obrazek

Archive for Listopad, 2010

lis
26

Na hamaku leży leń, nic nie robi cały dzień!

Posted by Magda i Marcin

A tak dokładniej, lenie były dwa- a hamaków niezliczona ilość do wyboru. Był też stół do ping-ponga, boisko do siatki wodnej, chińskie szachy, gigantyczna Jenga i rzut beretem do plaży nad brzegiem Pacyfiku. Historia ta miała miejsce w małej wiosce San Diego, w słonecznym Salwadorze.

Wstyd się przyznać, ale tym razem nie będzie opowieści o wspinaczkach górskich, zwiedzaniu jaskiń lub starożytnych ruin. A także żadnych niedźwiedzi, lwów górskich, zielonych węży, nawet jednego małego karalucha! Stała się rzecz straszna- dopadło nas to, co dopada w końcu każdego, najwytrwalszego nawet zawodnika. Dopadło nas paskudne lenistwo ;) Pojechaliśmy więc do Raju dla Leni, zwanego inaczej Hostelem El Roble. Mieliśmy zostać dwie noce, ale tak nam się spodobał ten wypoczynek, że ostatecznie zostaliśmy cztery. Nie zrobiliśmy w tym czasie nic spektakularnego, zasadniczo obijaliśmy się na plaży albo graliśmy w darta i pokera z innymi leniwymi gośćmi. Jedynym szaleństwem na które zdobyliśmy się ostatniego dnia pobytu, była wycieczka do stolicy Salvadoru, czyli do San Salvador. Według przewodników, to najbardziej nowoczesna ze stolic państw Ameryki Centralnej- i tak właśnie wyglądała. Nie tylko stolica ale cały Salvador wydał nam się dość nowoczesny i dobrze zorganizowany. Taki mały kraj, a bardzo dobrze sobie radzi i okazało się, że ma naprawdę wiele do zaoferowania. Szkoda, że mogliśmy spędzić tam tylko kilka dni, ale niestety czas nas goni. No cóż, jedno wiemy na pewno- musimy wrócić w te rejony, bo tyle miejsc czeka na naszą wizytę!

Ponieważ jednak od czasu opuszczenia Meksyku zobaczyliśmy już co nieco, postanowiliśmy spisać nasze spostrzeżenia na temat Ameryki Środkowej. No, to do dzieła!

1. Kurczak (hiszp. pollo) czyli prawdziwy władca tej części globu. Strzeżcie się wegetarianie! Je się go wszędzie, w każdej ilości i przyrządzonego na sto różnych sposobów. Królują tu wielkie sieci restauracji, jak: Pollo Campero, Pollolandia, Pollo Indio, czy Pollo Rica. Prosząc w restauracji o danie bezmięsne, również można spodziewać się oferty z kurczakiem w roli głównej. A skoro już o kurczakach mowa…

2. Chickenbusy. To prawdziwy symbol Ameryki Centralnej. Są to stare szkolne autobusy, sprowadzone z USA i pomalowane każdy w inny, unikalny sposób (z zewnątrz jest to zawsze zwariowana mieszanka kolorów, a w zależności od gustu kierowcy wnętrze zdobią: naklejki z hasłami religijnymi bądź symbole hiszpańskich klubów piłkarskich).

3. Śmieci, śmieci, śmieci, śmieci! Nie sposób znaleźć tu kosza na odpadki, ponieważ jednym wielkim śmietnikiem jest biedna Matka Ziemia. Serca cywilizowanych ludzi krwawią, ale „lokalni” bez mrugnięcia okiem wyrzucają wszystko (włącznie z plastikowymi butelkami, workami i sztućcami) przez okna wspomnianego wyżej chickenbusa. Ranking na największych śmieciarzy na świecie wygrywają z dużą przewagą Gwatemalczycy.

4. Gringos. Tu mała uwaga do pana Cejrowskiego, który wszystkich białasów (w tym siebie) tytułuje tym określeniem. My natomiast już kilka razy, w Meksyku i w Gwatemali spotkaliśmy się z twierdzeniem, że Gringos to tylko Amerykanie. Zresztą, nie ma to większego znaczenia, bo w oczach lokalnej ludności każdy turysta pochodzi z USA i na pewno ma w kieszeni plik dolarów (tłumaczenie, że jesteśmy z Polski nic nie pomaga, zaraz pytają w którym to ze stanów ;)

5. Farmacias, czyli coś dla hipochondryków. Możesz mieć problem ze znalezieniem sklepu spożywczego, piekarni, pralni czy hotelu, ale na każdej ulicy znajdują się co najmniej 2-3 apteki ;) Przyczyny tego stanu rzeczy jeszcze nie odkryliśmy ale ma to swoje plusy, bo antybiotyk przeciwmalaryczny jest tani i dostępny bez recepty.

