliśmy film pt. „Frida”, dzięki czemu nie mieliśmy problemów z interpretacją obrazów, pomimo że opisy były wyłącznie w języku hiszpańskim.

Obowiązkowym miejscem, które trzeba zobaczyć podczas wizyty w Mexico City jest Teotihuacan, czyli ruiny starożytnego miasta Azteków. Nazwa ta w tłumaczeniu oznacza: „Miejsce, w którym ludzie stają się bogami”. Osobiście nie czujemy żadnej różnicy po ich odwiedzeniu, ale może jakieś nadprzyrodzone umiejętności ujawnią się wkrótce ;) A tak poważnie, ruiny robią ogromne wrażenie! Zresztą wrócimy do tego tematu, bo mamy w planie obejrzenie kilku kolejnych, jak Chichen Itza na Jukatanie czy Tikal w Gwatemali…

paź
22

Diablo from Guadalajara…

Posted by Magda i Marcin

… w ten uroczy sposób bez wątpienia możemy opisać naszą gospodynię z tego niezwykłego miasta. Chcieliśmy wpaść tylko na chwilę, ale ostatecznie zostaliśmy w jej domu na 4 noce, zjedliśmy zdecydowanie za dużo kawałków ciasta czekoladowego i wydaliśmy bajońską sumę na prawdziwym meksykańskim targu. Prisca wysłała nas tam, nieświadomych jak niebezpieczne są takie miejsca! Na  trzypiętrowym, ogromnym targowisku można znaleźć wszystko, od warzyw, przypraw, słodyczy, owoców morza, przez instrumenty, buty, sombrera, meksykańskie stroje, elektronikę, po poroża jeleni i żywe kury. Kolory i zapachy (nie zawsze przyjemne;) mieszają się ze sobą i wprowadzają biednego człowieka w prawdziwy szał zakupowy. Ceny są niskie, do tego trzeba się targować, co dodatkowo podnosi ciśnienie. Wydaliśmy tam nasz 4-dniowy budżet, ale wyszliśmy w poczuciu triumfu- udało nam się przekonać meksykańskich sprzedawców, że Polonia naprawdę nie ma waluty Euro (nie chcieli wierzyć!)  i powinni specjalnie dla nas zejść trochę z ceny. Tym sposobem staliśmy się posiadaczami nowej gitary, a także dużej ilości innego staffu;)

Guadalajara powaliła nas na kolana nie tylko z powodu tegoż targowiska. Jest to piękne, bardzo historyczne miasto, które można by zwiedzać w nieskończoność. Masa kościołów, kościółków, placów, pomników, parków i wszystkiego co wprowadza ten niecodzienny klimat. W dodatku jest to stolica tequili, czyli idealne miejsce na spróbowanie tego trunku pierwszy raz w życiu. Mieliśmy trochę szczęścia, bo przyjechaliśmy do Guadalajary w samym środku Fiestas de Octubre, czyli trwającego cały miesiąc festiwalu miejskiego. Trafiliśmy na koncert meksykańskiej muzy gitarowej oraz na występ pod tytułem „Dzieciaki i folklor”, oba całkiem niezłe!  Pracujemy teraz nad zamieszczeniem na stronie nowego działu dotyczącego muzyki, gdzie na pewno można będzie posłuchać nagrań z pierwszego wieczoru.

Sama droga do Guadalajary jest  również warta krótkiej wzmianki, ponieważ wypróbowaliśmy nowe sposoby transportu oraz zjedliśmy kilka pyszności. Najpierw była całonocna podróż promem do Mazatlanu, podczas której obserwowaliśmy skaczące w oceanie delfiny. Mazatlan, zwany Perłą Pacyfiku nie zachwycił nas szczególnie (choć przyznajemy, że nie jesteśmy ekspertami w tej dziedzinie, bo spędziliśmy tam tylko jeden bardzo upalny dzień i ruszyliśmy w drogę). Dwa autostopy, w postaci ciężarówki wyglądającej jak pociąg (naczepa + przyczepa) oraz 3-osobowego pick up’a wiozącego 4 osoby w środku oraz nas z plecakami i żywą kurą na pace zawiozły nas do klimatycznej miejscowości Magdalena. Tam przenocowaliśmy, poszliśmy na meksykańską mszę, z której zrozumieliśmy tylko „Amen” i „Mi culpa”, zjedliśmy bardzo ostre taco i frytki bananowe, aż wreszcie złapaliśmy bezpośredniego stopa do Guadalajary. Przy tej okazji zrobiliśmy interes naszego życia, czyli sprzedaliśmy kierowcy 15 zł za 50 pesos- z naszą stratą, ale kolega ujął nas swoimi ciągłymi żartami więc nie żałujemy;p

Podsumowując, z perspektywy czasu możemy stwierdzić, że Baja California i La Paz nie miały do zaoferowania nic ciekawego w porównaniu z tą częścią Meksyku, gdzie znajdujemy się obecnie.

