obrazek

Archive for Styczeń, 2011

sty
28

Smaki południa

Posted by Magda i Marcin

Po dłuższej przerwie powracamy do tematów kulinarnych. To już przedostatnia część tej mini książki kucharskiej (ostatni wpis będzie o Argentynie, bo jak zauważyliśmy- jest o czym pisać). Tymczasem opis kuchni południowoamerykańskiej, czyli od Kolumbii po Boliwię. Smacznego!

POTRAWY

1. Arepy

Spotkaliśmy je w Kolumbii (stamtąd właśnie arepy pochodzą) oraz w Ekwadorze. To placki z mąki kukurydzianej, podawane z: masłem/ różnymi rodzajami sera / serem i szynką / lub bez niczego. W Kolumbii były bardzo słodkie i do tego jeszcze polewali je miodem, a w Ekwadorze raczej mdłe.

2. Naleśnik z bananami i papają i miodem.
Dostaliśmy go na śniadanie w Kolumbii i był super smaczny ;)

3. Buñuelas

Zaczęły się pojawiać już w Kolumbii, ale najlepsze mają w Boliwii! Są to ciacha, trochę jak pączki, polane syropem klonowym. W Copacabanie sprzedają je w pakietach po 12 sztuk, ale nigdy nie ma ryzyka że coś zostanie niezjedzone…

4. Empanadas / salteñas

Czyli różne rzeczy zapieczone w cieście (coś, jakby paszteciki). Empanadas występują najczęściej z serem lub mięsem / kurczakiem (wszak kurczak to nie mięso;), a salteñas trafiły nam się z mnóstwem różnych warzyw w środku. Najlepiej smakują na gorąco.

5. Maiz tostado

Kukurydza niby prażona, ale popcornu raczej nie przypomina ani wyglądem, ani smakiem. Naszym zdaniem lepsze niż popcorn! W Ekwadorze maiz tostado podają często jako starter w restauracjach.

6. Tilapia
Smażona ryba z pyrami i sałatką. Rodzinka, którą złapaliśmy na stopa w Ekwadorze zaprosiła nas na ten właśnie przysmak, w drodze do Quito.

7. Przysmaki z budki

Dużo by o nich pisać, bo w każdym mieście każdego kraju, ulicznych budek z jedzeniem jest całe mnóstwo i oferta jest przebogata. Tu akurat jedna z bud w Cuence, w Ekwadorze. Mix: fasolka + chipsy + pomidor z cebulą na ostro + maiz tostado + sos pomidorowy + sok z limonki. Nie wiemy, czy ten zestaw posiada jakąś nazwę, ale w smaku był całkiem niezły.

8. Papa relleno

To hicior z lokalnych marketów oraz „serwisu w autobusach” (zazwyczaj na przystankach, w czasie dłuższych kursów do autobusu pakuje się stado sprzedawców z siatami pełnymi jedzenia i picia, drących się jak przekupy na targu tak długo, aż uda im się coś sprzedać) w Peru i Ekwadorze. Papa relleno to ziemniak niespodzianka ;) W środku można znaleźć gotowane jajo kurze, a czasem inne bonusy np. sałatkę warzywną. Ale pycha!

9. Trucha, czyli pstrąg

Kolejna ryba, tym razem z Boliwii- świeżo złowiona w jeziorze Titicaca. Mają tam tysiąc sposobów na jej przyrządzanie, my (Marcin) próbowaliśmy tylko jeden z nich, ale wystarczy żeby dać 5+.

10. Cui

Nie jedliśmy (Magda: nie rozumiem jak można to jeść!!!!!), ale musimy opisać, bo to typowa peruwiańska potrawa. Cui to- Bogu ducha winna- świnka morska z rożna. Podobno smakuje jak kurczak… Na zdjęciu pierwsza faza przygotowania potrawy, czyli hodowla świnek.

NAPOJE

1. Mate de Coca, czyli herbatka z wkładką ;)

Wszędzie tam, gdzie występują liście koki. Bez emocji proszę, od koki do kokainy jest bardzo długa droga. Żucie liści koki pomaga podobno na chorobę wysokościową, acz my nie mieliśmy tego problemu. Widzieliśmy też kilka razy w Peru karmelki z koki w sklepie.

2. Chicha Morada

Napój, który spotkaliśmy w Peru ale możliwe, że da się wypić także w Boliwii. Przygotowywany z pewnej odmiany kukurydzy- czarnej i słodkiej, tak jak i chicha morada.