Tyle możemy napisać na razie. Niewykluczone, że wkrótce pojawią się nowe ciekawostki, bo wszystko co „tutejsze” zaskakuje nas każdego dnia. Na przykład, kilka dni temu w Chickenbusie pewien bardzo nachalny pan zaskoczył nas oraz innych współpasażerów informacją, że my (Polacy) pochodzimy z tego samego kraju co Hitler. Przyznajemy, że pominęliśmy wymogi grzecznościowe- pan został nazwany idiotą (chyba zrozumiał, bo wkrótce się przesiadł). Nie licząc tej małej wpadki, bardzo dobrze dogadujemy się z mieszkańcami i uwielbiamy do granic ich bezstresowe podejście do życia.

Tranquilo, manana, wyluzuj się- to w końcu Centroamerica :)

lis
19

Jaskinia, wulkan i jezioro

Posted by Magda i Marcin

Prosto z Tikala, o którym pisaliśmy ostatnim razem, pojechaliśmy do miasta Coban w środkowej części Gwatemali. Coban sam w sobie nie zachwyca- podobno bywa także niebezpieczny, jednak wokół miasta jest kilka atrakcji do których warto się udać. Spośród nich wybraliśmy jaskinię Lanquin. Już droga do jaskini stanowi atrakcję samą w sobie – teren mocno górzysty, prędkości niskie lub bardzo niskie, a w trakcie jazdy można obserwować targowisko urządzone na środku głównej drogi w miejscowości Pajal. Sama jaskinia jak to jaskinia jest ciemna, wilgotna i strasznie w niej duszno. Zwiedzenie całości zajmuje około godziny. Pewnie gdybyśmy nie byli takimi geologicznymi laikami moglibyśmy napisać więcej, póki co możemy zrelacjonować jedynie, że niektóre formacje skalne były całkiem fajne ;)

Po miłym, dwudniowym pobycie w Coban, opuściliśmy mieszkanie naszych niemieckich gospodarzy i ruszyliśmy w kierunku najwyższego wierzchołka Ameryki Środkowej – wulkanu Tajumulco (4220 m.n.p.m.). Trudno było odszukać w Internecie dokładne wskazówki dotyczące zdobycia tej góry, jednak to co jest w sieci połączone z informacją od kilku autochtonów wystarczyło, by o 7.10 rano znaleźć się na początku właściwego szlaku na szczyt (startuje się z ok. 3000 m.n.p.m.). Pierwsza godzina to szeroka droga pnąca się dość łagodnie ale permanentnie w górę. Po tym czasie trzeba wytężyć wzrok i szukać ścieżki, co nie jest wcale takie łatwe, gdyż w tej okolicy występuje zjawisko tzw. inwersji termicznej. Oznacza to tyle, że zimno jest na dole a na górze ciepło. Inwersja sprawia także, że początek szlaku to ciągłe zachmurzenie i trudno jest złapać azymut na szczyt, gdyż ten jest przez większość czasu niewidoczny. Zdecydowanym plusem tego zjawiska jest możliwość podziwiania z wierzchołka góry widoku „morza chmur” pod stopami – bajka! Mamy nadzieję, że zdjęcia to oddają. Droga na szczyt i z powrotem zajęła nam ok. 6 godzin – całkiem niezła przechadzka po ponad dwóch miesiącach spędzonych na czterech literach w różnych środkach transportu. O tak, byliśmy zmęczeni…