Kończąc ten wpis, informujemy o najważniejszym. Zbliża się mały quiz, w którym nagrodą będzie małe co nieco prosto ze wspomnianego w tym wpisie targu w Guadalajarze! Chcemy sprawdzić, czy ktokolwiek czyta ten blog ;p

PS. Zdjęcia z Guadalajary wkrótce, bo skończyło się miejsce na serwerze;)

paź
22

Tadam!

Posted by Magda i Marcin

Marcin Gorzelańczyk, ur. 21.10.2010 r.
(bratanek Marcina)

paź
18

Amerykańskie frykasy

Posted by Magda i Marcin

Stworzyliśmy na stronie nową kategorię wpisów „smacznie”, która dotyczyć będzie rozmaitych potraw z jakimi się spotkaliśmy. Nie da się ukryć, że zostaliśmy zainspirowani przez amerykańskie podejście do jedzenia, a mianowicie nie mieliśmy wcześniej pojęcia, że tyle rzeczy można spakować w plastik! Za chwilę powrócimy do tego tematu, a tymczasem opis amerykańskich smaków zaczniemy od… rosyjskiej kolacji :) Miała ona miejsce jeszcze w Jersey City, ale do dziś nie możemy otrząsnąć się z szoku, że nie podano tam wódki! (Kolacja przygotowana przez rodowitych Rosjan- abstynentów. Cuda i dziwy…)

MENU ROSYJSKIE:
1. Kwas chlebowy
2. Śledzie
3. Ciemny chleb rosyjski
4. Ogórki małosolne
5. Smażone łódki z ziemniaków
6. Sałatka z białej kapusty z żurawiną
7. Sałatka pomidorowo- ogórkowa ze śmietaną
8. Pierniki imbirowe
9. Drugie ciastka, nie pamiętamy jakie- a Evgenij nie odpisuje na maile;p
10. Zielona herbata

Tak podobno jedzą w Sankt Petersburgu. Nie licząc śledzi, wszystko było pyszne (no i wegetariańskie co dla części z nas ma niemałe znaczenie…). Poniżej dokumentacja fotograficzna:

Kolejny przystanek to Haines na Alasce. Rzecz dotyczy również kolacji, przygotowanej przez naszego gospodarza Byrna.

MENU Z ALASKI:
1. Smażony łosoś z miodem i sezamem
2. Smażone grzyby (jakie- wie tylko Byrne, który sam je zebrał. Możemy powiedzieć z całą pewnością, że nie były trujące;)
3. Smażone „ukraińskie” pierogi made by Canada, nadziewane żółtym serem cheddar. Nasza reakcja była taka sama, jak Byrna, kiedy w Polsce uraczono go hamburgerem z kapustą (w USA rzecz nie do pomyślenia!)
4. Herbata, każdego dnia inna- skład zawsze był tajemnicą. Wiemy tylko, że znalazło się tam mango i dużo cukru. Słodka. Całkiem dobra.

Jak widać wszystko było smażone, nie licząc herbaty. Łosoś w Haines znajduje się obowiązkowo w każdym menu, gdyż w tej okolicy jest on poławiany na tony. Jako wytrawni krytycy kulinarni dajemy 5+ temu posiłkowi- po całym dniu trekkingu smakował idealnie!

