obrazek
микрозаймы на карту за 5 минут без проверки кредитной истории
gru
26

Mitad del Mundo, czyli śniadanie na równiku :)

Posted by Magda i Marcin

Po rozstaniu z Kolumbią, przyszedł czas także na rozstanie z półkulą północną. Z Ipiales ruszyliśmy do Quito, stolicy Ekwadoru- co więcej, postanowiliśmy powrócić do łapania stopa. Ups, to znaczy… no dobra, musimy się przyznać, że od Gwatemali często i gęsto zdradzamy autostop. Zaczęło się od tego, że te wszystkie gwatemalskie, salwadorskie, honduraskie i nikaragujskie chickenbusy były kosmicznie tanie (no i jaki klimat w nich panuje;) i tak jakoś sobie nimi jeździliśmy. W Kostaryce, Panamie i Kolumbii autobusy zrobiły się bardziej cywilizowane, niestety podobnie jak i ceny- próbowaliśmy więc znów szczęścia z wystawionym kciukiem, ale chyba po tej przerwie zrobiliśmy się mniej cierpliwi, a może to kwestia tego, że ludzie są w tych krajach raczej nieufni w stosunku do autostopowiczów (zupełnie inaczej niż w Stanach czy Meksyku!!!)… Zmierzając zatem do sedna, możemy policzyć na jednej ręce liczbę złapanych w ostatnim czasie stopów. Opuszczając Kolumbię, powiedzieliśmy jednak „Basta!” i zaraz po przekroczeniu granicy, wyszliśmy znów na drogę. Los chyba postanowił nas wynagrodzić i raz dwa zatrzymał się ekwadorski pogranicznik, który podrzucił nas do autostrady panamerykańskiej prowadzącej do Quito. Tam również mieliśmy szczęście, po około pół godzinie zatrzymała się Skoda Octavia z wesołą kolumbijsko- ekwadorską rodzinką w środku, jadącą właśnie do Quito. Zapytali nas czy przypadkiem nie szmuglujemy dragów, a nasze oburzone: „nie!!!” skwitowali wybuchem radości, więc szybko załadowaliśmy się do auta.

Jazda od samego początku była bardzo wesoła. Dlaczego? W oczach policjantów i żołnierzy z granicznej kontroli antynarkotykowej, duże czarne auto z przedstawicielami 3 różnych nacji (w tym jedna osoba ze „szczególnie podejrzanej” Kolumbii) okazało się być idealnym celem. Zatrzymali nas na prawie godzinę, przepytywali ze wszystkiego, sprawdzili zawartość bagaży, a nawet rozkręcili tylną kanapę i bagażnik! Co za emocje, poczuliśmy się prawie jak Bonnie i Clyde! ;P Ostatecznie jednak nic nie znaleźli, więc trochę rozbawieni całą sytuacją ruszyliśmy dalej. Jak się okazało, „nasza” rodzinka lubiła sobie dobrze podjeść i zaprosiła nas na bardzo smaczną rybę (zamiennie na wegetariańskie ziemniaki z ekwadorskim serem i prażoną kukurydzą), do knajpki nad jeziorem leżącym w połowie drogi do Quito. Zaraz potem zatrzymaliśmy się w piekarni, następnie cukierni (w tym miejscu nasze skurczone ostatnimi czasy żołądki błagały o litość;), a ostatecznie Nuvia, Duverney i Edilson zaprosili nas na kolację do ich rodzinnego domu. Choć słowo „zaprosili” nie jest tu najodpowiedniejsze, bo oni po prostu nas tam zawieźli, nie przyjmując do wiadomości żadnych protestów ;) Kolacja okazała się wielką porcją rosołu, ryżem z sałatką, smażonym jajem i serem oraz słodkim chlebem i „agua de panela con leche” czyli słodkim napojem, przygotowanym z trzciny cukrowej i mleka. To nie koniec historii, bowiem zaprosili nas także na nocleg oraz gigantyczne śniadanie dnia następnego. Dzień później, obżarci do granic możliwości pożegnaliśmy naszych gospodarzy i udaliśmy się do hostelu, aby ze spokojem to wszystko strawić.

Stolica Ekwadoru przywitała nas paskudną pogodą, centrum zwiedzaliśmy w deszczu, ale mieliśmy czuja żeby przeczekać jeden dzień z wycieczką na równik (tak właściwie samo Quito leży już na półkuli południowej, równik znajduje się ok 20 km na północ od centrum miasta) i to był świetny pomysł! Kolejnego poranka, w pięknym słońcu udaliśmy się na Mitad del Mundo (hiszp. środek świata). Znajdują się tam dwa równiki (tak, wiemy że głupio to brzmi;). Po prostu oficjalne państwowe muzeum z wielkim monumentem leży ok 240 metrów od prawdziwego równika. Drugie- indiańskie muzeum Intiñan, znajduje się dokładnie na równiku, co potwierdzają wyliczenia GPS i szereg doświadczeń fizycznych, które są tam przeprowadzane. Całkiem ciekawsko! Przy tej okazji musimy nadmienić, że na półkuli południowej woda w ubikacji spłukuje się w przeciwnym kierunku niż u nas- wiedzieliście o tym? ;p Robiliśmy także inne eksperymenty:

– Siłowanie się. Jedna osoba „zwiera” z całej siły palec wskazujący i kciuk (tak jakby się pokazywało że jest OK), a druga próbuje je rozewrzeć. Stojąc poza linią jest to bardzo trudne, nawet przy słabszej osobie, natomiast stojąc idealnie na linii równika nikt nie ma szans utrzymać zwartych palców. Tłumaczą to grawitacją, czy czymś takim ;)

– Spacerek z zamkniętymi oczami po równiku. Nawet z zamkniętymi oczami nie ma problemu żeby iść idealnie po linii i utrzymać równowagę- powodem są tajemne moce napływające z obu półkul!

