obrazek
микрозаймы на карту за 5 минут без проверки кредитной истории
wrz
30

Gorące piaski Arizony

Posted by Magda i Marcin

Na czym to ostatnio stanęło…? Acha! Yellowstone. Od ostatniego wpisu wydarzyło się sporo. Ale po kolei. Wyjechaliśmy z Idaho Falls, od naszego hosta – Mormona o skandynawskich korzeniach w zeszły czwartek. Jak? Ano ciężarówką prowadzoną przez naturalizowanego Amerykanina z Salwadoru. Z nim jechaliśmy dwa dni, by w końcu spędzić noc w miejscowości Provo, w motelu prowadzonym przez parę Hindusów. Dzień później złapaliśmy stopa bezpośrednio do Vegas z miłą amerykanką, która lubiła od czasu do czasu wspomnieć o swym chłopaku – Kolumbijczyku. Tak… bez dwóch zdań jesteśmy w Stanach.

Sytuacja (a konkretnie 6 pasmowe drogi interstanowe) zmusiła nas do ponownego wynajęcia samochodu. Łapanie stopa w tych rejonach graniczy z cudem, zatem odebraliśmy autko na lotnisku w Vegas i ruszyliśmy na podbój Wielkiego Kanionu. Pech chciał, że nie mieli już zamówionego przez nas auta w klasie ekonomicznej, więc dostał nam się całkiem sympatyczny Dodge Caliber (w tej samej cenie rzecz jasna:)! Z własnym samochodem ma się znacznie większe możliwości, zatem obejrzeliśmy kanion od południa i od północy, możemy teraz nazwać się prawdziwymi specami od tej części Stanów. Zwiedziliśmy także Zaporę Hoover’a, historyczną Route 66, rezerwat Indian Navajo oraz Most Navajo nad rzeką Colorado. Co do Kanionu- wart jest każdego z 25 dolców wydanych na wstęp. Widoki zapierają dech w piersiach, ale trudno to opisać. Po prostu warto zobaczyć na własne oczy. Oczywiście nie obyło się bez niespodzianek- myśleliśmy, że zostawiając daleko za sobą brązowe i czarne niedźwiedzie możemy odetchnąć z ulgą, a tu jednak… lwy górskie w Wielkim Kanionie ;) Niestety (a może stety) żadnego z nich nie zauważyliśmy, w przeciwieństwie do stada Kondorów Kalifornijskich oraz innych wielkich ptaszysk. Odwiedzając Kanion można skusić się na wyprawę do jego dna i z powrotem, ale niestety nie starczyło na to czasu. Jest to niemałe wyzwanie, z powodu panujących tu upałów (temperatura dochodzi do 40′ C) i konieczności zarezerwowania campingu na dole z 13- miesięcznym (!) wyprzedzeniem. Cóż, 13 miesięcy temu nie przypuszczaliśmy, że nas tu poniesie ;) Może następnym razem! Ostatnia rzecz, którą chcieliśmy opisać będzie w nieco bardziej poważnym tonie. Otóż, nie tak wyobrażaliśmy sobie rezerwat Indian. Gdzie totemy, przepaski biodrowe, tańce plemienne wokół ogniska? Zamiast tego można tu kupić badziewną biżuterię ‚made in China’ sprzedawaną jako wyroby rdzennych mieszkańców Ameryki na przydrożnych bazarach. Dodajmy, sprzedawaną przez tych Indian, którzy nie leżą akurat zalani gdzieś na spękanej słońcem ziemi Arizony. Smutne, co z tymi ludźmi zrobiła cywilizacja białego człowieka.

God Bless America!

  1. Pablo Said,

    Niespodzianka na koncie od kolegów i koleżanek z Imperial Tobacco Polska :)

  2. Iza Said,

    W końcu udało mi się dotrzeć do Waszego bloga! :) Rzecz jasna przeczytałam już wszystkie posty i jestem pod takim wrażeniem, że muszę porządnie odetchnąć nim dorwę się do zdjęć, żeby czasem nie zaaplikować sobie jakiegoś szoku, zawału czy innego cholerstwa. Gratuluję i zazdroszczę, albo raczej zazdroszczę, zazdroszczę i gratuluję! Trzymam za Was kciuki! Obiecuję śledzić ten American Dream na bieżąco. Pozdrawiam, I. :)

Add A Comment