obrazek

Archive for Luty, 2011

lut
27

The End

Posted by Magda i Marcin

No to czas na ostatni wpis. Niełatwo się za niego zabrać, bo piszemy już z domu (trochę to dziwne uczucie siedzieć we własnym pokoju i komunikować się z innymi ludźmi po polsku, ale chyba się przyzwyczaimy;). Ostatnim miejscem, które zobaczyliśmy w czasie tej podróży było Buenos Aires- nie obyło się bez przygód, ale do o tym zaraz.

Buenos Aires przez cztery z pięciu spędzonych tam dni bardzo nam się podobało. Trochę przypomina Nowy Jork, z ogromnymi drapaczami chmur, ale z drugiej strony można znaleźć wiele kolonialnej architektury i miejsc, które mają klimat. My zobaczyliśmy sławny w świecie cmentarz La Recoleta, gdzie jest pochowana Eva Peron (znana jako Evita), dzielnicę La Boca, w której tańczy się tango na ulicach (niestety to tango jest tylko pod turystów i tancerze jak harpie oczekują napiwków w zamian za swój taniec), stadion La Bomboniera- należy do zespołu Boca Juniors, oraz spróbowaliśmy kilku argentyńskich specjałów. Wszystko ładnie, nawet pięknie, po czym piątego dnia o godz. 7.30 stanęliśmy na przystanku autobusowym celem udania się na lotnisko. I tu przestało nam się Buenos podobać. Autobus nie przyjechał na czas, przyjechało za to auto z cwanymi rabusiami którzy ukradli nam mały plecak. Niestety w plecaku były nasze paszporty oraz kilka innych cennych dla nas rzeczy, więc jak się domyślacie z lotu powrotnego nici! Nie chcemy opisywać tej sytuacji, bo prawdę mówiąc wolelibyśmy zapomnieć jak najszybciej- powiemy tylko, że kilka kolejnych dni spędziliśmy na bieganiu po komisariatach, ambasadach oraz szukaniu nowych lotów. Podsumowując… nie, właściwie to nie możemy podsumować, bo wymagałoby to użycia bardzo niecenzuralnych słów w odniesieniu do argentyńskiej policji. Rzecz jasna na żadną pomoc z ich strony nie można liczyć, pewnie są w zmowie ze światkiem przestępczym. Pamiętajcie więc- jedyna metoda to bycie czujnym 24 h/ dobę.

„Dobrą stroną” tej kradzieży jest fakt, że Marcin miał spisane dwustronicowe podsumowanie podróży, które przepadło razem z plecakiem- macie farta, że nie musicie tego czytać;) Ale i tak podamy kilka faktów na temat naszej lucky trip:

– 6 miesięcy w podróży, ok. 22 000 przejechanych kilometrów
– 16 zwiedzonych państw (USA, Kanada, Meksyk, Belize, Gwatemala, Salwador, Honduras, Nikaragua, Kostaryka, Panama, Kolumbia, Ekwador, Peru, Boliwia, Argentyna, Chile), po drodze używaliśmy tylko dwóch języków (angielski i hiszpański)
– 96 złapanych stopów, 10 podróży łajbą, 2 pociągi i 1 lot samolotem (nie licząc tych do i z Ameryki), reszta to obskurne autobusy ;)
– 42 noce spędzone u ludzi z couchsurfingu i hospitality club, 22 noce w namiocie, 6 nocy u ludzi których złapaliśmy na stopa i zaprosili nas na nocleg (dziękujemy!!!!!), 2 noce spędzone w kabinie ciężarówki, reszta w hostelach lub na terminalach obskurnych autobusów ;)
– ranking 3 państw, w których najlepiej się czuliśmy: USA, Meksyk i Ekwador
– najbardziej uprzejmi ludzie: Kanada i Kolumbia
– najgorsze napotkane paskudztwo: karaluchy, w tym jeden LATAJĄCY GIGANT!
– było ekstra, polecamy każdemu, kto rozważa, czy ruszyć w podróż!!!

