obrazek
lut
01

4863 kilometry dalej

Posted by Magda i Marcin

No właśnie, taki dystans przemierzyliśmy od czasu ostatniego wpisu. Gdyby ktoś pytał jak się mamy, to mamy raczej dość ;) Już nawet nie chce nam się liczyć ile godzin wysiedzieliśmy w przeróżnych środkach transportu. Doszły nas słuchy, że wpisy są „kapkę za długie”, więc tym razem krótko i do rzeczy!

Z Boliwii dotoczyliśmy się (w dosłownym tego słowa znaczeniu) jakoś do Argentyny nocnym busem z Sucre. Trafiliśmy do Oran, czyli miejscowości słynącej dokładnie z niczego- ale sytuacja zmusiła nas do przekoczowania tam dwóch dni, w czasie których podjęliśmy dwie bezskuteczne próby łapania stopa. W Oranie dopadł nas kryzys psychiczny;) i zwątpiliśmy przez moment czy uda nam się dotrzeć do celu, czyli Ziemi Ognistej. Wygląda na to, że autostop w Argentynie nie funkcjonuje zbyt dobrze, mamy wrażenie że oni nie do końca wiedzą (lub nie chcą wiedzieć?) o co chodzi tym ludziom z wyciągniętymi kciukami. W końcu nie zważając na cenę, kupiliśmy bilety autobusowe do Rosario, gdzie czekały na nas przysłane z domu buty trekkingowe oraz Anahi, nasza gospodyni z couchsurfingu, u której zatrzymaliśmy się na kolejne dwa dni. Rosario to świetne miasto, gdzie można trochę wyluzować. Rzeka Parana, mnóstwo parków i terenów zielonych, pyszne empanadas, a do tego to miejsce narodzin Che Guevary- nie omieszkaliśmy obejrzeć budynku w którym się urodził. Spróbowaliśmy pierwszy raz yerba mate (ale na pewno nie ostatni bo w Argentynie pije się ją zawsze i wszędzie), a także kilku typowych argentyńskich przysmaków, które opiszemy w swoim czasie.

Z Rosario ruszyliśmy pociągiem na południe, z krótkim przystankiem w Buenos Aires. Po jakimś czasie linia kolejowa się skończyła i ponownie musieliśmy zasiąść w autobusie (bagatela 24-godzinnym) do Rio Gallegos. Stamtąd wzięliśmy już ostatni bus do El Calafate, no i jesteśmy sobie teraz w Patagonii. No, tak prawdę mówiąc Patagonia zaczęła się już kilka tys. kilometrów wcześniej, ale początkowy widok argentyńskiej pampy był dość jednostajny. Cały czas płasko i dużo trawy, czasem tylko na drogę wybiegały jakieś guanacas (argentyńskie skrzyżowanie lamy z sarną), ogółem NUDA!

Plan na najbliższe kilka dni to trekking w Parku Narodowym Los Glaciares, mamy nadzieję na lepsze (dużo lepsze!) widoki, a także że uda nam się wejść na lodowiec Perito Moreno. Trzymajcie kciuki!

P.S. Nie robiliśmy zbyt wielu zdjęć w ciągu ostatniego tygodnia, więc zamiast galerii wrzucamy tu fotki z Che na osłodę ;)

sty
28

Smaki południa

Posted by Magda i Marcin

Po dłuższej przerwie powracamy do tematów kulinarnych. To już przedostatnia część tej mini książki kucharskiej (ostatni wpis będzie o Argentynie, bo jak zauważyliśmy- jest o czym pisać). Tymczasem opis kuchni południowoamerykańskiej, czyli od Kolumbii po Boliwię. Smacznego!

POTRAWY

1. Arepy

Spotkaliśmy je w Kolumbii (stamtąd właśnie arepy pochodzą) oraz w Ekwadorze. To placki z mąki kukurydzianej, podawane z: masłem/ różnymi rodzajami sera / serem i szynką / lub bez niczego. W Kolumbii były bardzo słodkie i do tego jeszcze polewali je miodem, a w Ekwadorze raczej mdłe.

2. Naleśnik z bananami i papają i miodem.
Dostaliśmy go na śniadanie w Kolumbii i był super smaczny ;)

3. Buñuelas

Zaczęły się pojawiać już w Kolumbii, ale najlepsze mają w Boliwii! Są to ciacha, trochę jak pączki, polane syropem klonowym. W Copacabanie sprzedają je w pakietach po 12 sztuk, ale nigdy nie ma ryzyka że coś zostanie niezjedzone…

4. Empanadas / salteñas

Czyli różne rzeczy zapieczone w cieście (coś, jakby paszteciki). Empanadas występują najczęściej z serem lub mięsem / kurczakiem (wszak kurczak to nie mięso;), a salteñas trafiły nam się z mnóstwem różnych warzyw w środku. Najlepiej smakują na gorąco.

5. Maiz tostado

Kukurydza niby prażona, ale popcornu raczej nie przypomina ani wyglądem, ani smakiem. Naszym zdaniem lepsze niż popcorn! W Ekwadorze maiz tostado podają często jako starter w restauracjach.

6. Tilapia
Smażona ryba z pyrami i sałatką. Rodzinka, którą złapaliśmy na stopa w Ekwadorze zaprosiła nas na ten właśnie przysmak, w drodze do Quito.

7. Przysmaki z budki

Dużo by o nich pisać, bo w każdym mieście każdego kraju, ulicznych budek z jedzeniem jest całe mnóstwo i oferta jest przebogata. Tu akurat jedna z bud w Cuence, w Ekwadorze. Mix: fasolka + chipsy + pomidor z cebulą na ostro + maiz tostado + sos pomidorowy + sok z limonki. Nie wiemy, czy ten zestaw posiada jakąś nazwę, ale w smaku był całkiem niezły.

