obrazek

Archive for Grudzień, 2010

gru
31

Latynoskie bity!

Posted by Magda i Marcin

Jakiś czas temu obiecaliśmy wrzucić parę nagrań i zapomniało nam się o tym, ale oto są, viola!

Po pierwsze, XXI Concurso Nacional de Labrado de Cantera (Guadalajara). Próbowaliśmy odszukać nazwę tego zespołu, ale nie daliśmy rady. W każdym razie jest to tradycyjna muza dla meksykańskiego stanu Jalisco!

 

Poniżej nagrania:

Guadalajara_1
Guadalajara_2

Po drugie,  Palenque (Meksyk). Jedno z fajniejszych miejsc, które odwiedziliśmy, super sceneria: noc, środek dżungli, wyjce na drzewach i występy różnych kapel na żywo. Tu wykonawcy (przepraszamy, byliśmy tak zafascynowani, że nie zapisaliśmy nazw) występujący w ramach wieczoru „Muzyki Latynoamerykańskiej”.

Poniżej nagrania (przepraszamy za szumy, ale dużo ludzi siedziało w knajpie i nie dało się ich uciszyć!):

Palenque_1

Palenque_2

Palenque_3

Po trzecie, niezapomniany wieczór w Gwatemali. To właściwie nie jest żadna muzyka tradycyjna, po prostu spotkaliśmy kilku kolesi ze Stanów i Wlk Brytanii, którzy po prostu WYMIATALI na gitarach i urządziliśmy sobie z nimi wieczór muzyczny;p Skład:

– Shaun z Teksasu: gitara akustyczna i wokal
– Jack z NYC: solo na akustyku
– James z Londynu: nasza „guitara pequeña” + chórki
– Marcin z Poznania ;) chórki
– Magda także z Poznania: operator kamery + nieśmiałe chórki

Brak zdjęć, poniżej nagranie:

Wieczorne granie w Gwatemali

gru
26

Mitad del Mundo, czyli śniadanie na równiku :)

Posted by Magda i Marcin

Po rozstaniu z Kolumbią, przyszedł czas także na rozstanie z półkulą północną. Z Ipiales ruszyliśmy do Quito, stolicy Ekwadoru- co więcej, postanowiliśmy powrócić do łapania stopa. Ups, to znaczy… no dobra, musimy się przyznać, że od Gwatemali często i gęsto zdradzamy autostop. Zaczęło się od tego, że te wszystkie gwatemalskie, salwadorskie, honduraskie i nikaragujskie chickenbusy były kosmicznie tanie (no i jaki klimat w nich panuje;) i tak jakoś sobie nimi jeździliśmy. W Kostaryce, Panamie i Kolumbii autobusy zrobiły się bardziej cywilizowane, niestety podobnie jak i ceny- próbowaliśmy więc znów szczęścia z wystawionym kciukiem, ale chyba po tej przerwie zrobiliśmy się mniej cierpliwi, a może to kwestia tego, że ludzie są w tych krajach raczej nieufni w stosunku do autostopowiczów (zupełnie inaczej niż w Stanach czy Meksyku!!!)… Zmierzając zatem do sedna, możemy policzyć na jednej ręce liczbę złapanych w ostatnim czasie stopów. Opuszczając Kolumbię, powiedzieliśmy jednak „Basta!” i zaraz po przekroczeniu granicy, wyszliśmy znów na drogę. Los chyba postanowił nas wynagrodzić i raz dwa zatrzymał się ekwadorski pogranicznik, który podrzucił nas do autostrady panamerykańskiej prowadzącej do Quito. Tam również mieliśmy szczęście, po około pół godzinie zatrzymała się Skoda Octavia z wesołą kolumbijsko- ekwadorską rodzinką w środku, jadącą właśnie do Quito. Zapytali nas czy przypadkiem nie szmuglujemy dragów, a nasze oburzone: „nie!!!” skwitowali wybuchem radości, więc szybko załadowaliśmy się do auta.