No to dziękujemy za czytanie stronki i komentowanie- czuliśmy, że nie jesteśmy sami. Nie chcemy nic obiecywać, ale może jeszcze kiedyś ta strona odżyje… ;)

Adios Amigos!

lut
19

Argentyńska wyżerka

Posted by Magda i Marcin

Zanim tu przyjechaliśmy, myśląc o argentyńskiej kuchni spodziewaliśmy się dużych ilości mięsa… i okazało się to prawdą;) Beef is king here! Ale wbrew pozorom, w całym kraju można także znaleźć coś pysznego i zarazem bezmięsnego. Oczywiście oprócz mięsa, Maradony i tanga, Argentyna słynie także z wina- ale o tym trunku za wiele byłoby do pisania zresztą żadni z nas kiperzy, więc ten temat pomijamy.

1. Yerba Mate!
Musi się znaleźć na pierwszym miejscu, bo piją ją namiętnie wszyscy Argentyńczycy, od małych dzieci po starszych ludzi. Nieodłącznym elementem każdej podróży jest tu termos z gorącą wodą- choć słyszeliśmy, że można pić także z zimną- oraz kubeczek do mate i bombilla (specjalna słomka do picia yerby). Zgodnie z tradycją, z jednej słomki pociągają wszyscy po kolei ;)

2. Carne Asado

Być w Argentynie i nie spróbować carne asado to poważne zaniedbanie. To też spróbowaliśmy (tzn. połowa z nas) ale trzeba przyznać, że jak na produkt z którego Argentyna słynie, ten stek aż tak nie zachwycił ;-) Mięso było dobre, a na co należy zwrócić największą uwagę to wielkość porcji – były po prostu przeogromne!

3. Milanesa

Kotlet z kurczaka lub z wołowiny (najczęściej jednak z wołowiny) serwowany w bułce – taki sandwich tyle, że ogromnym kawałem mięcha w środku. Milanesę podaje się jednak na różne sposoby, np. Milanesa Neapolitana to wołowina z serem, pomidorem i… szynką.

4. Pizza i Empanadas

Generalnie w Argentynie można znaleźć wiele nawiązań do włoskich potraw, na przykład pizzerie znajdują się na każdym rogu ;) Empanadas widywaliśmy już wcześniej w Peru i Boliwii ale te argentyńskie zdecydowanie smakują najlepiej. Są to ciacha nadziewane mięsem, warzywami, serem lub mixem tych składników. Niekiedy można na ulicy natrafić na szyld „Solo Empanadas” (Tylko empanady) i w takim lokalu dostaje się listę wielu nadzień do wyboru, na kartce zaznacza się ilość sztuk którą zamierza się skonsumować i wtedy pozostaje poczekać kilka minut aż wybrane przez nas empanady wyjadą z pieca. Pycha!

5. Alfajores

Uwaga – silnie uzależniające! Alfajory to nic wysublimowanego – po prosto ciastko z nadzieniem, ale nie wiedzieć czemu są tak smaczne, że gdy raz je spróbujesz to już zawsze będziesz chciał je jeść. Co do nadzienia, to w klasycznym wydaniu jest to tzw. Dulce de Leche (patrz punkt niżej) ale da się znaleźć także afajory o innym smaku, np. owoców lasu. W każdym razie alfajory są super słodkie i super smaczne. Tylko czekamy kiedy będzie można dostać je w Polsce.

6. Dulce de Leche

Skład jest bardzo prosty: mleko i cukier. Przypomina karmel, ale naszym zdaniem to jednak niej jest karmel, tylko po prostu dulce de leche;P

lut
15

Na koniec świata i kapkę dalej!

Posted by Magda i Marcin

Uwaga, proszę o fanfary! Mamy przyjemność zawiadomić, że misja została wykonana. W końcu, po ponad 5 miesiącach łazęgi, przeżyciu alaskańskich mrozów i środkowoamerykańskich wilgotnych upałów, po napotkaniu niedźwiedzi grizzly, bizonów, jaskrawozielonych węży i największych na świecie LATAJĄCYCH karaluchów, po wdrapywaniu się na wulkany, złażeniu do dna kanionu, po spenetrowaniu gwatemalskich jaskiń i belizejskiej dżungli, po zatruciu pokarmowym w Meksyku, przedarciu się przez kolumbijskie Andy, przekroczeniu równika w Ekwadorze oraz 15 stref czasowych, wreszcie po starciu z boliwijskimi kelnerami i argentyńską ciągnącą się w nieskończoność pampą, po tych wszystkich bardzo fajnych i tylko fajnych przygodach, postawiliśmy wreszcie TEN krok. Nic nie znaczący dla ogółu ludzkości, ale jakże wielki dla nas;) A zatem, 8 lutego bieżącego roku stanęliśmy u celu, czyli na Końcu Świata! Dobra koniec patosu, to tylko chwyt marketingowy :P Ushuaia nie jest wcale na końcu świata, bo:

1. Istnieje miasto wysunięte jeszcze bardziej na południe, czyli chilijskie Puerto Williams.
2. Przecież Ziemia jest okrągła więc o jakim końcu w ogóle tu mówimy? ;)

W każdym razie byliśmy tam, co więcej spłukaliśmy się nieźle na wycieczkę na pingwiny (w tym celu wydaliśmy forsę przeznaczoną na powrót autobusem do Buenos, co oznaczało konieczność łapania stopa w drodze powrotnej) i absolutnie nie żałujemy! Widzieliśmy kolonię kormoranów, lwów morskich (super) i pingwiny Magellanskie oraz Białobrewe (super razy milion). Pingwiny wskakują na pozycję numer jeden wśród wszystkich ptaków które widzieliśmy w czasie tej podróży. Nie mogliśmy się oprzeć i nakręciliśmy kilka filmików, nie jest to jakość HD ale i tak zapraszamy do obejrzenia. Polecamy zwłaszcza filmik Pingwiny 2- w rolach głównych nasi faworyci, czyli pingwin zszokowany widokiem ludzi i pingwin zaspany.

W drodze na Isla Pinguinera, minęliśmy latarnię morską która wyznacza symboliczny Koniec Świata (tak twierdzą Argentyńczycy), czyli suma summarum byliśmy za tym całym końcem. Z innych atrakcji dostępnych w Ushuaia, można wspomnieć o wycieczce na Antarktydę (skromne 3 tys dolarów za najtańszą z nich ;) lub na Przylądek Horn.

Kolejna ważna rzeczy o której musimy napisać, to fakt, że na południu Argentyny zaczęliśmy spotykać Polaków- był to z początku niezły szok, bo przez resztę podróży trafiliśmy na naszych rodaków może ze 3 razy, ale w Patagonii stało się to normą. Tu gorące pozdrowienia dla Magdy i Asi, które trafiliśmy w 4 różnych miejscach! Fajnie było, w końcu tak jak ze swoimi, z nikim wieczoru nie spędzisz;)

Z Ushuaia zawinęliśmy się szybko, wiedząc że musimy łapać stopa i przede wszystkim wiedząc, że w Argentynie autostop to nie taka łatwa sprawa. Mimo wszystko prowincja Tierra del Fuego (Ziemia Ognista) zaskoczyła nas pozytywnie i całkiem wartko dostaliśmy się do Rio Gallegos (to już na stałym lądzie, za Cieśniną Magellańską) skąd mogliśmy już wziąć autobus do Buenos Aires (jedyne 42 godzinki na czterech literach;). Dawno już nie wspominaliśmy o przekraczaniu granic, więc tym razem kilka słów o kuriozum które funduje chilijska granica. Otóż, część wyspy Tierra del Fuego należy do Chile i trzeba ten kraj przekroczyć aby dostać się z Argentyny do Ushuaia (też w Argentynie). Na granicy niezłe szopki;) Zarekwirowali nam dwa pomidory, bowiem stanowiły one poważne zagrożenie dla chilijskiego ekosystemu (dla naszych żołądków nie stanowiłyby żadnego zagrożenia, ale nie mieliśmy nic do gadania przy surowych celnikach). Próbę przeszmuglowania do Chile argentyńskiego miodu również traktuje się co najmniej jak napad z bronią w ręku, uważajcie więc co macie w plecakach i szykujcie miejsce w paszporcie… Otóż, dojazd i powrót z Ushuaia drogą inną niż lotniczą = 8 nowych pieczątek: wyjazdowa z Argentyny, wjazdowa do Chile, wyjazdowa z Chile, wjazdowa do Argentyny oraz to samo w drodze powrotnej. Wszystko razem wzięte jest tak niedorzeczne, że aż śmieszne ;)

No to tyle wieści z frontu, ale nie cieszcie się, nie macie nas jeszcze z głowy! Przed nami ostatnie kilka dni w Buenos Aires, gdzie czekamy sobie na lot powrotny więc czeka Was jeszcze jakaś relacja… Hasta pronto!