– Stawianie jajka na gwoździu. Nam się nie udało, a szkoda bo można było dostać certyfikat, ale możemy potwierdzić- jajko rzeczywiście stoi.

Muzeum było zatem wyjątkowo ciekawe jak na muzeum, tym bardziej że mieli tam także lamy, których jesteśmy wielkimi fanami. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że nie odmówiliśmy sobie śniadania (prawie) na równiku, które było gigantyczne jak wszystkie posiłki w Ekwadorze. To chyba pierwszy kraj na naszej drodze, w którym codziennie jesteśmy naprawdę najedzeni- jedzenie jest tanie i jest go dużo (a do tego smaczne ). Poniżej potwierdzenie naszych słów, oto jak wygląda przykładowe ekwadorskie śniadanie:

Kolejnym przystankiem po Quito była Riobamba. Miejsce ciekawe z powodu możliwości przejechania się na dachu lokalnego pociągu do drugiej miejscowości- Alausi, pokonując po drodze Nariz del Diablo, czyli diabelski nos. Jest to skała uformowana tak, że pociąg musi wykonać niezłe ewolucje aby tam przejechać. Niestety nic nie wyszło z tego planu, bo od czasu pewnego wypadku (podobno dwóch Japończyków straciło głowy- dosłownie- w czasie tej podróży) jazda na dachu została zakazana, później zlikwidowali pociągi i wprowadzili szynobusy, a na dodatek w tym momencie, najciekawszy „diabelski” odcinek trasy jest remontowany, więc cała ta zabawa nie ma dla nas większego sensu. Ostatecznie zatem, tylko przenocowaliśmy w Riobambie i udaliśmy się dalej- przez Lago de Colta (Kacze Jezioro) i najstarszy kościół w Ekwadorze, największe inkaskie ruiny w tym kraju, czyli Ingapirca (bez szału!) aż do miejscowości Cuenca, gdzie spędziliśmy Wigilię.

Co do Wigilii, napiszemy nieskromnie, że przygotowaliśmy wypasioną kolację dla wszystkich gości hostelu i wygląda na to, że smakowało! Nie było tak łatwo, z powodu braku pewnych składników, za którymi bezskutecznie biegaliśmy po miejscowych targowiskach i marketach, ale potrzeba jest matką wynalazków, daliśmy więc radę nawet z barszczem. Przed jedzeniem złożyliśmy sobie wzajemnie życzenia, każdy w swoim języku (a mieliśmy tam cztery różne) co brzmiało bardzo interesująco. Pasterki nie było, ale w zamian za to obejrzeliśmy ogromną tradycyjną dla miasta Cuenca paradę dzieci przebranych za chyba wszystko co istnieje, od postaci z szopki bożonarodzeniowej, po indian, klaunów, księżniczki, świętych mikołajów oraz w dzieciaki w tradycyjnych ekwadorskich strojach. Parada ta nosi nazwę Niños Viajeros, co oznacza „dziecięcych podróżników” i wygląda bardzo kolorowo (zastanawiamy się tylko skąd oni wzięli tyle dzieci w tak niewielkim mieście;).

Wygląda na to, że to pierwszy i ostatni wpis z Ekwadoru, bo jutro ruszamy do Peru. Trochę nam szkoda, bo zdecydowanie ten kraj zasługuje na dłuższą wizytę! Niewielki, ale za to niesamowicie różnorodny- od wysp Galapagos, przez wybrzeże z pięknymi plażami, dalej Andy, a w końcu dżungla amazońska. Należałoby zwiedzić Ekwador raczej w kierunku wschód- zachód, a nie tylko od północy na południe. Lista miejsc, do których chcemy wrócić w mniej lub bardziej odległej przyszłości coraz bardziej się wydłuża! Na zakończenie informacja- łącze internetowe jest tu wyjątkowo do… niczego, więc nie podejmujemy się próby wrzucenia zdjęć. Postaramy się zrobić to wartko, a póki co żegnamy się, życząc wszystkim wesołych ostatnich świątecznych chwil oraz szampańskiego ostatniego wieczoru w roku! ;)

  1. Brat Wojciech Said,

    Cześć załoga! Udanego Sylwestra w Limie wam życzymy.
    Cieszcie się, że omija was zima w Polsce, która jest i zapowiada się długa, szara i ponura :)
    Pozdrawiamy!

  2. Zosia Said,

    Eeee, nie….ściemniacie z tymi eksperymentami na równiku…

  3. Gosia M. Said,

    fajnie że barszcz wam wyszedł! :P wesołych :)

  4. sittinghenpoland Said,

    Co kryję się pod „wypasiona kolacja”, jakie dania? Oprócz barszczu oczywiście. Niesamowite te międzykontynentalne bożonarodzeniowe życzenia.

  5. Grey_wolf Said,

    Barszcz…? fujjj zamiast się obżerać zdjęcia wrzucać :) Pozdrowienia od Mx4

  6. skwara Said,

    Że woda się spłukuje na odwrót wiedziałam, ale o reszcie w życiu :D! A zima w Polsce wcale nie jest ponura (jest zimna, ale śliczna i biała!)

  7. holw Said,

    taa ;] szczególnie jak jeździsz samochodem :p

Add A Comment