8. Papa relleno

To hicior z lokalnych marketów oraz „serwisu w autobusach” (zazwyczaj na przystankach, w czasie dłuższych kursów do autobusu pakuje się stado sprzedawców z siatami pełnymi jedzenia i picia, drących się jak przekupy na targu tak długo, aż uda im się coś sprzedać) w Peru i Ekwadorze. Papa relleno to ziemniak niespodzianka ;) W środku można znaleźć gotowane jajo kurze, a czasem inne bonusy np. sałatkę warzywną. Ale pycha!

9. Trucha, czyli pstrąg

Kolejna ryba, tym razem z Boliwii- świeżo złowiona w jeziorze Titicaca. Mają tam tysiąc sposobów na jej przyrządzanie, my (Marcin) próbowaliśmy tylko jeden z nich, ale wystarczy żeby dać 5+.

10. Cui

Nie jedliśmy (Magda: nie rozumiem jak można to jeść!!!!!), ale musimy opisać, bo to typowa peruwiańska potrawa. Cui to- Bogu ducha winna- świnka morska z rożna. Podobno smakuje jak kurczak… Na zdjęciu pierwsza faza przygotowania potrawy, czyli hodowla świnek.

NAPOJE

1. Mate de Coca, czyli herbatka z wkładką ;)

Wszędzie tam, gdzie występują liście koki. Bez emocji proszę, od koki do kokainy jest bardzo długa droga. Żucie liści koki pomaga podobno na chorobę wysokościową, acz my nie mieliśmy tego problemu. Widzieliśmy też kilka razy w Peru karmelki z koki w sklepie.

2. Chicha Morada

Napój, który spotkaliśmy w Peru ale możliwe, że da się wypić także w Boliwii. Przygotowywany z pewnej odmiany kukurydzy- czarnej i słodkiej, tak jak i chicha morada.

3. Inca Cola
Znak firmowy Peru. Wypiliśmy jedną na Machu Picchu, żeby poczuć ten klimat ;) O dziwo droższa niż Coca Cola, choć jest to wyrób krajowy. Smakuje jak mega słodka oranżada.

4. Pisco

Peruwiański alkohol typu brandy, wytwarzany w rejonie Pisco (całkiem blisko Limy), ale można go wypić zasadniczo w całym Peru. Pisco produkuje się ze sfermentowanych winogron ( w rejonie tym produkowane są także wina). My próbowaliśmy Peru Libre, czyli pisco z colą i cytryną oraz herbatę z goździkami, cynamonem i pisco.

sty
23

Trochę ruchu zaszkodziło.

Posted by Magda i Marcin

Jak powyżej. Trudno znaleźć powód tego stanu rzeczy- czy wariackie tempo ostatnimi czasy, czy ciągłe zmiany wysokości (od poziomu oceanu w Limie do najwyżej położonego miasta na świecie- Potosi 4090 m n.p.m), czy może te wszystkie godziny spędzone w parszywych autobusach (jak sobie przeliczyliśmy, od północy Peru do południa Boliwii spędziliśmy w nich 112 godzin!), w każdym razie przyszedł czas żeby to wszystko odchorować. Z tego powodu zmarnowaliśmy kilka dni w Sucre, w Boliwii, leżąc na wyrze i błagając o litość. Ale po kolei.

Najpierw przyjechaliśmy do boliwijskiej miejscowości Copacabana, położonej nad jeziorem Titicaca. Miasteczko raczej nuda chyba, że ktoś lubi siedzieć ciągle w knajpie, ale można tam kupić wycieczkę na różne interesujące punkty na jeziorze. Są tam między innymi pływające wyspy zbudowane z trzciny przez lokalnych, ale z tego zrezygnowaliśmy bo już jakiś czas temu doszły nas słuchy, że to straszny kicz, zrobiony pod turystów. Wybraliśmy się w zamian za to na Isla del Sol czyli Wyspę Słońca, zamieszkiwaną przez małą rolniczą społeczność która posługuje się językiem Aymari. Spotkaliśmy tam pana przewodnika, który pochwalił nam się, że był w ochronie papieża Jana Pawła II, w czasie jego wizyty w Boliwii w 1988 roku. Nauczył nas także pewnego zwrotu w języku Aymari, ale do tego jeszcze wrócimy ;). Trzeba też dodać, że był to pierwszy dzień na takiej wysokości (jezioro położone jest na 3812 m.n.p.m) i dało nam się we znaki rozrzedzone powietrze- ból głowy i zadyszka po każdym kroku, teraz już rozumiemy dlaczego reprezentacja Boliwii w piłce nożnej wygrała z Argentyną podczas meczu w La Paz (stolica Boliwii, również bardzo wysoko w chmurach;). Trzeba trochę czasu żeby przystosować się do tych wysokości.

Następnie ruszyliśmy do Uyuni, z krótkim przystankiem w La Paz. Uyuni jest położone na brzegu Salaru Uyuni, czyli największego solniska na świecie. Warstwa soli ma grubość około 10 metrów, a powierzchnia salaru wynosi jakieś 10 tys km2. Można tam wynająć rower i jeździć sobie beztrosko całymi dniami po soli, ale bardziej popularne są wycieczki jeepami- od 1 do 4 dni. My, jak zwykle w pędzie zdecydowaliśmy, że kupujemy jednodniową wycieczkę. Naszym zdaniem pierwszego dnia i tak odwiedza się najbardziej interesujące punkty na salarze i w okolicy, czyli: cmentarzysko lokomotyw, Isla de Pescado (Wyspa Ryb, porośnięta gigantycznymi kaktusami), Montanas del Sal (solne górki;) oraz Ojos del Sal (Oczy Soli, czyli bulgoczące dziury w salarze). Zamiast opisywać wszystkich ciekawostek, zapraszamy do galerii zdjęć, która chyba (mamy nadzieję) oddaje klimat tego miejsca.