3. Inca Cola
Znak firmowy Peru. Wypiliśmy jedną na Machu Picchu, żeby poczuć ten klimat ;) O dziwo droższa niż Coca Cola, choć jest to wyrób krajowy. Smakuje jak mega słodka oranżada.

4. Pisco

Peruwiański alkohol typu brandy, wytwarzany w rejonie Pisco (całkiem blisko Limy), ale można go wypić zasadniczo w całym Peru. Pisco produkuje się ze sfermentowanych winogron ( w rejonie tym produkowane są także wina). My próbowaliśmy Peru Libre, czyli pisco z colą i cytryną oraz herbatę z goździkami, cynamonem i pisco.

sty
23

Trochę ruchu zaszkodziło.

Posted by Magda i Marcin

Jak powyżej. Trudno znaleźć powód tego stanu rzeczy- czy wariackie tempo ostatnimi czasy, czy ciągłe zmiany wysokości (od poziomu oceanu w Limie do najwyżej położonego miasta na świecie- Potosi 4090 m n.p.m), czy może te wszystkie godziny spędzone w parszywych autobusach (jak sobie przeliczyliśmy, od północy Peru do południa Boliwii spędziliśmy w nich 112 godzin!), w każdym razie przyszedł czas żeby to wszystko odchorować. Z tego powodu zmarnowaliśmy kilka dni w Sucre, w Boliwii, leżąc na wyrze i błagając o litość. Ale po kolei.

Najpierw przyjechaliśmy do boliwijskiej miejscowości Copacabana, położonej nad jeziorem Titicaca. Miasteczko raczej nuda chyba, że ktoś lubi siedzieć ciągle w knajpie, ale można tam kupić wycieczkę na różne interesujące punkty na jeziorze. Są tam między innymi pływające wyspy zbudowane z trzciny przez lokalnych, ale z tego zrezygnowaliśmy bo już jakiś czas temu doszły nas słuchy, że to straszny kicz, zrobiony pod turystów. Wybraliśmy się w zamian za to na Isla del Sol czyli Wyspę Słońca, zamieszkiwaną przez małą rolniczą społeczność która posługuje się językiem Aymari. Spotkaliśmy tam pana przewodnika, który pochwalił nam się, że był w ochronie papieża Jana Pawła II, w czasie jego wizyty w Boliwii w 1988 roku. Nauczył nas także pewnego zwrotu w języku Aymari, ale do tego jeszcze wrócimy ;). Trzeba też dodać, że był to pierwszy dzień na takiej wysokości (jezioro położone jest na 3812 m.n.p.m) i dało nam się we znaki rozrzedzone powietrze- ból głowy i zadyszka po każdym kroku, teraz już rozumiemy dlaczego reprezentacja Boliwii w piłce nożnej wygrała z Argentyną podczas meczu w La Paz (stolica Boliwii, również bardzo wysoko w chmurach;). Trzeba trochę czasu żeby przystosować się do tych wysokości.

Następnie ruszyliśmy do Uyuni, z krótkim przystankiem w La Paz. Uyuni jest położone na brzegu Salaru Uyuni, czyli największego solniska na świecie. Warstwa soli ma grubość około 10 metrów, a powierzchnia salaru wynosi jakieś 10 tys km2. Można tam wynająć rower i jeździć sobie beztrosko całymi dniami po soli, ale bardziej popularne są wycieczki jeepami- od 1 do 4 dni. My, jak zwykle w pędzie zdecydowaliśmy, że kupujemy jednodniową wycieczkę. Naszym zdaniem pierwszego dnia i tak odwiedza się najbardziej interesujące punkty na salarze i w okolicy, czyli: cmentarzysko lokomotyw, Isla de Pescado (Wyspa Ryb, porośnięta gigantycznymi kaktusami), Montanas del Sal (solne górki;) oraz Ojos del Sal (Oczy Soli, czyli bulgoczące dziury w salarze). Zamiast opisywać wszystkich ciekawostek, zapraszamy do galerii zdjęć, która chyba (mamy nadzieję) oddaje klimat tego miejsca.

Tuż przed wyjazdem z Uyuni spotkaliśmy się na chwilę ze znajomą ekipą Trek Teamu, którzy wędrują sobie właśnie gdzieś między Boliwią, Chile i Ekwadorem i znając Jacka („kierownika” :D) jesteśmy pewni, że doskonale się bawią. Pozdro wiara!