Poza tym w pamięci utkwiło nam kilka równie smacznych potraw i drinków z USA i Kanady:
1. Gigantyczne naleśniki z jagodami
2. Gotowany indyk i gotowane kolby słodkiej kukurydzy
3. Hamburgery rzecz jasna. W Ameryce są tak wysokie, że ugryzienie takowego jest nie lada wyzwaniem i zdecydowanie nie przypominają tego szajsu z naszych McDonald’s (składniki jakby nieco bardziej świeże)
4. Bacardi a’la Brian (duża szklanka, dużo lodu, dużo bacardi, nieco pepsi na wierzch:). Zdecydowanie pomaga przemóc wszelkie bariery językowe!
5. Szampan z sokiem pomarańczowym podawany do brunchu (co dla amerykanów oznacza niedzielne skrzyżowanie śniadania z lunchem)

A także potrawy wzbudzające raczej niesmak:
1. Piklowane jajka (że co?!)
2. Jeszcze gorsze: gotowe ugotowane jajka, sprzedawane w plastikowych opakowaniach na stacjach benzynowych.
3. Generalnie wszystko w plastikowych opakowaniach z datą ważności do końca świata.
4. I jeszcze hit ponad hity: wódka w plastikowej butelce (to tylko w Las Vegas)

Tyle na temat USA i Kanady. W przygotowaniu kolejna część, pt: „Smaki i Kolory Meksyku”! :)

paź
15

Pierwsze kojoty za płoty

Posted by Magda i Marcin

Buenos Dias!

Poprzednio podsumowaliśmy etap pod tytułem „USA” ale był to mały falstart, gdyż zrobiliśmy to przed wizytą w naszym ostatnim amerykańskim mieście. Nie szkodzi- równie dobrym miejscem na kilka słów o San Diego jest wpis o Meksyku, choćby dlatego, że jak zdążyliśmy zaobserwować, miasto to zamieszkuje jakieś pół miliona ludzi z ojczyzny tacos i burritos… drugie pół ma zaś meksykańskie korzenie. Pierwsza i najważniejsza rzecz na temat San Diego: było to pierwsze miejsce podczas naszej podróży w którym nie czuliśmy się do końca bezpiecznie. Pytanie „na jakiej ulicy mieszkasz?” nabiera tu nowego, bardzo dosłownego znaczenia. Wracając ze zwiedzania śródmieścia do domu naszego hosta, trzeba było poruszać się slalomem między leżącymi wzdłuż ulicy ciałami śpiących tam, świeżo upieczonych nielegalnych emigrantów, pochodzących od Meksyku przez wszystkie państwa Ameryki Środkowej do Panamy włącznie. Tyle o ciemnej stronie San Diego. Jasna, to jednogłośnie Park Balboa. Usytuowany niedaleko centrum miasta park, to coś na kształt centrum artystycznego San Diego, trochę to ogród botaniczny, trochę zoo a wreszcie jest to coś dla fanów kolonialnej architektury. Nam najbardziej przypadł do gustu bezpłatny tramwaj, którym można było ten rozległy park zwiedzać;)

Prosto z San Diego pojechaliśmy do Meksyku (podmiejska kolejka jedzie do granicy ok. 30 minut). Na granicy zaskoczenie – nie wiemy gdzie iść. W końcu policjant wytłumaczył nam, że mamy wejść „w ten betonowy tunel” . Najpierw trochę w górę, potem most, trochę w dół, jedna bramka, druga i… Meksyk. Tak po prostu, bez kontroli, pieczątki w paszporcie, kolejki. W druga stronę sprawa ma się inaczej- kolejka ludzi zmierzających do USA ciągnęła się w nieskończoność!

Kierując się do La Paz (południowa część Baja California) udało nam się popełnić niezłą gafę logistyczną. Nie mogąc zdecydować się, czy bardziej zaoszczędzimy jadąc autobusem (notabene szokująco luksusowym w porównaniu do naszych wyobrażeń o meksykańskich środkach transportu) prosto do celu czy łapiąc stopa- będąc zarazem skazanym na noclegi po drodze (zazwyczaj dosyć drogie), zmiksowaliśmy obie opcje.. i straciliśmy zarówno na autobusie jak i noclegach ;p Człowiek uczy się na własnych błędach! Dodatkowo złapaliśmy na stopa pierwszą ciężarówkę, w której spędziliśmy dwa dni podróżując przez pustynię, obserwując kaktusy, kojoty, kondory i tarantule. Prędkość pojazdu wahała się od 20 do 120 km/h, ponadto cały czas konwersowaliśmy z kierowcą używając hybrydy języka angielskiego, hiszpańskiego i migowego ;) Całe szczęście, mamy słownik! Dowiedzieliśmy się przy tej okazji, że tu jest bardzo bezpiecznie, ale lepiej się trzymać z daleka od „other side” z powodu „too much bad people”. W Kanadzie ostrzegali przed USA, w USA przed Meksykiem, w Meksyku słyszymy naokoło: z dala od Gwatemali! Mimo wszystko za troskę dziękujemy;)