Tuż przed wyjazdem z Uyuni spotkaliśmy się na chwilę ze znajomą ekipą Trek Teamu, którzy wędrują sobie właśnie gdzieś między Boliwią, Chile i Ekwadorem i znając Jacka („kierownika” :D) jesteśmy pewni, że doskonale się bawią. Pozdro wiara!

Ostatnim przystankiem w Boliwii było wspomniane wcześniej Sucre, gdzie dotarliśmy wieczorem, a następnego dnia już nie wstaliśmy. Wszystko nas bolało i mieliśmy chyba gorączkę, choć bez termometru ciężko to sprawdzić. Boliwijska służba zdrowia przypomina trochę polską i po wycieczce po trzech punktach medycznych człowiek czuje, że lepiej będzie jak wyzdrowieje sam z siebie :P Tak też zrobiliśmy, ale w Sucre zostaliśmy na małą kwarantannę. Na plus możemy napisać, że drugiego dnia w naszym hostelu spotkaliśmy Donka i Wingo, czyli dwóch zakręconych gości, z którymi od czasu Machu Picchu co kilka dni wpadamy na siebie w jakimś miejscu ;) Przynajmniej nudno nie było!

Po tych przygodach doszliśmy do wniosku, że zawijamy z Boliwii prosto do Argentyny, porzucając wcześniejszą myśl o Paragwaju. Zmierzając do końca tego wpisu, nie możemy sobie odmówić opisania kilku konwersacji, które zdarzyły nam się w Boliwii. Boliwijczycy okazali się najbardziej niedomyślnym i gamoniowatym narodem jaki w życiu spotkaliśmy (żeby nie było, można spotkać tam także bardzo sympatycznych ludzi, ale to raczej rzadkość). Oto trzy największe hity:

1. Miejsce: hotel, Osoba: stary, gruby recepcjonista

My: Czy ma Pan wolne pokoje?
Pan: (po 2 minutach wpatrywania się w telewizor) Tak.
My: Czy możemy zobaczyć?
Pan: (3 minuty namysłu) Nie mam już wolnych pokoi.

2. Miejsce: restauracja, Osoba: młoda kelnerka. Wchodzimy, bierzemy kartę, namyślamy się, podchodzi kelnerka.

Kelnerka: Tak?
Magda: Czy jest makaron?
K: Nie ma.
Marcin: Poproszę rybę z czosnkiem.
K: Nie ma.
Magda: Czy są ziemniaki albo ryż?
K: Nie ma.
My: A co jest?
K: Nic. Teraz jest zamknięte.
My: ?!?!?!

3. Miejsce: restauracja. Osoba: starsza właścicielka. W karcie mają podaną cenę piwa 12 boliviano, a na „rachunku” widzimy że policzyli 15.

My: Przepraszam, ale tutaj jest podana inna cena piwa.
Pani: Hm, ale piwo kosztuje 15.
My: Ale w karcie jest napisane, że 12!
Pani: No… ale piwo przecież zdrożało!

Zdarzyło nam się także (będąc jedynymi klientami w knajpie), że zamówiliśmy dwa śniadanie, a dostaliśmy tylko jedno. Po godzinie okazało się, że zapomnieli o drugim. No cóż, widząc tych ludzi nie mamy wątpliwości, że nie robią tego złośliwie- po prostu tacy już są. Jak to powiedział francuski konsul naszemu koledze, który notabene został okradziony w Sucre z paszportu, aparatu i pieniędzy: „That’s Bolivia, Man!” :P

sty
14

Trochę ruchu nie zaszkodzi!