Jazda od samego początku była bardzo wesoła. Dlaczego? W oczach policjantów i żołnierzy z granicznej kontroli antynarkotykowej, duże czarne auto z przedstawicielami 3 różnych nacji (w tym jedna osoba ze „szczególnie podejrzanej” Kolumbii) okazało się być idealnym celem. Zatrzymali nas na prawie godzinę, przepytywali ze wszystkiego, sprawdzili zawartość bagaży, a nawet rozkręcili tylną kanapę i bagażnik! Co za emocje, poczuliśmy się prawie jak Bonnie i Clyde! ;P Ostatecznie jednak nic nie znaleźli, więc trochę rozbawieni całą sytuacją ruszyliśmy dalej. Jak się okazało, „nasza” rodzinka lubiła sobie dobrze podjeść i zaprosiła nas na bardzo smaczną rybę (zamiennie na wegetariańskie ziemniaki z ekwadorskim serem i prażoną kukurydzą), do knajpki nad jeziorem leżącym w połowie drogi do Quito. Zaraz potem zatrzymaliśmy się w piekarni, następnie cukierni (w tym miejscu nasze skurczone ostatnimi czasy żołądki błagały o litość;), a ostatecznie Nuvia, Duverney i Edilson zaprosili nas na kolację do ich rodzinnego domu. Choć słowo „zaprosili” nie jest tu najodpowiedniejsze, bo oni po prostu nas tam zawieźli, nie przyjmując do wiadomości żadnych protestów ;) Kolacja okazała się wielką porcją rosołu, ryżem z sałatką, smażonym jajem i serem oraz słodkim chlebem i „agua de panela con leche” czyli słodkim napojem, przygotowanym z trzciny cukrowej i mleka. To nie koniec historii, bowiem zaprosili nas także na nocleg oraz gigantyczne śniadanie dnia następnego. Dzień później, obżarci do granic możliwości pożegnaliśmy naszych gospodarzy i udaliśmy się do hostelu, aby ze spokojem to wszystko strawić.

Stolica Ekwadoru przywitała nas paskudną pogodą, centrum zwiedzaliśmy w deszczu, ale mieliśmy czuja żeby przeczekać jeden dzień z wycieczką na równik (tak właściwie samo Quito leży już na półkuli południowej, równik znajduje się ok 20 km na północ od centrum miasta) i to był świetny pomysł! Kolejnego poranka, w pięknym słońcu udaliśmy się na Mitad del Mundo (hiszp. środek świata). Znajdują się tam dwa równiki (tak, wiemy że głupio to brzmi;). Po prostu oficjalne państwowe muzeum z wielkim monumentem leży ok 240 metrów od prawdziwego równika. Drugie- indiańskie muzeum Intiñan, znajduje się dokładnie na równiku, co potwierdzają wyliczenia GPS i szereg doświadczeń fizycznych, które są tam przeprowadzane. Całkiem ciekawsko! Przy tej okazji musimy nadmienić, że na półkuli południowej woda w ubikacji spłukuje się w przeciwnym kierunku niż u nas- wiedzieliście o tym? ;p Robiliśmy także inne eksperymenty:

– Siłowanie się. Jedna osoba „zwiera” z całej siły palec wskazujący i kciuk (tak jakby się pokazywało że jest OK), a druga próbuje je rozewrzeć. Stojąc poza linią jest to bardzo trudne, nawet przy słabszej osobie, natomiast stojąc idealnie na linii równika nikt nie ma szans utrzymać zwartych palców. Tłumaczą to grawitacją, czy czymś takim ;)

– Spacerek z zamkniętymi oczami po równiku. Nawet z zamkniętymi oczami nie ma problemu żeby iść idealnie po linii i utrzymać równowagę- powodem są tajemne moce napływające z obu półkul!

– Stawianie jajka na gwoździu. Nam się nie udało, a szkoda bo można było dostać certyfikat, ale możemy potwierdzić- jajko rzeczywiście stoi.

Muzeum było zatem wyjątkowo ciekawe jak na muzeum, tym bardziej że mieli tam także lamy, których jesteśmy wielkimi fanami. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że nie odmówiliśmy sobie śniadania (prawie) na równiku, które było gigantyczne jak wszystkie posiłki w Ekwadorze. To chyba pierwszy kraj na naszej drodze, w którym codziennie jesteśmy naprawdę najedzeni- jedzenie jest tanie i jest go dużo (a do tego smaczne ). Poniżej potwierdzenie naszych słów, oto jak wygląda przykładowe ekwadorskie śniadanie:

Kolejnym przystankiem po Quito była Riobamba. Miejsce ciekawe z powodu możliwości przejechania się na dachu lokalnego pociągu do drugiej miejscowości- Alausi, pokonując po drodze Nariz del Diablo, czyli diabelski nos. Jest to skała uformowana tak, że pociąg musi wykonać niezłe ewolucje aby tam przejechać. Niestety nic nie wyszło z tego planu, bo od czasu pewnego wypadku (podobno dwóch Japończyków straciło głowy- dosłownie- w czasie tej podróży) jazda na dachu została zakazana, później zlikwidowali pociągi i wprowadzili szynobusy, a na dodatek w tym momencie, najciekawszy „diabelski” odcinek trasy jest remontowany, więc cała ta zabawa nie ma dla nas większego sensu. Ostatecznie zatem, tylko przenocowaliśmy w Riobambie i udaliśmy się dalej- przez Lago de Colta (Kacze Jezioro) i najstarszy kościół w Ekwadorze, największe inkaskie ruiny w tym kraju, czyli Ingapirca (bez szału!) aż do miejscowości Cuenca, gdzie spędziliśmy Wigilię.

Co do Wigilii, napiszemy nieskromnie, że przygotowaliśmy wypasioną kolację dla wszystkich gości hostelu i wygląda na to, że smakowało! Nie było tak łatwo, z powodu braku pewnych składników, za którymi bezskutecznie biegaliśmy po miejscowych targowiskach i marketach, ale potrzeba jest matką wynalazków, daliśmy więc radę nawet z barszczem. Przed jedzeniem złożyliśmy sobie wzajemnie życzenia, każdy w swoim języku (a mieliśmy tam cztery różne) co brzmiało bardzo interesująco. Pasterki nie było, ale w zamian za to obejrzeliśmy ogromną tradycyjną dla miasta Cuenca paradę dzieci przebranych za chyba wszystko co istnieje, od postaci z szopki bożonarodzeniowej, po indian, klaunów, księżniczki, świętych mikołajów oraz w dzieciaki w tradycyjnych ekwadorskich strojach. Parada ta nosi nazwę Niños Viajeros, co oznacza „dziecięcych podróżników” i wygląda bardzo kolorowo (zastanawiamy się tylko skąd oni wzięli tyle dzieci w tak niewielkim mieście;).

Wygląda na to, że to pierwszy i ostatni wpis z Ekwadoru, bo jutro ruszamy do Peru. Trochę nam szkoda, bo zdecydowanie ten kraj zasługuje na dłuższą wizytę! Niewielki, ale za to niesamowicie różnorodny- od wysp Galapagos, przez wybrzeże z pięknymi plażami, dalej Andy, a w końcu dżungla amazońska. Należałoby zwiedzić Ekwador raczej w kierunku wschód- zachód, a nie tylko od północy na południe. Lista miejsc, do których chcemy wrócić w mniej lub bardziej odległej przyszłości coraz bardziej się wydłuża! Na zakończenie informacja- łącze internetowe jest tu wyjątkowo do… niczego, więc nie podejmujemy się próby wrzucenia zdjęć. Postaramy się zrobić to wartko, a póki co żegnamy się, życząc wszystkim wesołych ostatnich świątecznych chwil oraz szampańskiego ostatniego wieczoru w roku! ;)

gru
18

Iguana Śmierci i Kryształowa Małpa.

Posted by Magda i Marcin

Zgodnie z obietnicą, czas na kolejny wpis. Pomimo, że prędkości na kolumbijskich drogach nie sprzyjają szybkiemu przemieszczaniu się (tak, to już Andy!), udało nam się dotrzeć zgodnie z planem do wszystkich interesujących nas miejsc. Po pierwsze- San Agustin. Małe miasteczko, na południu Kolumbii, w pobliżu którego znaleźć można kilkaset kamiennych figur, przedstawiających ludzi i zwierzęta. Poza tym, w tej okolicy znajduje się drugi co do wysokości wodospad w Ameryce Południowej- bagatela 400 metrów!!! Pech chciał, że nie wiedzieliśmy wcześniej o tym wodospadzie, a plan był dość napięty i nie starczyło czasu by się tam wybrać. W zamian za to zrobiliśmy rundę po okolicznych stanowiskach archeologicznych- El Tablon i La Chaquira, i trzeba przyznać- to był strzał w dziesiątkę! Przyglądając się kamiennym posągom i zastanawiając się o co w tym w ogóle chodzi, wdaliśmy się w rozmowę z babcią, która sprawowała pieczę nad tymże stanowiskiem archeologicznym. Jak się okazało, babcinka (notabene niezwykle sympatyczna) miała jakieś niewyjaśnione związki ze starożytnymi Majami i zabrała się szybko za objaśnianie NASZYCH związków z kalendarzem Majów. Po spisaniu dat urodzenia i dokonaniu stosownych obliczeń, dowiedzieliśmy się, że:

