obrazek
paź
31

Our door is always open

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Trzy lata z okładem minęły od ostatniego wpisu na Lucky Trip. Szmat czasu, a byłoby w sumie o czym pisać od zamieszczenia ostatniej notki. Bo niekiedy wspólnie a czasem osobno, odwiedziliśmy od tego momentu łącznie prawie dwadzieścia państw (sam się zdziwiłem gdy się doliczyłem) i poznaliśmy kilka nowych regionów Polski. Dlaczego zatem nic nowego nie pojawiało się na blogu? Cóż, chyba jedyne wytłumaczenie jest takie, że nie wydarzyło się w międzyczasie nic na tyle spektakularnego, by w naszej ocenie załapało się na publikację dla szerszego grona :)

Może nadszedł czas by znowu zacząć zamieszczać tu jakieś treści. Żadnej regularności obiecać jednak nie mogę – raz, że kwestia przyszłych podróżniczych wariacji to jeden wielki znak zapytania a dwa, być może jest to tylko wynik bliżej nieokreślonego słowotoku, który mnie ostatnio napastuje i szuka ujścia. Na przykład niedawno wyżyłem się solidnie tu: LINK, pisząc relację z udziału w niebylejakich zawodach sportowych.

Jednak Lucky Trip od początku miał charakter podróżniczy i taki niech pozostanie. W ramach come back’u chciałem Wam opowiedzieć krótko o październikowym wyjeździe do UK. Ściślej – do Manchesteru. Kierunek, sami widzicie, nie należy do najbardziej egzotycznych. Jeśli jednak wziąć pod uwagę, że chce się zobaczyć football w najlepszym wydaniu, to trzeba wówczas przyznać, że jest to doskonały wybór. Na Wyspy wybrałem się wraz z Bartkiem – niegdyś kolegą z pracy. Jak zwykle wszystko zaczęliśmy od d…rugiej strony. Bilety lotnicze do Doncaster kupiliśmy wiele miesięcy przed wyjazdem bo była promocja, nie wiedzieliśmy jednak wtedy co będziemy robić ani gdzie udamy się z lotniska. Jednym z pierwszych naszych posunięć było sprawdzenie gdzie, w niedalekiej okolicy od Doncaster, grają pierwszoligowe angielskie kluby. Przeglądaliśmy więc kalendarze rozgrywkowe Liverpoolu, Hull City, Man City i paru innych zacnych klubów i nagle trafiony zatopiony – Manchester United zagra u siebie z Evertonem podczas naszego pobytu w Anglii. Kierunek jazdy z lotniska sam się w ten sposób wybrał.

Dostać się tanio z Doncaster do Manchesteru nie jest jednak wcale tak łatwo. Kombinacji było sporo ale ostatecznie kupiliśmy, ze sporym wyprzedzeniem, bilety w MegaBusie (coś jak nasz PolskiBus choć tak naprawdę to PolskiBus jest czymś takim jak MegaBus). Cena znośna – 15 funtów za nas dwóch w obie strony. Po drodze była przewidziana przesiadka w Sheffield, która z perspektywy komputera w Polsce nie zapowiadała większych problemów. Na miejscu nie było już tak kolorowo. Oczywiście przed pójściem na dworzec w Sheffield, czyli mieście przesiadkowym, czas umililiśmy sobie spożywając piwo (względnie trzy) w typowym angielskim pubie – grzechem byłoby nie zacząć od tego przygody w UK :) Do dworca było półtorej godziny marszu i na miejsce dotarliśmy punktualnie o północy, czyli w chwili zamknięcia dworca dla pasażerów. To nic, że na zewnątrz temperatura wynosiła 6’C, cóż z tego, że przez całą noc kursowały autobusy. Dworzec zamknięty i basta; logika Brytyjczyków bywała dla nas niezrozumiała. Za to żeby nie nudziło nam się oczekiwanie, przez szybę zamkniętego dworca, obserwować mogliśmy piękny plakat zawieszony wewnątrz. Mają Brytole poczucie humoru, co nie?

Nie takie rzeczy robiło się z Bartkiem, zatem noc pod wiatą przystankową, z plecakiem pod głową i śpiworem naciągniętym na skostniałe z zimna ciało przetrwaliśmy bez większych problemów. Autobus przywiózł nas do Manchesteru wczesnym rankiem. Zrzuciliśmy zbędne rzeczy u naszych gospodarzy z CouchSurfingu i czmychnęliśmy na Old Trafford żeby… podjąć próbę kupna biletów. Aaa! Bo nie wspomniałem na początku tej opowieści, że mecz z Evertonem został wyprzedany na kilka miesięcy przed imprezą! Kolejka wcześniej – bilety dostępne. Kolejka później – nie ma problemu. Ale Everton wymieciony. Na nic wpisanie się na newsletter, aplikowanie do członkostwa w Klubie Kibica Czerwonych Diabłów, nawet wpis na listę oczekujących nic nie dał – biletów już nie było i nie szło nic z tym zrobić.