Po zdobyciu Tajumulco przyszedł czas na zasłużony relaks. Wracając z wulkanu spotkaliśmy izraelsko-niemieckie małżeństwo, które poleciło nam hotel San Francisco w miejscowości San Pedro La Laguna, nad brzegiem popularnego wśród turystów jeziora Atitlan. Co tu dużo mówić – był to strzał w dziesiątkę! Hotel tani jak barszcz (ok. 6.5 zł za noc za osobę), pokój z łazienką, widokiem na jezioro, Internetem który czasem dało się złapać i możliwością zrobienia prania. Czego chcieć więcej? Mało tego, w hotelu był tylko jeden karaluch! Z relaksu wyszło tyle, że drugiego dnia pobytu nad jeziorem wynajęliśmy kajak – planowaliśmy płynąć do miejscowości San Marcos ale po półtorej godziny byliśmy wciąż daleko od brzegu, więc zawróciliśmy i w drodze powrotnej płynęliśmy niespiesznie obserwując z kajaka nadbrzeżne zabudowania i ptactwo. Jak się później okazało popłynęliśmy nie w tym kierunku co trzeba ;)

W międzyczasie umówiliśmy się z naszym kolegą z Florydy- Kyle’m i następnego dnia udaliśmy się wspólnie do San Marcos, tym razem łodzią motorową. San Marcos słynie z wielu centrów medytacji, jogi i tym podobnych. Całkiem ładne miejsce, my jednak popędziliśmy wprost do okolicznej atrakcji, to jest ok. 10 metrowej platformy do skoków do wody. Obecnie stan jeziora jest o 2 metry wyższy niż zwykle więc na śmiałków czeka bagatela 8 metrów lotu :D Kyle postawił sobie za punkt honoru namówić któreś z nas na skok z tej wysokości. Nie było łatwo ale udała mu się ta sztuka. Ofiarą padłem ja (Marcin). Zgodnie jednak z deklaracją złożoną tuż po skoku, był to pierwszy i ostatni raz. Nigdy więcej!!… (było genialnie!).

lis
13

„No shoes, no shirts, no problems”

Posted by Magda i Marcin

Tak właśnie mówi się w Belize. Kraj malutki- w ciągu jednego dnia przejechaliśmy go niemalże w całości, ale całkiem sympatyczny. Po pierwsze, językiem urzędowym jest angielski, po drugie nie ma wszechobecnych w Meksyku i Gwatemali śmieci na poboczach i drogach, po trzecie autostop łapie się tu sam :) Dzięki przyjacielskim mieszkańcom bardzo szybko udało nam się dojechać na miejsce przeznaczenia, czyli do Barton Creek Outpost. Skryty w dżungli camping, położony w pobliżu lokalnej atrakcji czyli długiej jak cholera, zalanej wodą jaskini, do której można popłynąć canoe. Nie cieszcie się- my nie popłynęliśmy. Tu należy wspomnieć jeden z minusów Belize- ceny dużo, dużo wyższe niż w innych krajach Ameryki Środkowej (może oprócz Kostaryki). Była to tańsza z dwóch okolicznych jaskiń, ale cena wycieczki i tak zaparła nam dech w piersiach. W zamian za to wybraliśmy się na pierwszy w życiu trekking po dżungli. Wg mapy miała być to godzinna wyprawa, ale po godzinie byliśmy dopiero w 1/3 drogi- choć określenie „droga” jest tu chyba nieco przesadzone. Była to po prostu mniej zarośnięta część dżungli. Zgubiliśmy zatem nasz pseudo- szlak i musieliśmy zawrócić… ale nie ma wielkiego wstydu, ponieważ 4 pracujących tam wolontariuszy, którzy poszli oczyszczać ścieżkę maczetami także utknęło gdzieś na trasie. Może to z powodu cyklonu, który 3 tygodnie temu nawiedził Belize. Z interesujących atrakcji, widzieliśmy około 3 metrowego, bardzo cienkiego i bardzo jaskrawozielonego węża.

Zaliczyliśmy także wędrówkę wzdłuż farm Mennonitów, którzy zamieszkują te ziemie od 52 lat. Menonici to grupa przypominająca nieco amerykańskich Amiszów. Wiele lat temu wywędrowali oni z Holandii, przez Rosję, Kanadę i Stany, (gdzie ciągle coś im przeszkadzało) by w końcu trafić tu, do Belize. To niesamowite, że ci ludzie żyją tak, jak gdyby czas zatrzymał się 200 lat temu. Nie licząc niewielkiej części bardziej liberalnych rodzin, mieszkają oni na farmach bez elektryczności, nie uznają samochodów i jako środka transportu używają zaprzęgniętej w konie bryczki. Odnośnie stroju- mężczyźni obowiązkowo szelki i słomiany kapelusz, kobiety długie suknie i jakieś kosmiczne czepce na głowach. Są bardzo cenieni przez tutejsze władze, ponieważ tylko oni na swoich farmach wytwarzają wiele użytecznych produktów. Udało nam się nawet chwilę porozmawiać z jedną rodzinką w czasie przeprawy na bosaka przez rzekę i okazali się wbrew pozorom bardzo przyjaźnie nastawieni do ‘innych”.