– Magda: lubi matematykę, rysować i tańczyć (cholera, skąd wiedziała?!). Najlepsze miejsce na świecie to Meksyk, właściwy kierunek to zachód, a pora dnia to zmrok. Znak z kalendarza Majów: Kryształowa Małpa (w języku Majów: Chuen).

– Marcin: ma szósty zmysł i jest łącznikiem światów (w języku Majów: Cimi), najlepsze miejsce to Kamczatka, właściwy kierunek to północ, a jego znakiem jest Iguana Śmierci. Czy trzeba coś dodawać? ;)

Cała konwersacja odbyła się rzecz jasna po hiszpańsku, więc możliwe że czegoś nie zrozumieliśmy, ale materiały dydaktyczne w postaci tablic z kolorowymi rysunkami zdecydowanie ułatwiały przekaz. Były tam także dostępne własnoręczne wyroby obrazujące znaki z kalendarza Majów (głównie biżuteria), i co tu dużo mówić- daliśmy się na to złapać. Babcia mogłaby śmiało szkolić specjalistów od marketingu, bo wcale nie próbowała nas namówić na kupno czegokolwiek, ale wykład był na tyle intrygujący, że nie mogliśmy się oprzeć bransoletkom z naszymi znakami :D

Z żalem wyjechaliśmy z San Agustin, pozostawiając tam wiele rzeczy „na później” i ruszyliśmy do ostatniego przystanku w Kolumbii- Ipiales. Kolejne małe miasteczko tuż przy granicy z Ekwadorem, samo w sobie raczej nudne, ale w okolicy znajduje się nie lada atrakcja. Mowa o Sanktuarium Las Lajas, chyba najczęściej pojawiającym się motywie na okładkach przewodników po Kolumbii. Zresztą nie ma co się dziwić, bo sanktuarium jest usytuowane w naprawdę pięknej okolicy. Cała budowla jest jednocześnie kościołem i mostem nad rzeką Guáitara, w dodatku skrytym między górami. Wow, wow, wow! Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć zdjęcia.

Tym sposobem zakończyliśmy pobyt w Kolumbii. Największe wrażenie wywarli na nas niesamowicie uprzejmi mieszkańcy tego kraju oraz Andy, które wydają się być wszędzie dookoła i ciągnąć w nieskończoność (oczywiście wiemy, że gdzieś się kończą- a gdzie, mamy zamiar sprawdzić sami w drodze do Ziemi Ognistej;)

gru
14

Panamski kanał i kolumbijski szok!

Posted by Magda i Marcin

Nie było łatwo zabrać się za ten wpis, ponieważ w ostatnim czasie nagromadziło się sporo różnych wydarzeń. Zacznijmy od tego, że zdążyliśmy już zmienić kraj- co nie było wcale łatwą sprawą! Dlaczego? Jak niektórzy wiedzą, a niektórzy nie, granicy pomiędzy Panamą a Kolumbią nie da się pokonać lądem. To znaczy można to zrobić, ale zawsze jest pewne ryzyko w postaci dzikich plemion indiańskich żyjących w dżungli po stronie panamskiej oraz uzbrojonych grup guerilla grasujących po stronie kolumbijskiej. Do tego całkiem wysokie ryzyko malaryczne i mamy już pełen opis tak zwanego Darien Gap, który zdecydowanie utrudnia przekroczenie tej granicy. Dotarliśmy więc do Panama City, aby postanowić czy wybieramy samolot, łódź, czy mieszankę jednego z drugim aby dotrzeć do Kolumbii.