Ostatnim przystankiem w Boliwii było wspomniane wcześniej Sucre, gdzie dotarliśmy wieczorem, a następnego dnia już nie wstaliśmy. Wszystko nas bolało i mieliśmy chyba gorączkę, choć bez termometru ciężko to sprawdzić. Boliwijska służba zdrowia przypomina trochę polską i po wycieczce po trzech punktach medycznych człowiek czuje, że lepiej będzie jak wyzdrowieje sam z siebie :P Tak też zrobiliśmy, ale w Sucre zostaliśmy na małą kwarantannę. Na plus możemy napisać, że drugiego dnia w naszym hostelu spotkaliśmy Donka i Wingo, czyli dwóch zakręconych gości, z którymi od czasu Machu Picchu co kilka dni wpadamy na siebie w jakimś miejscu ;) Przynajmniej nudno nie było!

Po tych przygodach doszliśmy do wniosku, że zawijamy z Boliwii prosto do Argentyny, porzucając wcześniejszą myśl o Paragwaju. Zmierzając do końca tego wpisu, nie możemy sobie odmówić opisania kilku konwersacji, które zdarzyły nam się w Boliwii. Boliwijczycy okazali się najbardziej niedomyślnym i gamoniowatym narodem jaki w życiu spotkaliśmy (żeby nie było, można spotkać tam także bardzo sympatycznych ludzi, ale to raczej rzadkość). Oto trzy największe hity:

1. Miejsce: hotel, Osoba: stary, gruby recepcjonista

My: Czy ma Pan wolne pokoje?
Pan: (po 2 minutach wpatrywania się w telewizor) Tak.
My: Czy możemy zobaczyć?
Pan: (3 minuty namysłu) Nie mam już wolnych pokoi.

2. Miejsce: restauracja, Osoba: młoda kelnerka. Wchodzimy, bierzemy kartę, namyślamy się, podchodzi kelnerka.

Kelnerka: Tak?
Magda: Czy jest makaron?
K: Nie ma.
Marcin: Poproszę rybę z czosnkiem.
K: Nie ma.
Magda: Czy są ziemniaki albo ryż?
K: Nie ma.
My: A co jest?
K: Nic. Teraz jest zamknięte.
My: ?!?!?!

3. Miejsce: restauracja. Osoba: starsza właścicielka. W karcie mają podaną cenę piwa 12 boliviano, a na „rachunku” widzimy że policzyli 15.

My: Przepraszam, ale tutaj jest podana inna cena piwa.
Pani: Hm, ale piwo kosztuje 15.
My: Ale w karcie jest napisane, że 12!
Pani: No… ale piwo przecież zdrożało!

Zdarzyło nam się także (będąc jedynymi klientami w knajpie), że zamówiliśmy dwa śniadanie, a dostaliśmy tylko jedno. Po godzinie okazało się, że zapomnieli o drugim. No cóż, widząc tych ludzi nie mamy wątpliwości, że nie robią tego złośliwie- po prostu tacy już są. Jak to powiedział francuski konsul naszemu koledze, który notabene został okradziony w Sucre z paszportu, aparatu i pieniędzy: „That’s Bolivia, Man!” :P

sty
14

Trochę ruchu nie zaszkodzi!