P.S. Quiz o ptakach wygrał Wojtek (nadesłał odpowiedzi jako pierwszy), ale na wyróżnienie zasługuje Lissek za kreatywność w odpowiedziach ;) oraz Łuki za precyzję i łacińskie nazwy. Gratulujemy! A rozwiązaniei to: Ibis Maskowy, Flaming Chilijski, Dzięcioł Chilijski, Dzięcioł Magellański, Karakara, Drozd Falklandzki i Nandu.

lut
07

Parque Nacional Los Glaciares

Posted by Magda i Marcin

W poprzednim wpisie obiecaliśmy zrobić dwie rzeczy: wdrapać się na lodowiec Perito Moreno i pójść na trekking w Parku Narodowym Los Glaciares. Musimy przyznać, że wykonaliśmy tylko jedną z tych misji, czyli przez cztery dni wędrowaliśmy po parku. Przeprosiliśmy się przy tej okazji z naszym namiotem, którego nie używaliśmy od dawna, bo aż od Salwadoru. Jeżeli chodzi o słynny Perito Moreno, to dopisujemy go do listy rzeczy, które trzeba zrobić na emeryturze. Niestety nie ma możliwości dotrzeć tam w żaden ciekawy sposób (duże grupy ludzi zawozi się pod lodowiec taksówkami / autobusami, potem przesadza się na statek skąd można popatrzeć na lodowiec), również wejście na lód jest całkowicie kontrolowane przez jedną firmę, więc postanowiliśmy zobaczyć dwa inne (choć nie tak znane) lodowce na północy parku zaliczając po drodze piękną wędrówkę.

Dotarliśmy więc do miejscowości El Chalten, którą Argentyńczycy nazywają „narodową stolicą trekkingu”. Rzeczywiście, jak na argentyńskie warunki jest gdzie chodzić, ale ktoś kto przywykł do wędrówek po polskich górach, może się uśmiechnąć pod nosem ;-) Otóż wszystkie ścieżki w Parku można zejść w 5-6 dni (dla porównania polski Główny Szlak Beskidzki pokonuje się średnio w ok. 20 dni, a to przecież tylko jeden ze szlaków!). Z drugiej strony nie ma się co dziwić – lwią cześć Parku zajmują tereny po których chodzić się nie da (lodowce czy górskie szczyty dostępne tylko dla najbardziej doświadczonych wspinaczy), ponadto widać, że dużo się tu robi dla lokalnej flory i fauny i może to także jest powód dla którego sieć szlaków nie jest przesadnie rozbudowana.

W każdym razie, zaraz po dotarciu do El Chalten ruszyliśmy z naszymi odchudzonymi plecakami i namiotem prosto w patagońskie góry. Nad okolicą dostojnie góruje Fitz Roy, czyli Mekka wspinaczy i ich niedościgniony cel (z tego co wiemy wdrapuje się tam tylko 10 osób rocznie a wypadki śmiertelne nie należą do rzadkości). Rzeczywiście, góra robi wrażenie a na samą myśl o tym, że można chcieć tam wejść człowiek dostaje gęsiej skórki. My wybraliśmy mniej szalone warianty ale i tak czujemy się zupełnie nasyceni tym czterodniowym łażeniem. W końcu widoki zapierające dech w piersiach, duże ilości ptactwa (w dodatku bardzo zuchwałego, jakby zupełnie nie bały się ludzi), polodowcowe rzeki i jeziora o najpiękniejszym kolorze na świecie (czyli turkusowym- taki sam kolor miały rzeki i oceaniczne zatoki w Haines na Alasce) i oczywiście same lodowce. Jak już wyżej wspomnieliśmy, wróciliśmy do biwakowania; palnik, butla z gazem, żarcie z puszek – byłoby super, tyle że zimne noce dały nam w kość! W końcu spaliśmy w bliskim sąsiedztwie lodowców, a drugiej nocy na okolicznych szczytach pojawił się nawet świeży śnieg. Warto było jednak to przetrwać choćby po to by móc usłyszeć w nocy potężny łoskot, który oznajmiał, że część lodowca odłamała się i wpadła do pobliskiego jeziora. Jeśli chodzi o lokalną zwierzynę, to w Parku grasuje paru przyjemniaczków, których bardzo chcieliśmy zobaczyć – na czele tej listy była puma, skunks czy huemul, czyli parzystokopytny endemit (występuje tylko w Patagonii – zarówno w Chile jak i Argentynie). Niestety, zwierzaki nie są takie głupie i w sezonie nie trzymają się blisko szlaków. Ze ssaków trafiliśmy tylko lisa (zorro colorado), natomiast jeśli chodzi o ptaki to… I oto nadciąga drugi quiz! ;-) Do 15.02. czekamy na rozwiązanie zagadki: jaki to ptak? Do odgadnięcia siedem ptaków (tu trzeba się pochwalić, że wszystkie widzieliśmy;). Zatem, kto pierwszy ten lepszy! Acha, nagrodą będzie mały gadżet prosto z Buenos Aires :D