Posted by Magda i Marcin

Zgodnie z powyższą dewizą, postanowiliśmy rozruszać co nieco kości i ustaliliśmy plan na „Peru aktywnie”. Tego samego dnia, którego obejrzeliśmy linie w Nazca, wsiedliśmy do całonocnego busa do Arequipy, czyli punktu wypadowego do Kanionu Colca. Kanion ten nie dość, że jest najgłębszy na świecie, to jeszcze został odkryty przez Polaków- wstyd więc go nie zobaczyć, będąc w Peru. Z Arequipy zwanej białym miastem (prawdę mówiąc biały jest tylko rynek, reszta wygląda kosmicznie obskurnie- ale to normalka dla peruwiańskich miast) złapaliśmy kolejny bus do Cabanaconde, gdzie większość odwiedzających kanion turystów robi sobie bazę. Jak już się nie raz przekonaliśmy, w Andach odległość 100 km można pokonywać przez 5 godzin, więc do Cabanaconde dotarliśmy dość późno. Dodajmy, że sama droga dostarczyła nam wielu emocji, ponieważ autobus jedzie NAPRAWDĘ BLISKO krawędzi najgłębszego kanionu świata ;p Osobom o słabych nerwach odradza się pokonywać tę trasę, bo droga prowadzi po zboczu góry, nie jest w żaden sposób zabezpieczona i z okna trzęsącego się, przepełnionego ludźmi i zwierzętami (z nami jechała np. jedna lama w różowej apaszce) autobusu można obserwować stromą przepaść w odległości może 1 metra od koła. W każdym razie dotarliśmy na miejsce szczęśliwi, że przeżyliśmy i następnego dnia ruszyliśmy na szlak. Gdyby ktoś wybierał się do Colca, możemy polecić hostel Pachamama w Cabanaconde- w cenę 12 zł za noc jest wliczone pycha śniadanie, przechowalnia plecaków na czas trekkingu oraz dobra informacja o kanionie włącznie z mapką poglądową. Do tego serwują peruwiańskie pisco i pizzę prosto z pieca (do tego tematu wrócimy później, w dziale „smacznie”;). W Colca można zrobić kilka różnych opcji trekkingowych, w zależności od czasu i fantazji. My czasu za wiele nie mieliśmy, więc wybraliśmy sobie trasę dwudniową- zejście na dno, wspięcie się na drugą stronę, ponowne zejście i powrót do Cabanaconde. Widoki niesamowite, to był najpiękniejszy szlak jakim kiedykolwiek szliśmy. Do tego wiedzie on przez autentyczne peruwiańskie wsie osadzone na zboczach i na dnie kanionu- nie prowadzi tam żadna droga dla samochodów i ludzie używają poczciwych osiołków do transportu. Tak na marginesie tamci Peruwiańczycy to dopiero mają kondycję. Wydawało nam się, że idziemy w miarę wartko, do czasu gdy w drodze pod górę wyprzedziła nas kobieta w rozklekotanych trampkach, z dzieckiem na plecach i dwoma osłami na sznurku. Nawet starsze babcie zasuwały, że aż się za nimi kurzyło!!! Na szlaku spotkaliśmy pierwszy raz Łucję i Michała z Czech (jeśli to czytacie, serdecznie pozdrawiamy i mamy nadzieję, że dotarliście bez problemów do Limy;), trochę zmasakrowaliśmy sobie stopy z powodu braku treków oraz spędziliśmy nockę na dnie kanionu, w miejscowości San Galle. Warto dodać, że każdy hotelik ma tam w posiadaniu basen- całkiem sympatycznie wskoczyć do takiego po 7-godzinnej wędrówce! W „El Eden”, noc kosztuje 10 zł od głowy i tyle samo dwudaniowa kolacja przygotowana przez bezzębnego, acz bardzo miłego pana. Ceny są tu super przystępne, ponieważ kanion Colca nie jest aż tak popularny wśród turystów jak inne atrakcje Peru (sami rozumiecie, nie dowiezie Was tam żaden luksusowy pociąg ani nie znajdziecie tam SPA z masażami, więc spora część ludzi odpada w przedbiegach). Możemy jeszcze dodać, że zmęczeni jak mało kiedy, mielibyśmy duży problem ze wstaniem z łóżka następnego dnia, na szczęście znalazł się pomocny Amigo, który pomógł nam poderwać się w ekspresowym tempie :D A oto, kogo ujrzeliśmy rano na ścianie nad naszymi głowami:

Prosto z Kanionu Colca ruszyliśmy w stronę największej atrakcji turystycznej Peru (a może i nawet całej Ameryki Południowej), jednego z „Nowych 7 Cudów Świata” czyli Machu Picchu. Mówiąc o tym XV-wiecznym inkaskim mieście nie da się pominąć tematu pieniędzy. Nie chodzi o to, że jest drogo. Jest KOSMICZNIE drogo! Peru, w szczególności region Cuzco z całą premedytacja wykorzystuje fakt wielkiej popularności Machu Picchu zdzierając z turystów co się da. Największy problem to transport, bo do samego Machu Pichcu nie ma drogi dojazdowej, są tylko tory kolejowe. A zatem z Cuzco należy dotrzeć pociągiem do miejscowości Aguas Calientes, położnej u stóp Machu Picchu. Stamtąd większość ludzi podjeżdża mini busem do bramy wejściowej. Oto więc koszty przeciętnego odwiedzającego:

– dojazd do i z Aguas Calientes pociągiem: ok. 90 USD (~270 zł)
– nocleg w tanim hotelu Aguas Calientes: 20 soles x 2 noce (~44 zł)
– dojazd z Aguas Calientes do bram Machu Picchu: 8 USD x 2 (48 zł)
– dwa obiady w jednej z tańszych restauracji: 70 soli (~75 zł)
– wstęp do Machu Picchu: 125 soli (~130 zł)
RAZEM: 567 zł

Pytanie czy wszyscy się tu dobrze czują, nasuwa się samoistnie. Są też inne opcje dotarcia do ruin, jak kilkudniowy trekking Szlakiem Inków, ale raczej nie polecamy tego w czasie pory deszczowej (styczeń- najgorszy miesiąc ;) Z tego co widzieliśmy, ceny tej przyjemności zaczynają się od 300 dolców. Warto dodać, że są także lokalne pociągi do Aguas, w normalnych cenach- ale tylko dla rezydentów Peru. Nie martwcie się, dla upartych znajdzie się jednak sposób żeby nie wydać tam całych oszczędności, a do tego zyskać przygodę…

PRZEPIS NA MACHU PICCHU „PO STUDENCKU”

– dojazd do Aguas Calientes: lokalny autobus z Cuzco do Santa Marii (15 soles- za miejsca w jednym z trzech ostatnich rzędów, pozostałe miejsca- 20 soles), który odjeżdża z terminala Santiago; następnie taksówka przez Santa Teresę do Hydroelektryki (15 soles) – w tym miejscu kończy się droga. Z Hydroelektryki ruszamy pięknym szlakiem wzdłuż torów kolejowych, skręcamy w prawo na trzeciej „salida de emergencia”, po przejściu schodków wchodzimy na właściwe tory i skręcamy w lewo- potem już cały czas wzdłuż torów (ok. 2 godziny marszu, za darmo). Całość ok. 65 zł w obie strony.

– nocleg w najtańszym hotelu ok. 15 soles x 2 (~33 zł).

– dotarcie z Aguas Calientes do bram Machu Picchu: za darmo! Piękny godzinny spacer zamiast autobusu za osiem dolców!

– dwa obiady na drugim piętrze lokalnego marketu. Jadają tam głównie miejscowi, przekonanie o tym, że z turystów da się zedrzeć trzy razy więcej jeszcze tu nie dotarło. 2 x 5 soles = ~11 zł.