Posted by Magda i Marcin

Zgodnie z powyższą dewizą, postanowiliśmy rozruszać co nieco kości i ustaliliśmy plan na „Peru aktywnie”. Tego samego dnia, którego obejrzeliśmy linie w Nazca, wsiedliśmy do całonocnego busa do Arequipy, czyli punktu wypadowego do Kanionu Colca. Kanion ten nie dość, że jest najgłębszy na świecie, to jeszcze został odkryty przez Polaków- wstyd więc go nie zobaczyć, będąc w Peru. Z Arequipy zwanej białym miastem (prawdę mówiąc biały jest tylko rynek, reszta wygląda kosmicznie obskurnie- ale to normalka dla peruwiańskich miast) złapaliśmy kolejny bus do Cabanaconde, gdzie większość odwiedzających kanion turystów robi sobie bazę. Jak już się nie raz przekonaliśmy, w Andach odległość 100 km można pokonywać przez 5 godzin, więc do Cabanaconde dotarliśmy dość późno. Dodajmy, że sama droga dostarczyła nam wielu emocji, ponieważ autobus jedzie NAPRAWDĘ BLISKO krawędzi najgłębszego kanionu świata ;p Osobom o słabych nerwach odradza się pokonywać tę trasę, bo droga prowadzi po zboczu góry, nie jest w żaden sposób zabezpieczona i z okna trzęsącego się, przepełnionego ludźmi i zwierzętami (z nami jechała np. jedna lama w różowej apaszce) autobusu można obserwować stromą przepaść w odległości może 1 metra od koła. W każdym razie dotarliśmy na miejsce szczęśliwi, że przeżyliśmy i następnego dnia ruszyliśmy na szlak. Gdyby ktoś wybierał się do Colca, możemy polecić hostel Pachamama w Cabanaconde- w cenę 12 zł za noc jest wliczone pycha śniadanie, przechowalnia plecaków na czas trekkingu oraz dobra informacja o kanionie włącznie z mapką poglądową. Do tego serwują peruwiańskie pisco i pizzę prosto z pieca (do tego tematu wrócimy później, w dziale „smacznie”;). W Colca można zrobić kilka różnych opcji trekkingowych, w zależności od czasu i fantazji. My czasu za wiele nie mieliśmy, więc wybraliśmy sobie trasę dwudniową- zejście na dno, wspięcie się na drugą stronę, ponowne zejście i powrót do Cabanaconde. Widoki niesamowite, to był najpiękniejszy szlak jakim kiedykolwiek szliśmy. Do tego wiedzie on przez autentyczne peruwiańskie wsie osadzone na zboczach i na dnie kanionu- nie prowadzi tam żadna droga dla samochodów i ludzie używają poczciwych osiołków do transportu. Tak na marginesie tamci Peruwiańczycy to dopiero mają kondycję. Wydawało nam się, że idziemy w miarę wartko, do czasu gdy w drodze pod górę wyprzedziła nas kobieta w rozklekotanych trampkach, z dzieckiem na plecach i dwoma osłami na sznurku. Nawet starsze babcie zasuwały, że aż się za nimi kurzyło!!! Na szlaku spotkaliśmy pierwszy raz Łucję i Michała z Czech (jeśli to czytacie, serdecznie pozdrawiamy i mamy nadzieję, że dotarliście bez problemów do Limy;), trochę zmasakrowaliśmy sobie stopy z powodu braku treków oraz spędziliśmy nockę na dnie kanionu, w miejscowości San Galle. Warto dodać, że każdy hotelik ma tam w posiadaniu basen- całkiem sympatycznie wskoczyć do takiego po 7-godzinnej wędrówce! W „El Eden”, noc kosztuje 10 zł od głowy i tyle samo dwudaniowa kolacja przygotowana przez bezzębnego, acz bardzo miłego pana. Ceny są tu super przystępne, ponieważ kanion Colca nie jest aż tak popularny wśród turystów jak inne atrakcje Peru (sami rozumiecie, nie dowiezie Was tam żaden luksusowy pociąg ani nie znajdziecie tam SPA z masażami, więc spora część ludzi odpada w przedbiegach). Możemy jeszcze dodać, że zmęczeni jak mało kiedy, mielibyśmy duży problem ze wstaniem z łóżka następnego dnia, na szczęście znalazł się pomocny Amigo, który pomógł nam poderwać się w ekspresowym tempie :D A oto, kogo ujrzeliśmy rano na ścianie nad naszymi głowami:

Prosto z Kanionu Colca ruszyliśmy w stronę największej atrakcji turystycznej Peru (a może i nawet całej Ameryki Południowej), jednego z „Nowych 7 Cudów Świata” czyli Machu Picchu. Mówiąc o tym XV-wiecznym inkaskim mieście nie da się pominąć tematu pieniędzy. Nie chodzi o to, że jest drogo. Jest KOSMICZNIE drogo! Peru, w szczególności region Cuzco z całą premedytacja wykorzystuje fakt wielkiej popularności Machu Picchu zdzierając z turystów co się da. Największy problem to transport, bo do samego Machu Pichcu nie ma drogi dojazdowej, są tylko tory kolejowe. A zatem z Cuzco należy dotrzeć pociągiem do miejscowości Aguas Calientes, położnej u stóp Machu Picchu. Stamtąd większość ludzi podjeżdża mini busem do bramy wejściowej. Oto więc koszty przeciętnego odwiedzającego:

– dojazd do i z Aguas Calientes pociągiem: ok. 90 USD (~270 zł)
– nocleg w tanim hotelu Aguas Calientes: 20 soles x 2 noce (~44 zł)
– dojazd z Aguas Calientes do bram Machu Picchu: 8 USD x 2 (48 zł)
– dwa obiady w jednej z tańszych restauracji: 70 soli (~75 zł)
– wstęp do Machu Picchu: 125 soli (~130 zł)
RAZEM: 567 zł

Pytanie czy wszyscy się tu dobrze czują, nasuwa się samoistnie. Są też inne opcje dotarcia do ruin, jak kilkudniowy trekking Szlakiem Inków, ale raczej nie polecamy tego w czasie pory deszczowej (styczeń- najgorszy miesiąc ;) Z tego co widzieliśmy, ceny tej przyjemności zaczynają się od 300 dolców. Warto dodać, że są także lokalne pociągi do Aguas, w normalnych cenach- ale tylko dla rezydentów Peru. Nie martwcie się, dla upartych znajdzie się jednak sposób żeby nie wydać tam całych oszczędności, a do tego zyskać przygodę…

PRZEPIS NA MACHU PICCHU „PO STUDENCKU”

– dojazd do Aguas Calientes: lokalny autobus z Cuzco do Santa Marii (15 soles- za miejsca w jednym z trzech ostatnich rzędów, pozostałe miejsca- 20 soles), który odjeżdża z terminala Santiago; następnie taksówka przez Santa Teresę do Hydroelektryki (15 soles) – w tym miejscu kończy się droga. Z Hydroelektryki ruszamy pięknym szlakiem wzdłuż torów kolejowych, skręcamy w prawo na trzeciej „salida de emergencia”, po przejściu schodków wchodzimy na właściwe tory i skręcamy w lewo- potem już cały czas wzdłuż torów (ok. 2 godziny marszu, za darmo). Całość ok. 65 zł w obie strony.

– nocleg w najtańszym hotelu ok. 15 soles x 2 (~33 zł).

– dotarcie z Aguas Calientes do bram Machu Picchu: za darmo! Piękny godzinny spacer zamiast autobusu za osiem dolców!

– dwa obiady na drugim piętrze lokalnego marketu. Jadają tam głównie miejscowi, przekonanie o tym, że z turystów da się zedrzeć trzy razy więcej jeszcze tu nie dotarło. 2 x 5 soles = ~11 zł.

– bilet wstępu do Machu Picchu z legitymacją studencką ISIC: 63 sole (~67 zł)

RAZEM: 176 zł

Nam udało się zrobić to jeszcze taniej, bo wracając do Cuzco złapaliśmy stopa w Santa Teresie Warto pamiętać, aby zabrać wodę i przekąski typu batony czy ciacha z Cuzco (trzeba mieć coś na ząb, bo droga jest wymagająca), w Aguas wszystko jest raczej przedrożone.

Koniec tematu pieniędzy, w końcu wspomnienia z tej wizyty są bezcenne. Pomimo tych całych szopek z dotarciem do ruin, przyznajemy że warto zobaczyć to miejsce. Przede wszystkim, położenie miasta pomiędzy zielonymi strzelistymi szczytami robi mega wrażenie. Napiszemy tu jeszcze o wejściu na górę Huayna Picchu (co oznacza „młody szczyt”- a Machu Picchu to „stary szczyt”). Górujące nad miastem Huayna (znane tez jako Wayna) to ta sama góra, którą widać zawsze w tle gdy ogląda się zdjęcia stamtąd. Otóż każdy chce tam wejść, ale nie wszystkim się uda, sasasasa :D Na szlak wpuszcza się dwieście osób o godz. 7.00 i kolejne dwieście o 10.00. Biorąc pod uwagę, że dziennie ruiny odwiedza ponad 2000 osób, daje to nie tak wielki odsetek. By się tam dostać trzeba wstać bladym świtem (a właściwie jeszcze w nocy – my wstawaliśmy o 3.50), o 4.45 być przed pierwszą bramą gdzie z dzikim tłumem rusza się na wyścigi o miejsca na szlak na Huayna. Nam się udało – byliśmy w pierwszej setce, głównie dzięki temu, że szlak szacowany na 1h 20min pokonaliśmy w 48 minut :p Widok z góry jest niesamowity, ale chyba tylko w porze suchej (od kwietnia do października), w naszym przypadku trochę deszczu i sporo chmur uniemożliwiło poetyckie uniesienia ;) I tak mieliśmy sporo farta, bo pomimo pory deszczowej, w końcu wyszło słońce i większość zwiedzania przebiegło na sucho.