Najlepszą w naszym mniemaniu opcją był lot do Puerto Obaldia- ostatniego panamskiego miasteczka tuż przy granicy (można tam dotrzeć tylko za pomocą lokalnych linii lotniczych- dróg lądowych nie ma) i wzięcie stamtąd małej łódki do kolumbijskiej Capurgany, następnie kolejnej łodzi do Turbo, gdzie już zaczynają się normalne drogi. Brzmi jak adventure, zajmuje 2 dni i całość wychodzi bardzo ekonomicznie. Niestety- na lotnisku w Panamie dowiedzieliśmy się, że w grudniu wszystkie loty do Puerto Obaldia są już zabukowane. Czyli ten plan odpada! Trochę zmartwieni pognaliśmy do budki telefonicznej, aby skontaktować się z poznanym dzień wcześniej Adamem- kapitanem jachtu kursującego pomiędzy Panamą i Kolumbią, o którym wiedzieliśmy że jest najtańszy, wypływa za dwa dni i ma jeszcze wolne miejsca. Jachty to dość popularny sposób na przedostanie się z Panamy do Kolumbii lub odwrotnie i można je zabukować w recepcjach kilku backpackerskich hoteli. Rejs trwa około 5 dni i w grafiku jest zawsze przystanek na okolicznych wyspach San Blas, gdzie żyją Indianie Kuna. Brzmi to naprawdę interesująco, choć czasochłonność tej podróży nie była nam specjalnie na rękę (powód: gnamy na Sylwestra do Limy w Peru;). W każdym razie, zadzwoniliśmy do Adama, a tu kolejny suprise- w czasie kiedy jechaliśmy na lotnisko pytać o loty, ktoś zdążył zaklepać wszystkie miejsca. Szlag!

Pozostał nam zatem bezpośredni samolot do Kolumbii, co pozwoliło nam zaoszczędzić na czasie, ale stracić przygodę. Co zrobić! Musimy jednak opisać, co wyprawia się w kolumbijskich liniach lotniczych;) Najpierw krótki opis geograficzny: startujemy z Panama City, najbliższe lotnisko w Kolumbii to Pereira, ale my chcemy lecieć do Bogoty (stolica Kolumbii). O dziwo lot do Pereiry (która jest bliżej) odbywa się z przesiadką w Bogocie i kosztuje 100$ mniej niż sam tylko lot do Bogoty. Dlaczego dwa loty kosztują o sto dolarów mniej niż jeden, który w dodatku zawiera się w tych dwóch lotach- tego odgadnąć nie potrafimy! Wpadł nam do głowy jakże sprytny plan, by kupić tańszy lot do Pereiry i po prostu wysiąść w Bogocie, ale kwestia bagażu zawaliła sprawę. Pan z linii lotniczych uprzedził nas, że bagaż i tak zostanie nadany prosto do Pereiry, a zatem nie mając już innych opcji, tam właśnie postanowiliśmy lecieć.

Oczywiście będąc w Panama City wybraliśmy się nad łączący dwa oceany Kanał Panamski, a krótko po tym załadowaliśmy się do samolotu, aby po półtorej godziny wylądować w Kolumbii i przeżyć prawdziwy szok. Oczekiwaliśmy jakichś biednych (i być może nieco niebezpiecznych) klimatów, a to kraj rozwinięty i nowoczesny i naprawdę nie ma czego się bać! Ilość kontroli wojskowych na drogach jest tak duża, że guerilla nie stanowi takiego zagrożenia, jak kilka lat temu. Poza tym z powodu zbliżających się Świąt, wszystkie miasta są pięknie udekorowane światełkami i drzewkami, a zatem klimat świąteczny panuje tu pomimo braku śniegu. Z Pereiry ruszyliśmy do Bogoty- rewelacyjnego miasta! Są tam zarówno piękne zabytki jak i nowoczesne centra, ogromne parki zieleni, a ponadto życie nocne kwitnie prawie w każdej dzielnicy. Wszyscy tu tańczą salsę, rumbę lub kolumbijski taniec- cumbię :) Wrażenia bardzo pozytywne! Będąc w Bogocie, zwiedziliśmy także zlokalizowaną pod miastem katedrę wykutą wewnątrz kopalni soli. Informacją tą kończymy ten dość długi wpis i uprzedzamy, że już wkrótce pojawi się kolejny, bo wciąż dzieją się u nas ciekawe rzeczy!

gru
10

La cocina latinoamericana

Posted by Magda i Marcin

1. MEKSYK

Kuchnia meksykańska jest bardzo bogata, pełna kolorów i zapachów, które potrafią wywołać wilczy głód. W trzech słowach: kurczak, ostre przyprawy, limonka. Uprzedzamy, że poniższy spis zawiera tylko część potraw meksykańskich z jakimi się spotkaliśmy- to wszystko, co najbardziej zapadło nam w pamięć. Ślinka cieknie na samo wspomnienie!