– bilet wstępu do Machu Picchu z legitymacją studencką ISIC: 63 sole (~67 zł)

RAZEM: 176 zł

Nam udało się zrobić to jeszcze taniej, bo wracając do Cuzco złapaliśmy stopa w Santa Teresie Warto pamiętać, aby zabrać wodę i przekąski typu batony czy ciacha z Cuzco (trzeba mieć coś na ząb, bo droga jest wymagająca), w Aguas wszystko jest raczej przedrożone.

Koniec tematu pieniędzy, w końcu wspomnienia z tej wizyty są bezcenne. Pomimo tych całych szopek z dotarciem do ruin, przyznajemy że warto zobaczyć to miejsce. Przede wszystkim, położenie miasta pomiędzy zielonymi strzelistymi szczytami robi mega wrażenie. Napiszemy tu jeszcze o wejściu na górę Huayna Picchu (co oznacza „młody szczyt”- a Machu Picchu to „stary szczyt”). Górujące nad miastem Huayna (znane tez jako Wayna) to ta sama góra, którą widać zawsze w tle gdy ogląda się zdjęcia stamtąd. Otóż każdy chce tam wejść, ale nie wszystkim się uda, sasasasa :D Na szlak wpuszcza się dwieście osób o godz. 7.00 i kolejne dwieście o 10.00. Biorąc pod uwagę, że dziennie ruiny odwiedza ponad 2000 osób, daje to nie tak wielki odsetek. By się tam dostać trzeba wstać bladym świtem (a właściwie jeszcze w nocy – my wstawaliśmy o 3.50), o 4.45 być przed pierwszą bramą gdzie z dzikim tłumem rusza się na wyścigi o miejsca na szlak na Huayna. Nam się udało – byliśmy w pierwszej setce, głównie dzięki temu, że szlak szacowany na 1h 20min pokonaliśmy w 48 minut :p Widok z góry jest niesamowity, ale chyba tylko w porze suchej (od kwietnia do października), w naszym przypadku trochę deszczu i sporo chmur uniemożliwiło poetyckie uniesienia ;) I tak mieliśmy sporo farta, bo pomimo pory deszczowej, w końcu wyszło słońce i większość zwiedzania przebiegło na sucho.

Wygląda na to, że to ostatni wpis z Peru. Pozdrawiamy serdecznie z Boliwii, gdzie dobry net to cud- w związku z czym nie jesteśmy w stanie wrzucić zdjęć póki co;)

sty
02

Peruwiańskie początki

Posted by Magda i Marcin

Kilka osób życzyło nam na naszym blogu, żebyśmy zdążyli na Sylwestra do Limy. Donosimy więc, że się udało! Mało tego. Nie dość, że dojechaliśmy do Limy i pobieżnie ją zwiedziliśmy, to jeszcze zdążyliśmy się z niej przed Sylwestrem wynieść ;) Ale od początku…

Do Peru wjechaliśmy od północy. Pierwsze zaskoczenie to sama ekwadorsko-peruwiańska granica. Otóż, jeżeli ktoś podobnie jak my, chce załatwić wszystko zgodnie z literą prawa i posiadać pieczątki: wyjazdową z Ekwadoru i wjazdową do Peru, czeka go nie lada spacerek. Ktoś bardzo pomysłowy rozmieścił oba punkty odpraw w odległości (zaledwie) sześciu kilometrów od siebie. Zaskoczenie numer dwa to peruwiański krajobraz. Obserwowaliśmy go z okien autobusu w drodze do Limy i ku naszemu zdziwieniu, północ Peru to jedna wielka pustynia. Mowa tu oczywiście o części kraju leżącej bliżej wybrzeża. Przez dwadzieścia trzy godziny jazdy rzadko można było zaobserwować coś innego niż piasek, kamienie i gdzieniegdzie porozrzucane chaty autochtonów.

Sama Lima, to dziesięciomilionowa metropolia w której można znaleźć zarówno bogate dzielnice turystyczne jak Miraflores (na szczęście ceny hosteli są tu bardzo przystępne!) jak i kłujące biedą w oczy slumsy na północnych krańcach miasta. Uwagę przykuwają zwłaszcza obskurne betonowe kloce bez okien. Centrum historyczne miasta jest za to zadbane i warto spędzić w nim trochę czasu, spacerując leniwie po urokliwych uliczkach. Trzeba być jednak czujnym, zdarzyć się tam może bowiem historia podobna do tej…  Otóż, gdy wracaliśmy sobie z urzędu pocztowego w centrum (swoją drogą ceny znaczków pocztowych to tu istna paranoja) zaczepił nas miły jegomość z synem i krzyczy do nas: Francais?? Nie dziwcie się, to nie pierwszy raz gdy mylą nas z żabojadami. Grzecznie odpowiedzieliśmy:

– No! Polacos!
– Warszawa, Kraków, Katowice? – woła za nami jegomość.
– Poznań! – odpowiadamy, zarazem zdziwieni tym, że ktokolwiek w Peru umie wymienić więcej niż jedno polskie miasto.
– Lech Poznań! Lato, Boniek, Smolarek (tu skończył się wątek piłkarski a zaczął polityczny): Tusk, Kaczyński, Komorowski!
-Bueno! – mówimy, ale to nie był koniec popisów nieznajomego. Wyciągnął z kieszeni magiczną książeczkę (taki mini atlas geograficzny) gdzie najwyraźniej od dłuższego już czasu, notował informację usłyszane od turystów nt. ich państw.
– Warka, Tyskie, Lech, Harnaś, Żywiec – wyrecytował na koniec. Teraz mieliśmy już pewność, że gość wie wszystko co najważniejsze o naszym kraju ;)