Nie mieliśmy zbyt wiele czasu dla Belize, bardziej ciągnęła nas Gwatemala, więc po dwóch dniach opuściliśmy Barton Creek. Tu musimy przytoczyć historię o przekraczaniu kolejnych granic, która podniosła nam nieźle ciśnienie. Opuszczając Meksyk mieliśmy nadzieję, że uda nam się oszukać system i nie zapłacić opłaty turystycznej (20 USD od głowy), co udało się kilku znanym nam osobom. Niestety jako jedyne białasy przekraczające w tamtym momencie granicę zostaliśmy natychmiast wyhaczeni przez jednego z lokalnych cwaniaczków, który oferował podwózkę, wymianę pieniędzy i sto innych rzeczy, a co gorsza przyczepił się jak rzep do psiego ogona. Nie dało rady go zgubić, narobił wielkiego szumu wokół nas i założenie „nie zwracać na siebie uwagi” spaliło na panewce. Wściekli jak mało kiedy musieliśmy więc zalegalizować nasz pobyt w Meksyku poprzez uiszczenie opłaty. Kolejna niespodzianka w Belize- przy wjeździe poinformowano nas, że opłata wynosi 13 USD, przy wyjeździe zażądano 18 USD.

– Przecież dwa dni temu było 13!
– Dwa dni temu było 13, wczoraj 15, a dziś 18- pani w okienku była nieugięta.

No cóż, pozostało cieszyć się, że nie wyjeżdżamy jeszcze później skoro opłata wykazuje tendencję zwyżkową. Chcąc nie chcąc zapłaciliśmy, ale prawdziwy szlag trafił nas dopiero po stronie gwatemalskiej. W przewodniku wyczytaliśmy, że nie musimy nic płacić, jednak już z daleka jakiś cwaniak w białej koszuli woła do nas, że wjazd kosztuje 5 dolców. Lekko poirytowani podchodzimy do lady, gdzie pani urzędnik zaczyna wertować księgę ze spisem państw. Wiem, że to niegrzecznie ale zaglądam pani przez ramię i widzę przy Polsce napis „exento de visa”, po szybkiej konsultacji ze słownikiem, tłumaczenie to „zwolniona z wizy”. Kobieta pospiesznie przewraca stronę, wertuje księgę jeszcze przez chwilę po czym oznajmia, że należy się 20 Quetzali (waluta gwatemalska) od osoby.

– Za co?
– To jest opłata, 20 quetzali.
– Tu jest napisane, że nie potrzebujemy wizy, więc za co ta opłata?

Nadbiega biała koszula wołając, że to opłata za wjazd. No jasne… na 100% te pieniążki powędrują za chwilę do jego białej kieszeni! Czujemy jak dym leci nam z uszu i po krótkiej wymianie zdań oznajmiamy, że NIE ZAPŁACIMY. Pani urzędnik i koszula przyjęli w końcu porażkę i puścili nas dalej. Jak widać opłata była wyimaginowana, to nauczka na przyszłość żeby strzec się na granicach przed oszustami.

Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, od razu po przyjeździe do Gwatemali udaliśmy się na Tikal. To chyba największy istniejący kompleks ruin Majów, do tego całkiem porośnięty lasem deszczowym. Zupełnie jak w „Księdze Dżungli”! Największe wrażenie zrobił na nas widok ze szczytu ogromnej świątyni Templo V. Można stamtąd obserwować rozciągającą się po horyzont dżunglę i szczyty innych piramid, wystające ponad wierzchołkami drzew. To były już chyba ostatnie ruiny na naszej trasie, choć jak przekonaliśmy się wielokrotnie- niczego nie można być zupełnie pewnym ;)

P.S. Ogłaszamy, że quiz wygrał Flaper- gratulacje! Dziękujemy także pozostałym uczestnikom.

lis
05

Śladami Majów

Posted by Magda i Marcin

Tak jak zapowiedzieliśmy, po opuszczeniu miasta Meksyk ruszyliśmy odkrywać kolejne ruiny. Wybór nie był łatwy, ponieważ cały południowy Meksyk jest dosłownie usiany pozostałościami cywilizacji Majów i Azteków. Zdecydowaliśmy się na niekomercyjne, skryte w dżungli Palenque oraz Mekkę turystów, czyli najpopularniejsze ruiny w kraju- Chichen Itza.