No ale nie poddaliśmy się bez walki. Na początku próbowaliśmy w oficjalnych kasach, u sprzedawców programów meczowych i w jakimś biurze, które wydawało bilety kolekcjonerskie. Nasze próby spełzły jednak na niczym. Zaczęliśmy się więc rozglądać za konikami. Pierwszy (nr 1) trafił się szybko. Wysoki, postawny czarnoskóry jegomość (mam nadzieję, że jest to poprawne politycznie stwierdzenie) podszedł do nas i konspiracyjnie spytał:

– Potrzebujecie bilety?
– Tak, dwa.
– 150 funtów każdy
– (śmiech)
– Ile możecie dać?
– Maksymalnie 50 funtów za jeden.
– Nie ma szans

Ustaliliśmy sobie maksa na 50 funtów za bilet i postanowiliśmy się tego konsekwentnie trzymać. W najgorszym razie – powiedzieliśmy sobie – obok stadionu jest knajpa, gdzie na pewno transmitują mecz. Minęła dłuższa chwila, do meczu zrobiło się 20 minut, podszedł kolejny konik (nr 2), tym razem białas:

– Potrzebujecie bilety?
– Tak, dwa.
– 100 funtów za jeden.
– Damy maks 50.

Odszedł bez pożegnania ale Konik nr 1 wyczuł, że może być stratny i podszedł dokładnie z tą samą propozycją. Niestety znów się nie dogadaliśmy. Do meczu zrobiło się kilka minut, ze stadionu dochodziły nas już przyśpiewki kibiców, niekiedy oklaski – wiedzieliśmy już, że coś się dzieje. W tym samym momencie usłyszeliśmy jak drugi z koników ustala z kimś cenę 60 funtów za bilet. Natychmiast podbiegliśmy do niego i mówimy, że też chcemy.

– Gimmy sixty! – krzyczy konik
– Fifty, no more – Bartek zrobił się jakiś taki stanowczy.
– Ok, gimmy fifty QUICKLY! QUICKLYYYY!!

No to rzuciliśmy stówą very quickly i w tym momencie zostaliśmy wepchnięci w wir dziwnych zdarzeń. Pojawił się nagle trzeci Konik (znów białas, w komitywie z tym drugim) i utworzył jakąś nieformalną grupę złożoną z nas i kilku Brytyjczyków. Kazał iść za sobą no to poszliśmy. Obok mnie szła dziewczyna kiwała głową zrezygnowana – tu zapaliła mi się czerwona lampka: za co my właściwie zapłaciliśmy? Podeszliśmy całą grupą do drzwi awaryjnych i Konik nr 3 zapukał, na co drzwi otworzył Konik nr 4 – również czarnoskóry ale nie ten sam, co Konik nr 1. Przez ledwie widoczną szczelinę rzucił krótko: „teraz dwójka, reszta za pięć minut!”. Na to Konik nr 3 wepchnął dwie osoby przez drzwi awaryjne do środka. Gdzie? Nie wiedzieliśmy dokładnie ale naszła mnie taka myśl: Kuźwa, daliśmy łapówkę! Będzie o czym opowiadać po powrocie!

Czekając na kolejne uchylenie magicznych, czerwonych drzwi Konik nr 3 wydawał reszcie grupy instrukcje: „wchodzicie schodami awaryjnymi na samą górę, tam jeśli Was zapyta steward gdzie siedzicie, to mówicie, że wasz kumpel poszedł po żarcie, nie wiecie gdzie jest, on ma ze sobą bilety i nie wiecie gdzie macie usiąść. Wtedy steward wskaże wam wolne miejsca”. Brzmiało niewiarygodnie ale założyliśmy, że zadziała. Po jakimś czasie drzwi uchyliły się znowu: „następna dwójka!” – krzyknął Konik nr 4. Szybko wcięliśmy się z Bartkiem przed resztę grupy i pobiegliśmy po schodach. Na górze poczuliśmy się jakbyśmy wpadli w jakąś zasadzkę – przy każdym wyjściu na trybuny stał steward a nie chcieliśmy ryzykować, że zapyta nas gdzie mamy bilety – wszak biletów nie mieliśmy. Korzystając z chwili nieuwagi jednego ze stewardów wpadliśmy na trybunę i podjęliśmy decyzję, że idziemy w górę. To był dobry wybór – na nasze miejsca, przez cały mecz, nie przyszedł nikt awanturować się, że zajęliśmy jego, okupowane od dwudziestu lat, krzesełko.

Tym sposobem udało nam się uczestniczyć we wspaniałym widowisku jakim był mecz Czerwonych Diabłów z Evertonem. Co za emocje! Trzy bramki w tym dwie dla gospodarzy, obroniony karny i sędzia niestroniący od błędów, który wyprowadzał z równowagi rozsierdzonych kibiców United. Ogień!!! Nasz pobyt na Old Trafford, tuż obok trybuny sir Alexa Fergussona obrazują dwa najgorsze w historii zdjęcia zrobione w tym miejscu.

Reszta wyjazdu minęła już bez spektakularnych akcji, koników i wręczania łapówek. Nie obyło się jednak niestety bez kolejnego noclegu pod wiatą przystankową – tak Drodzy Czytelnicy, dworzec w Sheffield znów był zamknięty dla podróżnych. Ale historia kończy się happy endem. Bo choć wyjazd był niskokosztowy, to jednak płatności w funtach szterlingach w sposób znaczny nadszarpnęły mój budżet. Los był jednak wyrozumiały, bo tuż po powrocie, spacerując ulicami Poznania, natknąłem się na takie oto znalezisko:

Nieźle, nie? Do następnego razu!

 

Add A Comment