Wdaliśmy się z nim w gadkę, gdzie Polska była tematem wiodącym, po czym facet zakomunikował, że ma małą i tanią restaurację nieopodal, i czy może zachcemy wejść i napić się z nim piwa. Temperatura była wysoka a my spragnieni, więc pomysł ten wydał nam się całkiem dobry. Jak się jednak okazało, była to kompletna ściema: knajpa wcale nie była jego, piwo paskudnie drogie, a jak się szybko zorientowaliśmy- to my mieliśmy być sponsorami. Zapewne gość robi to często- zagaduje turystów (ma coś do powiedzenia o każdym kraju), zaprasza ich na piwo, a gdy przychodzi do płacenia, cwaniacko się wymiguje. No cóż, w przypadku poznańskich studentów taka akcja była jednak z góry skazana na porażkę :P Zastanawialiśmy się przez moment czy nie dać mu nauczki i wymknąć się cichaczem nie płacąc nawet za siebie (w końcu to on nas zaprosił), ale nie jesteśmy jednak tacy;) Napiliśmy się, rzuciliśmy kelnerowi odliczone za nas i ruszyliśmy do wyjścia. Oboje- nasz „nowy znajomy” oraz kelner (który ewidentnie był z nim w zmowie) trochę się burzyli, że jak to tak i mamy zapłacić też za jego piwo i pepsi dzieciaka, ale stanowczym „adios” zakończyliśmy temat.  Gość był tam prawdopodobnie bez pieniędzy więc nie wiemy jak za to zapłacił ale mamy nadzieję, że uratowaliśmy w ten sposób od naciągania wielu turystów, zwłaszcza tych z kraju nad Wisłą, bo po tej akcji cwaniaczek prawdopodobnie wykreślił już Polskę ze swojego atlasiku. Jedyne co w tej sytuacji martwi, to rzeczy których ten człowiek uczy swojego syna- ale poza tym mieliśmy niezły ubaw na widok jego zdezorientowanej miny.

Z Limy udaliśmy się do oazy Huacachina nieopodal miejscowości Ica. Słowo oaza pada tu nie bez kozery. Jest to prawdziwa, piaszczysta pustynia z małym oczkiem wodnym pośrodku, wokół którego pobudowało się z czasem trochę hoteli i restauracji. Bardzo urokliwe miejsce które w tej chwili ściąga turystów swoją największą atrakcją: ogromną ilość wydm idealnych do uprawiania sandboardu! Oczywiście my też się skusiliśmy się na ostrą jazdę na dechach i trzeba przyznać, że zabawa jest przednia ;) Poniżej filmik dokumentujący jeden ze stylowych zjazdów:

Pobawiliśmy się w piachu trochę czasu, słońce prażyło niemiłosiernie (co miało znaczenie o tyle, że po wywrotce piasek nieźle parzył!) ale w końcu trzeba było się zbierać – wszak był to Sylwester, a przed wieczorną zabawą warto było spłukać z siebie piasek (tony piasku!). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie Davida z Limy, którego poznaliśmy tego dnia w naszym hotelu, a na zmianę daty wdrapaliśmy się na czubek ogromnej wydmy górującej nad oazą, skąd obserwowaliśmy sztuczne ognie (Peruwiańczycy się nie popisali – pięć minut marnych wystrzałów;)

W Huacachina nie zabawiliśmy długo, następnego dnia rano złapaliśmy autobus do Nazca, gdzie mieliśmy nadzieję obejrzeć słynne w świecie preinkaskie naziemne linie. Linie można oglądać na dwa sposoby: z ziemi (jedna sztuczna wieża widokowa i jedna naturalna) lub z awionetki. Ku własnemu zdziwieniu wybraliśmy opcję naziemną. Mieliśmy zarówno czas jak i odłożone na tę okoliczność pieniądze ale jak pewnie pamiętacie, w przełomie sierpnia i września, spędziliśmy w ciągu trzech dni prawie 24 godziny w samolotach i co tu dużo mówić – oboje nabawiliśmy się awersji do tego środka transportu. Tak długo jak nie musimy wsiadać do samolotu (czyli do naszego lotu z Buenos do Europy;) tak długo nie mamy zamiaru tego robić! :p Wracając jednak do Linii Nazca to trzeba przyznać, że jest to rzecz bardzo interesująca. Gdyby przyjrzeć się liniom z bliska, jawią się one jako wykopane na 3-4 cm rowki, które sprawiają wrażenie jakby nie miały przetrwać do jutra. Ale nic z tego – przetrwały już 2000 lat i przetrwają następne dwa! Dzieje się to za sprawą klimatu panującego na płaskowyżu – jest strasznie sucho, pada ok. 3-4 godziny rocznie (nie, nie dni- godziny!) i cały krajobraz nie zmienia się przez tysiąclecia. Ludzie Nazca dobrze wiedzieli gdzie budować linie i znaki – szacunek dla nich za to!;)

gru
31

Latynoskie bity!

Posted by Magda i Marcin

Jakiś czas temu obiecaliśmy wrzucić parę nagrań i zapomniało nam się o tym, ale oto są, viola!

Po pierwsze, XXI Concurso Nacional de Labrado de Cantera (Guadalajara). Próbowaliśmy odszukać nazwę tego zespołu, ale nie daliśmy rady. W każdym razie jest to tradycyjna muza dla meksykańskiego stanu Jalisco!

 

Poniżej nagrania:

Guadalajara_1
Guadalajara_2

Po drugie,  Palenque (Meksyk). Jedno z fajniejszych miejsc, które odwiedziliśmy, super sceneria: noc, środek dżungli, wyjce na drzewach i występy różnych kapel na żywo. Tu wykonawcy (przepraszamy, byliśmy tak zafascynowani, że nie zapisaliśmy nazw) występujący w ramach wieczoru „Muzyki Latynoamerykańskiej”.