Wygląda na to, że to ostatni wpis z Peru. Pozdrawiamy serdecznie z Boliwii, gdzie dobry net to cud- w związku z czym nie jesteśmy w stanie wrzucić zdjęć póki co;)

sty
02

Peruwiańskie początki

Posted by Magda i Marcin

Kilka osób życzyło nam na naszym blogu, żebyśmy zdążyli na Sylwestra do Limy. Donosimy więc, że się udało! Mało tego. Nie dość, że dojechaliśmy do Limy i pobieżnie ją zwiedziliśmy, to jeszcze zdążyliśmy się z niej przed Sylwestrem wynieść ;) Ale od początku…

Do Peru wjechaliśmy od północy. Pierwsze zaskoczenie to sama ekwadorsko-peruwiańska granica. Otóż, jeżeli ktoś podobnie jak my, chce załatwić wszystko zgodnie z literą prawa i posiadać pieczątki: wyjazdową z Ekwadoru i wjazdową do Peru, czeka go nie lada spacerek. Ktoś bardzo pomysłowy rozmieścił oba punkty odpraw w odległości (zaledwie) sześciu kilometrów od siebie. Zaskoczenie numer dwa to peruwiański krajobraz. Obserwowaliśmy go z okien autobusu w drodze do Limy i ku naszemu zdziwieniu, północ Peru to jedna wielka pustynia. Mowa tu oczywiście o części kraju leżącej bliżej wybrzeża. Przez dwadzieścia trzy godziny jazdy rzadko można było zaobserwować coś innego niż piasek, kamienie i gdzieniegdzie porozrzucane chaty autochtonów.

Sama Lima, to dziesięciomilionowa metropolia w której można znaleźć zarówno bogate dzielnice turystyczne jak Miraflores (na szczęście ceny hosteli są tu bardzo przystępne!) jak i kłujące biedą w oczy slumsy na północnych krańcach miasta. Uwagę przykuwają zwłaszcza obskurne betonowe kloce bez okien. Centrum historyczne miasta jest za to zadbane i warto spędzić w nim trochę czasu, spacerując leniwie po urokliwych uliczkach. Trzeba być jednak czujnym, zdarzyć się tam może bowiem historia podobna do tej…  Otóż, gdy wracaliśmy sobie z urzędu pocztowego w centrum (swoją drogą ceny znaczków pocztowych to tu istna paranoja) zaczepił nas miły jegomość z synem i krzyczy do nas: Francais?? Nie dziwcie się, to nie pierwszy raz gdy mylą nas z żabojadami. Grzecznie odpowiedzieliśmy:

– No! Polacos!
– Warszawa, Kraków, Katowice? – woła za nami jegomość.
– Poznań! – odpowiadamy, zarazem zdziwieni tym, że ktokolwiek w Peru umie wymienić więcej niż jedno polskie miasto.
– Lech Poznań! Lato, Boniek, Smolarek (tu skończył się wątek piłkarski a zaczął polityczny): Tusk, Kaczyński, Komorowski!
-Bueno! – mówimy, ale to nie był koniec popisów nieznajomego. Wyciągnął z kieszeni magiczną książeczkę (taki mini atlas geograficzny) gdzie najwyraźniej od dłuższego już czasu, notował informację usłyszane od turystów nt. ich państw.
– Warka, Tyskie, Lech, Harnaś, Żywiec – wyrecytował na koniec. Teraz mieliśmy już pewność, że gość wie wszystko co najważniejsze o naszym kraju ;)