Po 3 mozolnych dniach dotarliśmy wreszcie do La Paz zamierzając byczyć się tam tydzień, jednak z pewnych powodów skróciliśmy ten pobyt do 3 dni. No dobra, przyznajemy że jest to jedno z najbardziej turystycznych miejsc w Meksyku, więc czego mogliśmy się spodziewać? Znaleźliśmy tam wprawdzie kilka bardzo kuszących atrakcji, jak pływanie kajakami po Zatoce Kalifornijskiej w obecności wielorybów, nurkowanie lub wyprawa na pobliską wyspę Espiritu Santo, gdzie znajduje się kolonia lwów morskich, acz przerosły one studencką kieszeń. Na szczęście piękne piaszczyste plaże i przejrzysta woda pomogły nam szybko otrzeć łzy- było fajnie, tylko ile można plażować?! Przyzwyczajeni do szalonego tempa, jakie cały czas utrzymujemy, postanowiliśmy że czas najwyższy ruszać dalej! Zapakowaliśmy dobytek na prom do Mazatlan i ruszamy w stronę Guadalajary i co najważniejsze- Mexico City!

paź
07

What’s happened in Vegas…

Posted by Magda i Marcin

… stays in Vegas! Byliśmy, zobaczyliśmy i odjechaliśmy, nic więcej na ten temat nie powiemy ;) Za to wrzucamy galerię zdjęć z tego grzesznego miasta.

Po wizycie w Las Vegas, ruszyliśmy na podbój Kalifornii. Zatrzymaliśmy się w Anaheim pod L.A. u Basi i Wieśka (serdecznie pozdrawiamy!!!!), gdzie przez chwilę poczuliśmy się jak w domu, głównie za sprawą pomidorówki i pysznych pierogów- oj, będzie nam tego brakować. Żeby nikt nie pomyślał, że cały czas się obżeraliśmy, informujemy że zobaczyliśmy kilka z głównych punktów programu Los Angeles i okolicy. Pierwszego dnia na ruszt poszły Hollywood i Beverly Hills. Przeszliśmy się Aleją Gwiazd wzdłuż Hollywood Blvd, porównaliśmy swoje dłonie z odciskami sław (wow, cóż za lans ;), przejechaliśmy się także ulicami Beverly Hills- przede wszystkim Rodeo Drive, gdzie podobno gwiazdy robią zakupy. Nie dajemy jednak wiary tej plotce, bo ani Brada, ani Angeliny nie spotkaliśmy. Trafiło się za to kilku innych starych kumpli- zainteresowanych tym tematem zapraszamy do galerii :) Dzień zakończyliśmy bezowocnymi poszukiwaniami grobu Marylin Monroe (niestety nie udało się go znaleźć, ale chyba byliśmy całkiem blisko). Kolejnego dnia zwiedziliśmy Muzeum przez duże „M”- nie tam żadne zwykłe nudy, tylko nudy w naprawdę pięknej oprawie! Żart oczywiście. Getty Center Muzeum w Los Angeles to niesamowite miejsce- galeria malarstwa, rzeźby, fotografii i rysunku, a także ogromny ogród z fontannami i innymi bajerami, zlokalizowane na wzgórzach z których można podziwiać panoramę miasta. Po Getty zahaczyliśmy jeszcze o statek Queen Mary w Long Beach i pognaliśmy na wspomniane wcześniej pierogi oraz rundkę w pokera. Hazard rządzi światem:) W końcu musieliśmy opuścić naszą sympatyczną bazę i ruszyć w drogę do San Diego, gdzie żegnamy się z naszym autem. Jadąc do San Diego zatrzymaliśmy się na moment w San Juan Capistrano- misji katolickiej z XVIII wieku. Miejsce to zrobiło na nas naprawdę duże wrażenie! Miasteczko (najpierw hiszpańskie, potem meksykańskie, obecnie amerykańskie) w stylu kolonialnym, ogrody z kwiatami i kaktusami, fontanny z kolorowymi rybami, no i udało się sfotografować kolibry!!!

No to misson complete, etap amerykański tej podróży jest już na finiszu. Za dwa dni pakujemy się do autobusu, który zawiezie nas przez najbardziej zatłoczone przejście graniczne na świecie (Tijuana) prosto na Baja California. Czyli, witaj Meksyku!