Poniżej nagrania (przepraszamy za szumy, ale dużo ludzi siedziało w knajpie i nie dało się ich uciszyć!):

Palenque_1

Palenque_2

Palenque_3

Po trzecie, niezapomniany wieczór w Gwatemali. To właściwie nie jest żadna muzyka tradycyjna, po prostu spotkaliśmy kilku kolesi ze Stanów i Wlk Brytanii, którzy po prostu WYMIATALI na gitarach i urządziliśmy sobie z nimi wieczór muzyczny;p Skład:

– Shaun z Teksasu: gitara akustyczna i wokal
– Jack z NYC: solo na akustyku
– James z Londynu: nasza „guitara pequeña” + chórki
– Marcin z Poznania ;) chórki
– Magda także z Poznania: operator kamery + nieśmiałe chórki

Brak zdjęć, poniżej nagranie:

Wieczorne granie w Gwatemali

gru
26

Mitad del Mundo, czyli śniadanie na równiku :)

Posted by Magda i Marcin

Po rozstaniu z Kolumbią, przyszedł czas także na rozstanie z półkulą północną. Z Ipiales ruszyliśmy do Quito, stolicy Ekwadoru- co więcej, postanowiliśmy powrócić do łapania stopa. Ups, to znaczy… no dobra, musimy się przyznać, że od Gwatemali często i gęsto zdradzamy autostop. Zaczęło się od tego, że te wszystkie gwatemalskie, salwadorskie, honduraskie i nikaragujskie chickenbusy były kosmicznie tanie (no i jaki klimat w nich panuje;) i tak jakoś sobie nimi jeździliśmy. W Kostaryce, Panamie i Kolumbii autobusy zrobiły się bardziej cywilizowane, niestety podobnie jak i ceny- próbowaliśmy więc znów szczęścia z wystawionym kciukiem, ale chyba po tej przerwie zrobiliśmy się mniej cierpliwi, a może to kwestia tego, że ludzie są w tych krajach raczej nieufni w stosunku do autostopowiczów (zupełnie inaczej niż w Stanach czy Meksyku!!!)… Zmierzając zatem do sedna, możemy policzyć na jednej ręce liczbę złapanych w ostatnim czasie stopów. Opuszczając Kolumbię, powiedzieliśmy jednak „Basta!” i zaraz po przekroczeniu granicy, wyszliśmy znów na drogę. Los chyba postanowił nas wynagrodzić i raz dwa zatrzymał się ekwadorski pogranicznik, który podrzucił nas do autostrady panamerykańskiej prowadzącej do Quito. Tam również mieliśmy szczęście, po około pół godzinie zatrzymała się Skoda Octavia z wesołą kolumbijsko- ekwadorską rodzinką w środku, jadącą właśnie do Quito. Zapytali nas czy przypadkiem nie szmuglujemy dragów, a nasze oburzone: „nie!!!” skwitowali wybuchem radości, więc szybko załadowaliśmy się do auta.

Jazda od samego początku była bardzo wesoła. Dlaczego? W oczach policjantów i żołnierzy z granicznej kontroli antynarkotykowej, duże czarne auto z przedstawicielami 3 różnych nacji (w tym jedna osoba ze „szczególnie podejrzanej” Kolumbii) okazało się być idealnym celem. Zatrzymali nas na prawie godzinę, przepytywali ze wszystkiego, sprawdzili zawartość bagaży, a nawet rozkręcili tylną kanapę i bagażnik! Co za emocje, poczuliśmy się prawie jak Bonnie i Clyde! ;P Ostatecznie jednak nic nie znaleźli, więc trochę rozbawieni całą sytuacją ruszyliśmy dalej. Jak się okazało, „nasza” rodzinka lubiła sobie dobrze podjeść i zaprosiła nas na bardzo smaczną rybę (zamiennie na wegetariańskie ziemniaki z ekwadorskim serem i prażoną kukurydzą), do knajpki nad jeziorem leżącym w połowie drogi do Quito. Zaraz potem zatrzymaliśmy się w piekarni, następnie cukierni (w tym miejscu nasze skurczone ostatnimi czasy żołądki błagały o litość;), a ostatecznie Nuvia, Duverney i Edilson zaprosili nas na kolację do ich rodzinnego domu. Choć słowo „zaprosili” nie jest tu najodpowiedniejsze, bo oni po prostu nas tam zawieźli, nie przyjmując do wiadomości żadnych protestów ;) Kolacja okazała się wielką porcją rosołu, ryżem z sałatką, smażonym jajem i serem oraz słodkim chlebem i „agua de panela con leche” czyli słodkim napojem, przygotowanym z trzciny cukrowej i mleka. To nie koniec historii, bowiem zaprosili nas także na nocleg oraz gigantyczne śniadanie dnia następnego. Dzień później, obżarci do granic możliwości pożegnaliśmy naszych gospodarzy i udaliśmy się do hostelu, aby ze spokojem to wszystko strawić.

Stolica Ekwadoru przywitała nas paskudną pogodą, centrum zwiedzaliśmy w deszczu, ale mieliśmy czuja żeby przeczekać jeden dzień z wycieczką na równik (tak właściwie samo Quito leży już na półkuli południowej, równik znajduje się ok 20 km na północ od centrum miasta) i to był świetny pomysł! Kolejnego poranka, w pięknym słońcu udaliśmy się na Mitad del Mundo (hiszp. środek świata). Znajdują się tam dwa równiki (tak, wiemy że głupio to brzmi;). Po prostu oficjalne państwowe muzeum z wielkim monumentem leży ok 240 metrów od prawdziwego równika. Drugie- indiańskie muzeum Intiñan, znajduje się dokładnie na równiku, co potwierdzają wyliczenia GPS i szereg doświadczeń fizycznych, które są tam przeprowadzane. Całkiem ciekawsko! Przy tej okazji musimy nadmienić, że na półkuli południowej woda w ubikacji spłukuje się w przeciwnym kierunku niż u nas- wiedzieliście o tym? ;p Robiliśmy także inne eksperymenty:

– Siłowanie się. Jedna osoba „zwiera” z całej siły palec wskazujący i kciuk (tak jakby się pokazywało że jest OK), a druga próbuje je rozewrzeć. Stojąc poza linią jest to bardzo trudne, nawet przy słabszej osobie, natomiast stojąc idealnie na linii równika nikt nie ma szans utrzymać zwartych palców. Tłumaczą to grawitacją, czy czymś takim ;)

– Spacerek z zamkniętymi oczami po równiku. Nawet z zamkniętymi oczami nie ma problemu żeby iść idealnie po linii i utrzymać równowagę- powodem są tajemne moce napływające z obu półkul!