Torta– nasz faworyt!

Meksykański odpowiednik hamburgera, ale milion razy lepszy! Dużo warzyw, duuuużo sera, kurczak, wołowina lub kiełbasa- lub w zamian za mięso jeszcze więcej warzyw i sera;) – podawane w podłużnej bułce na ciepło. Nie brzmi szczególnie, ale tak właśnie smakuje. Do tego kilka ostrych i ostrzejszych sosów do wyboru (polecamy zwłaszcza salsa de jalapeño, czyli sos z małych ostrych papryczek, najczęściej w zielonym kolorze).

Salbutes (potrawa typowa dla Yucatanu)

Salbutes to rodzaj tortilli z kurczakiem /serem oraz warzywami (cebula, pomidor, sałata) i rzecz jasna limonką + barrrrdzo ostrą salsą. Spotkaliśmy się z nimi tylko w okolicy ruin Chichen Itza na półwyspie Jukatan.

Quesadillas (występują powszechnie w całym Meksyku)

Naleśniki nadziewane serem (jak sama nazwa wskazuje- „queso” to właśnie ser), dostępne również z mięsem: najczęściej kurczakiem (oczywiście!). Quesadille zdobyły szturmem nasze serca i żołądki. Pycha!!!

Tacos (równie powszechne jak i Quesadillas)

Taco to malutka tortilla z mąki kukurydzianej (nie mylić z mąką pszenną- wtedy to już burrito;) podawane z mięsem: do wyboru kurczak, „carne asada” czyli mięso pieczone, którego pochodzenia nie rozszyfrowaliśmy, bądź inne mięso. Do tego zawsze dodatki do wyboru: cebula z pomidorem na ostro, małe piekielnie ostre zielone papryczki, ogórki, ostra rzodkiewka, limonka, fasolka „cała” lub w postaci pasty fasolowej oraz różne sosy.

Ensalada de cactus, czyli sałatka z kaktusem (próbowaliśmy w La Paz, ale do znalezienia w całym kraju)

No cóż, to po prostu sałatka warzywna, tyle że oprócz pomidorów, ogórków itd., itp., znajduje się w niej kaktus. W smaku podobny zupełnie do niczego! Kaktus w naszym odczuciu jest raczej mdły i bez doprawienia go ostrym sosem nie prezentuje sobą nic szczególnego ;)

Guacamole

Guacamole to sos przyrządzony na bazie awokado i w zależności od miejsca, innych dodatków (np. limonka, sól, pomidory, cebula, czasem papryczka chili). Smakuje fantastycznie ze wszystkim, a szczególnie z nachosami!

Nachosy

Ameryki nie odkryjemy, odkąd serwują je zamiast popcornu w polskich multipleksach, ale wydaje nam się że te meksykańskie są jakby nieco smaczniejsze ;) Może dlatego, że są do kupienia świeżo przygotowane w ulicznych budkach! Podawane z rozmaitymi sosami lub z roztopionym serem.

Platanas Fitas, czyli frytki bananowe.

W Hiszpanii słowo „platanas” oznacza po prostu banany, ale w Ameryce Środkowej mianem tym określa się coś w rodzaju zmutowanych wielkich zielonych bananów (a normalne banany to „bananas” :D). Na surowo są one nie do przyjęcia (istne paskudztwo) ale usmażone przez pulchną senioritę na ulicznym straganie i polane sosem truskawkowym… Madre Mia! Uzależniające!