Wdaliśmy się z nim w gadkę, gdzie Polska była tematem wiodącym, po czym facet zakomunikował, że ma małą i tanią restaurację nieopodal, i czy może zachcemy wejść i napić się z nim piwa. Temperatura była wysoka a my spragnieni, więc pomysł ten wydał nam się całkiem dobry. Jak się jednak okazało, była to kompletna ściema: knajpa wcale nie była jego, piwo paskudnie drogie, a jak się szybko zorientowaliśmy- to my mieliśmy być sponsorami. Zapewne gość robi to często- zagaduje turystów (ma coś do powiedzenia o każdym kraju), zaprasza ich na piwo, a gdy przychodzi do płacenia, cwaniacko się wymiguje. No cóż, w przypadku poznańskich studentów taka akcja była jednak z góry skazana na porażkę :P Zastanawialiśmy się przez moment czy nie dać mu nauczki i wymknąć się cichaczem nie płacąc nawet za siebie (w końcu to on nas zaprosił), ale nie jesteśmy jednak tacy;) Napiliśmy się, rzuciliśmy kelnerowi odliczone za nas i ruszyliśmy do wyjścia. Oboje- nasz „nowy znajomy” oraz kelner (który ewidentnie był z nim w zmowie) trochę się burzyli, że jak to tak i mamy zapłacić też za jego piwo i pepsi dzieciaka, ale stanowczym „adios” zakończyliśmy temat.  Gość był tam prawdopodobnie bez pieniędzy więc nie wiemy jak za to zapłacił ale mamy nadzieję, że uratowaliśmy w ten sposób od naciągania wielu turystów, zwłaszcza tych z kraju nad Wisłą, bo po tej akcji cwaniaczek prawdopodobnie wykreślił już Polskę ze swojego atlasiku. Jedyne co w tej sytuacji martwi, to rzeczy których ten człowiek uczy swojego syna- ale poza tym mieliśmy niezły ubaw na widok jego zdezorientowanej miny.

Z Limy udaliśmy się do oazy Huacachina nieopodal miejscowości Ica. Słowo oaza pada tu nie bez kozery. Jest to prawdziwa, piaszczysta pustynia z małym oczkiem wodnym pośrodku, wokół którego pobudowało się z czasem trochę hoteli i restauracji. Bardzo urokliwe miejsce które w tej chwili ściąga turystów swoją największą atrakcją: ogromną ilość wydm idealnych do uprawiania sandboardu! Oczywiście my też się skusiliśmy się na ostrą jazdę na dechach i trzeba przyznać, że zabawa jest przednia ;) Poniżej filmik dokumentujący jeden ze stylowych zjazdów:

Pobawiliśmy się w piachu trochę czasu, słońce prażyło niemiłosiernie (co miało znaczenie o tyle, że po wywrotce piasek nieźle parzył!) ale w końcu trzeba było się zbierać – wszak był to Sylwester, a przed wieczorną zabawą warto było spłukać z siebie piasek (tony piasku!). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie Davida z Limy, którego poznaliśmy tego dnia w naszym hotelu, a na zmianę daty wdrapaliśmy się na czubek ogromnej wydmy górującej nad oazą, skąd obserwowaliśmy sztuczne ognie (Peruwiańczycy się nie popisali – pięć minut marnych wystrzałów;)

W Huacachina nie zabawiliśmy długo, następnego dnia rano złapaliśmy autobus do Nazca, gdzie mieliśmy nadzieję obejrzeć słynne w świecie preinkaskie naziemne linie. Linie można oglądać na dwa sposoby: z ziemi (jedna sztuczna wieża widokowa i jedna naturalna) lub z awionetki. Ku własnemu zdziwieniu wybraliśmy opcję naziemną. Mieliśmy zarówno czas jak i odłożone na tę okoliczność pieniądze ale jak pewnie pamiętacie, w przełomie sierpnia i września, spędziliśmy w ciągu trzech dni prawie 24 godziny w samolotach i co tu dużo mówić – oboje nabawiliśmy się awersji do tego środka transportu. Tak długo jak nie musimy wsiadać do samolotu (czyli do naszego lotu z Buenos do Europy;) tak długo nie mamy zamiaru tego robić! :p Wracając jednak do Linii Nazca to trzeba przyznać, że jest to rzecz bardzo interesująca. Gdyby przyjrzeć się liniom z bliska, jawią się one jako wykopane na 3-4 cm rowki, które sprawiają wrażenie jakby nie miały przetrwać do jutra. Ale nic z tego – przetrwały już 2000 lat i przetrwają następne dwa! Dzieje się to za sprawą klimatu panującego na płaskowyżu – jest strasznie sucho, pada ok. 3-4 godziny rocznie (nie, nie dni- godziny!) i cały krajobraz nie zmienia się przez tysiąclecia. Ludzie Nazca dobrze wiedzieli gdzie budować linie i znaki – szacunek dla nich za to!;)