lut
01

4863 kilometry dalej

Posted by Magda i Marcin

No właśnie, taki dystans przemierzyliśmy od czasu ostatniego wpisu. Gdyby ktoś pytał jak się mamy, to mamy raczej dość ;) Już nawet nie chce nam się liczyć ile godzin wysiedzieliśmy w przeróżnych środkach transportu. Doszły nas słuchy, że wpisy są „kapkę za długie”, więc tym razem krótko i do rzeczy!

Z Boliwii dotoczyliśmy się (w dosłownym tego słowa znaczeniu) jakoś do Argentyny nocnym busem z Sucre. Trafiliśmy do Oran, czyli miejscowości słynącej dokładnie z niczego- ale sytuacja zmusiła nas do przekoczowania tam dwóch dni, w czasie których podjęliśmy dwie bezskuteczne próby łapania stopa. W Oranie dopadł nas kryzys psychiczny;) i zwątpiliśmy przez moment czy uda nam się dotrzeć do celu, czyli Ziemi Ognistej. Wygląda na to, że autostop w Argentynie nie funkcjonuje zbyt dobrze, mamy wrażenie że oni nie do końca wiedzą (lub nie chcą wiedzieć?) o co chodzi tym ludziom z wyciągniętymi kciukami. W końcu nie zważając na cenę, kupiliśmy bilety autobusowe do Rosario, gdzie czekały na nas przysłane z domu buty trekkingowe oraz Anahi, nasza gospodyni z couchsurfingu, u której zatrzymaliśmy się na kolejne dwa dni. Rosario to świetne miasto, gdzie można trochę wyluzować. Rzeka Parana, mnóstwo parków i terenów zielonych, pyszne empanadas, a do tego to miejsce narodzin Che Guevary- nie omieszkaliśmy obejrzeć budynku w którym się urodził. Spróbowaliśmy pierwszy raz yerba mate (ale na pewno nie ostatni bo w Argentynie pije się ją zawsze i wszędzie), a także kilku typowych argentyńskich przysmaków, które opiszemy w swoim czasie.

Z Rosario ruszyliśmy pociągiem na południe, z krótkim przystankiem w Buenos Aires. Po jakimś czasie linia kolejowa się skończyła i ponownie musieliśmy zasiąść w autobusie (bagatela 24-godzinnym) do Rio Gallegos. Stamtąd wzięliśmy już ostatni bus do El Calafate, no i jesteśmy sobie teraz w Patagonii. No, tak prawdę mówiąc Patagonia zaczęła się już kilka tys. kilometrów wcześniej, ale początkowy widok argentyńskiej pampy był dość jednostajny. Cały czas płasko i dużo trawy, czasem tylko na drogę wybiegały jakieś guanacas (argentyńskie skrzyżowanie lamy z sarną), ogółem NUDA!

Plan na najbliższe kilka dni to trekking w Parku Narodowym Los Glaciares, mamy nadzieję na lepsze (dużo lepsze!) widoki, a także że uda nam się wejść na lodowiec Perito Moreno. Trzymajcie kciuki!

P.S. Nie robiliśmy zbyt wielu zdjęć w ciągu ostatniego tygodnia, więc zamiast galerii wrzucamy tu fotki z Che na osłodę ;)