Gdybyśmy mieli stworzyć ranking, zwycięzcą zostałoby bez wątpienia Palenque- zamiata pozostałe ruiny majów (nie wliczamy tu azteckiego Teotihuacan;) głęboko pod kuchenną ławę. Dodatkowego uroku dodaje temu miejscu możliwość biwakowania w środku dżungli, w tzw. El Panchan. Można tu znaleźć pająki wielkości pięści, wyjce hałasujące na drzewach, mnóstwo młodych ludzi, przepyszne quesadille oraz codzienne koncerty muzyki z różnych zakątków Ameryki. Niepowtarzalny klimat pomógł zagoić ranę w sercu spowodowaną odpuszczeniem wejścia na najwyższy szczyt Meksyku- Orizabę (co dla niektórych, czyt. Marcina, było bardzo ciężką decyzja). Do tego wszystko jest tam bardzo tanie, może dlatego, że region ten- Chiapas jest najbiedniejszym regionem w Meksyku. Dla konfrontacji, po 3 sympatycznych dniach spakowaliśmy plecaki i ustawiliśmy azymut na turystyczny Jukatan.

Tu kolejny pokłon w stronę Couchsurfingu, za pomocą którego udało nam się znaleźć genialny camping w Yokdzonot, niedaleko Chichen Itza. Na miejscu można spać w namiocie bądź w chatce Majów, korzystać z (bardzo czystej i estetycznej!) łazienki na świeżym powietrzu, ewentualnie wylegiwać się w hamaku i uciąć sobie pogawędkę z prawdziwym potomkiem Majów- don Danielem (to opcja dla władających j. hiszpańskim;). Spotkaliśmy tam bardzo interesującą postać- Kyle’a z Florydy, który podróżuje na swoim wypasionym motocyklu po Ameryce Łacińskiej. Musimy przyznać, że chłopak jest doskonale przygotowany do swojej podróży! Na kolana powalił nas magiczny guzik ratunkowy na kierownicy jego motocykla- w razie draki, Kyle wciska guzik, wtedy bank w Londynie otrzymuje sygnał i inwestuje 100 tys. USD w celu odnalezienia zaginionego w dżungli Kyle’a. A to wszystko za jedyne 12 dolców abonamentu rocznie (no dobra, sprzęt też swoje kosztował, ale jednak życie jest cenniejsze). Tu można znaleźć BLOG KYLE’A .

Razem z Kylem urządziliśmy sobie wycieczkę do ruin Chichen Itza, jak dla nas zbyt zatłoczonych + nie wolno wspinać się na piramidę, zatem całość bez szału. Do tego paskudnie drogie… Na plus możemy napisać, że mają tam boisko do gry w Chajchaay, czyli starożytną „koszykówkę” Majów. Gra ta była dość brutalna i zwycięstwo miało swoją cenę, a konkretnie członkom wygranego zespołu odcinano głowy nożem. Dlaczego im, a nie przegranym? W końcu bogom trzeba oddać to, co najlepsze, a nie jakiś tam przegrany zespół! Ktoś chętny na rundkę? ;D Oprócz ruin, odwiedziliśmy też Cenot, czyli ogromny dół w ziemi wypełniony wodą (wysokość 45 m pod i 15 m nad poziomem wody, o średnicy ok. 30 m), atrakcyjny szczególnie dla nurków.

Następnym przystankiem był Cancun, trochę przez przypadek i odrobinę szczęścia. Jadąc stopem, spotkaliśmy Felipe, który ni stąd ni zowąd zaoferował nam możliwość zatrzymania się w jego drugim mieszkaniu w Cancun (dość szalona historia, bo prawdopodobnie specjalnie dla nas dorobił klucze do mieszkania;) gdzie nieco odetchnęliśmy po biwakowaniu w dżungli. Oraz pierwsza kąpiel w Morzu Karaibskim za nami, hurra!

Nie chcemy nikogo martwić, ale to już ostatni wpis z Meksyku. Jesteśmy obecne w Chetumal, na granicy z Belize, gdzie wjeżdżamy już jutro- ale o kraju Tacos i Burritos na pewno nigdy nie zapomnimy!