Camarones secos – suszone krewetki

Nie masz chipsów, zjedz krewetki! Szczególnie popularne (jak i inne owoce morza) w rejonach położonych blisko Pacyfiku (np. Mazatlan). Do kupienia na straganie przy każdej głównej drodze. Prawdę mówiąc nie próbowaliśmy, ale do dziś wspominamy ich intensywny zapach który unosił się w kabinie ciężarówki, wiozącej nas do Guadalajary…

El pozol

To tradycyjny napój dla meksykańskiego stanu Tabasco, przyrządzany na bazie kakao które jest tam powszechnie uprawiane. Smakuje jak gorzkie kakao z lodem. Do dziś przechodzą nas ciarki na samo wspomnienie tego drina- przygoda z wypiciem pozola skończyła się siedmiodniowym zatruciem pokarmowym i koszmarnym bólem brzucha (prawdopodobnie woda lub lód były nie w porządku). Od tamtej pory, aż do Kostaryki nawet zęby i naczynia myliśmy wodą mineralną ;p

2. AMERYKA CENTRALNA, CZYLI OD BELIZE DO PANAMY

Tu nie możemy pochwalić się aż takim doświadczeniem, ponieważ w Meksyku spędziliśmy więcej czasu niż we wszystkich tych krajach razem wziętych. Odnieśliśmy wrażenie, że kuchnia środkowoamerykańska nie jest aż tak bogata, co nie oznacza że nie znajdzie się tu coś dobrego. Oto, co wyłapaliśmy po drodze:

Ceviche (popularne w zasadzie w każdym nadmorskim regionie)

Jest to surowa ryba podawana w całości, polana obficie sokiem z limonki, z dodatkiem cebulki, papryki i soli. Nie skusiliśmy się, gdyż doszły nas słuchy, że po jej zjedzeniu można nabawić się cholery (zwłaszcza w Belize) nawet gdy zamówi się gotowaną wersję tej ryby. Dlaczego? Prawdopodobnie i tak jej nie ugotują, a różnicę podobno trudno jest wyczuć. Informacja ta jest zasłyszana, ale z bardzo wiarygodnego źródła!

„Śniadanie Majów” (rodem z Gwatemali)

Jedno z dziwniejszych połączeń jakie widzieliśmy (niestety nie posiadamy zdjęć). Podsmażona czerwona fasolka, jajka, kwaśna śmietana, smażone banany, dwa plasterki gwatemalskiego sera i oczywiście tortilla. No cóż, dosyć dziwne… Z tego co wyczytaliśmy, jest to prawdziwa spuścizna po cywilizacji Majów.

Ryż z fasolą (to podstawa środkowoamerykańskiej diety)

Do tego mnóstwo różnych mięs do wyboru (wśród nich zawsze kurczak), czasem znajdzie się też jakieś warzywo jak np. gotowane liście szpinaku. Nie można zapomnieć o tortilli rzecz jasna. Ocenę estetyki tej potrawy pozostawiamy czytelnikom :P Zdjęcie pochodzi z Ciudad de Guatemala (z raczej nieprzyjemnej okolicy), gdzie potrawy serwowano z sosem przypominającym w smaku musztardę francuską.

Pupusas (tradycyjne danie z El Salvadoru)

Małe tortille kukurydziane nadziewane serem (queso), pastą fasolową (frijoles) lub wieprzowiną w postaci pasty (chicharrón). Zazwyczaj do wyboru są „pupusas de queso y frijoles” oraz „pupusas revueltas” czyli mix wszystkich trzech składników. Do tego sos pomidorowy i kapusta.

Choco bananas!!!!

Przepis prosty jak chocobanan. Oblewasz banana czekoladą, nadziewasz na patyk i umieszczasz w zamrażarce. Po kilku godzinach sprzedajesz turystom za 1 quetzala i wszyscy są szczęśliwi. Byliśmy zbyt skupieni na wcinaniu tego przysmaku, żeby zrobić jakiekolwiek zdjęcie, ale polecamy na każdą okazję :D

Kawka panamska

Pisaliśmy już na ten temat w ostatnim wpisie- poniżej dokumentacja fotograficzna. Cappucino doble (supermocne) i chocolacino prosto z panamskiej Cafe Ruiz.

