obrazek
микрозаймы на карту за 5 минут без проверки кредитной истории
lis
19

Jaskinia, wulkan i jezioro

Posted by Magda i Marcin

Prosto z Tikala, o którym pisaliśmy ostatnim razem, pojechaliśmy do miasta Coban w środkowej części Gwatemali. Coban sam w sobie nie zachwyca- podobno bywa także niebezpieczny, jednak wokół miasta jest kilka atrakcji do których warto się udać. Spośród nich wybraliśmy jaskinię Lanquin. Już droga do jaskini stanowi atrakcję samą w sobie – teren mocno górzysty, prędkości niskie lub bardzo niskie, a w trakcie jazdy można obserwować targowisko urządzone na środku głównej drogi w miejscowości Pajal. Sama jaskinia jak to jaskinia jest ciemna, wilgotna i strasznie w niej duszno. Zwiedzenie całości zajmuje około godziny. Pewnie gdybyśmy nie byli takimi geologicznymi laikami moglibyśmy napisać więcej, póki co możemy zrelacjonować jedynie, że niektóre formacje skalne były całkiem fajne ;)

Po miłym, dwudniowym pobycie w Coban, opuściliśmy mieszkanie naszych niemieckich gospodarzy i ruszyliśmy w kierunku najwyższego wierzchołka Ameryki Środkowej – wulkanu Tajumulco (4220 m.n.p.m.). Trudno było odszukać w Internecie dokładne wskazówki dotyczące zdobycia tej góry, jednak to co jest w sieci połączone z informacją od kilku autochtonów wystarczyło, by o 7.10 rano znaleźć się na początku właściwego szlaku na szczyt (startuje się z ok. 3000 m.n.p.m.). Pierwsza godzina to szeroka droga pnąca się dość łagodnie ale permanentnie w górę. Po tym czasie trzeba wytężyć wzrok i szukać ścieżki, co nie jest wcale takie łatwe, gdyż w tej okolicy występuje zjawisko tzw. inwersji termicznej. Oznacza to tyle, że zimno jest na dole a na górze ciepło. Inwersja sprawia także, że początek szlaku to ciągłe zachmurzenie i trudno jest złapać azymut na szczyt, gdyż ten jest przez większość czasu niewidoczny. Zdecydowanym plusem tego zjawiska jest możliwość podziwiania z wierzchołka góry widoku „morza chmur” pod stopami – bajka! Mamy nadzieję, że zdjęcia to oddają. Droga na szczyt i z powrotem zajęła nam ok. 6 godzin – całkiem niezła przechadzka po ponad dwóch miesiącach spędzonych na czterech literach w różnych środkach transportu. O tak, byliśmy zmęczeni…

Po zdobyciu Tajumulco przyszedł czas na zasłużony relaks. Wracając z wulkanu spotkaliśmy izraelsko-niemieckie małżeństwo, które poleciło nam hotel San Francisco w miejscowości San Pedro La Laguna, nad brzegiem popularnego wśród turystów jeziora Atitlan. Co tu dużo mówić – był to strzał w dziesiątkę! Hotel tani jak barszcz (ok. 6.5 zł za noc za osobę), pokój z łazienką, widokiem na jezioro, Internetem który czasem dało się złapać i możliwością zrobienia prania. Czego chcieć więcej? Mało tego, w hotelu był tylko jeden karaluch! Z relaksu wyszło tyle, że drugiego dnia pobytu nad jeziorem wynajęliśmy kajak – planowaliśmy płynąć do miejscowości San Marcos ale po półtorej godziny byliśmy wciąż daleko od brzegu, więc zawróciliśmy i w drodze powrotnej płynęliśmy niespiesznie obserwując z kajaka nadbrzeżne zabudowania i ptactwo. Jak się później okazało popłynęliśmy nie w tym kierunku co trzeba ;)

W międzyczasie umówiliśmy się z naszym kolegą z Florydy- Kyle’m i następnego dnia udaliśmy się wspólnie do San Marcos, tym razem łodzią motorową. San Marcos słynie z wielu centrów medytacji, jogi i tym podobnych. Całkiem ładne miejsce, my jednak popędziliśmy wprost do okolicznej atrakcji, to jest ok. 10 metrowej platformy do skoków do wody. Obecnie stan jeziora jest o 2 metry wyższy niż zwykle więc na śmiałków czeka bagatela 8 metrów lotu :D Kyle postawił sobie za punkt honoru namówić któreś z nas na skok z tej wysokości. Nie było łatwo ale udała mu się ta sztuka. Ofiarą padłem ja (Marcin). Zgodnie jednak z deklaracją złożoną tuż po skoku, był to pierwszy i ostatni raz. Nigdy więcej!!… (było genialnie!).

  1. Brat Wojciech Said,

    Bardzo ładne miejsca odwiedzacie.

Add A Comment