Owoce

Nie można także nie napisać o owocach, które są kosmicznie tanie i sprzedawane na każdym rogu, osobno lub w zestawach, dostępne także w chickenbusach :) Ananasy, arbuzy, kokosy, mango, papaja, banany, pomarańcze i wiele innych.

gru
03

Polowanie na Quetzale

Posted by Magda i Marcin

Słyszeliśmy, że w Polsce niezła zadymka śnieżna. U nas w zasadzie podobnie, tyle że zamiast śniegu z nieba lecą wiadra wody- dosłownie! Chyba za wcześnie opuściliśmy słoneczny Salvador, bo wkrótce po tym wkroczyliśmy w strefę gdzie wciąż trwa pora deszczowa. Zanim wpadliśmy w środek ulewy, zdążyliśmy jeszcze przemknąć przez Honduras i Nikaraguę- tu zatrzymaliśmy się w mekce backpackersów czyli w Granadzie, położonej nad brzegiem jeziora Nikaragua. Uroczo, kolonialnie ale jakby zbyt turystycznie. Warto jednak nadmienić, że odwiedziliśmy w czasie tej wizyty fabrykę cygar, a nawet kupiliśmy jedno małe „mombachito” ;) Cygara z Nikaragui są cenione na świecie, ponieważ tytoń rośnie na wzgórzach aktywnych wulkanów, co wpływa na wysoką jakość roślin (informacja od przewodnika).

Opuszczenie Nikaragui kosztowało nas wiele- zarówno pieniędzy (opłata turystyczna wynosi 15$ od głowy), jak i utratę słońca, które od Arizony towarzyszyło nam niemal cały czas. Oprócz deszczu, w Kostaryce dopadł nas także pech. Zastanawialiśmy się nawet czy nie zatytułować tego wpisu „Kostarykańską wtopą” ;) Pokrótce:

– Ceny w miejscach, które wcześniej sprawdziliśmy w przewodniku okazały się ponad 2 razy wyższe (nie zwróciliśmy uwagi na fakt, że przewodnik był sprzed 6 lat)!
– Półtorej godziny próbowaliśmy łapać stopa na drodze, która okazała się zamknięta.
– Dotarliśmy o godzinie 16.42 do biura administracji Parku Narodowego Chirripo, gdzie trzeba zarezerwować z wyprzedzeniem możliwość campingu w parku. Biuro czynne do 16.30…
– W związku z tym musieliśmy nocować w pobliskiej wiosce, gdzie najtańszy hostel był zamknięty, ponieważ tego wieczoru cała obsługa bawiła się na weselu.
– Następnego dnia weszliśmy do parku na własną rękę, po około 5 minutach niemalże utopiliśmy się w błocie na szlaku co zmusiło nas do odwrotu.

Jedynym, co uratowało Kostarykę w naszych oczach, były źródła termalne w których utopiliśmy całą naszą złość ;) A tak naprawdę kraj piękny, zielony i bardzo zadbany (żadnych śmieci na poboczach!), ale warto go odwiedzić w czasie pory suchej i z nieco większym budżetem.

W końcu dotarliśmy do ostatniego państwa na północnoamerykańskiej ziemi, dziesiątego na naszej trasie, symbolicznego półmetku- Panamy. Nasz plan brzmiał „upolować quetzala”. Quetzale, czyli rajskie ptaki widnieją w godle Gwatemali, a w przeszłości były czczone przez Azteków i Majów jako symbol wolności. Są one przepięknie upierzone i rzeczywiście trzymane w niewoli przez dłuższy czas- giną. Obecnie to gatunek zagrożony wyginięciem. Zatem, wio do Boquete- górskiego panamskiego miasteczka, gdzie swój początek ma Szlak Quetzali. Niestety! Pomimo, że wstaliśmy o nieludzko wczesnej godzinie i ruszyliśmy na szlak, nie udało nam się dorwać ani jednego skubańca. Możliwe, że to za sprawą ogromnego deszczu, który z kolei dorwał nas w połowie trasy (kto w ogóle wymyślił porę deszczową?!?!). Sprawa nie jest jednak zupełnie przegrana, bowiem na szlaku znaleźliśmy pióro które z dużym prawdopodobieństwem było niegdyś własnością quetzala!

W okolicy Boquete jest wiele innych atrakcji, oprócz Queztal Trail, jak na przykład wulkan Baru (najwyższy szczyt Panamy), gorące źródła, raftingi rzeczne oraz palarnie kawy (100% arabika, zdaniem znawców jedna z najlepszych na świecie). Nie omieszkaliśmy wypić filiżanki w najpopularniejszej kawiarni w mieście- Cafe Ruiz. Mniam! 5+ dla Boquete. Naprawdę chcieliśmy zostać tam dłużej, ale w tym deszczu po prostu nie dało rady. Jesteśmy właśnie w drodze do Panama City, a potem- spadamy do Kolumbii (tyle w planach;). Hasta luego!