– Stawianie jajka na gwoździu. Nam się nie udało, a szkoda bo można było dostać certyfikat, ale możemy potwierdzić- jajko rzeczywiście stoi.

Muzeum było zatem wyjątkowo ciekawe jak na muzeum, tym bardziej że mieli tam także lamy, których jesteśmy wielkimi fanami. Zapomnieliśmy jeszcze dodać, że nie odmówiliśmy sobie śniadania (prawie) na równiku, które było gigantyczne jak wszystkie posiłki w Ekwadorze. To chyba pierwszy kraj na naszej drodze, w którym codziennie jesteśmy naprawdę najedzeni- jedzenie jest tanie i jest go dużo (a do tego smaczne ). Poniżej potwierdzenie naszych słów, oto jak wygląda przykładowe ekwadorskie śniadanie:

Kolejnym przystankiem po Quito była Riobamba. Miejsce ciekawe z powodu możliwości przejechania się na dachu lokalnego pociągu do drugiej miejscowości- Alausi, pokonując po drodze Nariz del Diablo, czyli diabelski nos. Jest to skała uformowana tak, że pociąg musi wykonać niezłe ewolucje aby tam przejechać. Niestety nic nie wyszło z tego planu, bo od czasu pewnego wypadku (podobno dwóch Japończyków straciło głowy- dosłownie- w czasie tej podróży) jazda na dachu została zakazana, później zlikwidowali pociągi i wprowadzili szynobusy, a na dodatek w tym momencie, najciekawszy „diabelski” odcinek trasy jest remontowany, więc cała ta zabawa nie ma dla nas większego sensu. Ostatecznie zatem, tylko przenocowaliśmy w Riobambie i udaliśmy się dalej- przez Lago de Colta (Kacze Jezioro) i najstarszy kościół w Ekwadorze, największe inkaskie ruiny w tym kraju, czyli Ingapirca (bez szału!) aż do miejscowości Cuenca, gdzie spędziliśmy Wigilię.

Co do Wigilii, napiszemy nieskromnie, że przygotowaliśmy wypasioną kolację dla wszystkich gości hostelu i wygląda na to, że smakowało! Nie było tak łatwo, z powodu braku pewnych składników, za którymi bezskutecznie biegaliśmy po miejscowych targowiskach i marketach, ale potrzeba jest matką wynalazków, daliśmy więc radę nawet z barszczem. Przed jedzeniem złożyliśmy sobie wzajemnie życzenia, każdy w swoim języku (a mieliśmy tam cztery różne) co brzmiało bardzo interesująco. Pasterki nie było, ale w zamian za to obejrzeliśmy ogromną tradycyjną dla miasta Cuenca paradę dzieci przebranych za chyba wszystko co istnieje, od postaci z szopki bożonarodzeniowej, po indian, klaunów, księżniczki, świętych mikołajów oraz w dzieciaki w tradycyjnych ekwadorskich strojach. Parada ta nosi nazwę Niños Viajeros, co oznacza „dziecięcych podróżników” i wygląda bardzo kolorowo (zastanawiamy się tylko skąd oni wzięli tyle dzieci w tak niewielkim mieście;).

Wygląda na to, że to pierwszy i ostatni wpis z Ekwadoru, bo jutro ruszamy do Peru. Trochę nam szkoda, bo zdecydowanie ten kraj zasługuje na dłuższą wizytę! Niewielki, ale za to niesamowicie różnorodny- od wysp Galapagos, przez wybrzeże z pięknymi plażami, dalej Andy, a w końcu dżungla amazońska. Należałoby zwiedzić Ekwador raczej w kierunku wschód- zachód, a nie tylko od północy na południe. Lista miejsc, do których chcemy wrócić w mniej lub bardziej odległej przyszłości coraz bardziej się wydłuża! Na zakończenie informacja- łącze internetowe jest tu wyjątkowo do… niczego, więc nie podejmujemy się próby wrzucenia zdjęć. Postaramy się zrobić to wartko, a póki co żegnamy się, życząc wszystkim wesołych ostatnich świątecznych chwil oraz szampańskiego ostatniego wieczoru w roku! ;)

gru
18

Iguana Śmierci i Kryształowa Małpa.

Posted by Magda i Marcin

Zgodnie z obietnicą, czas na kolejny wpis. Pomimo, że prędkości na kolumbijskich drogach nie sprzyjają szybkiemu przemieszczaniu się (tak, to już Andy!), udało nam się dotrzeć zgodnie z planem do wszystkich interesujących nas miejsc. Po pierwsze- San Agustin. Małe miasteczko, na południu Kolumbii, w pobliżu którego znaleźć można kilkaset kamiennych figur, przedstawiających ludzi i zwierzęta. Poza tym, w tej okolicy znajduje się drugi co do wysokości wodospad w Ameryce Południowej- bagatela 400 metrów!!! Pech chciał, że nie wiedzieliśmy wcześniej o tym wodospadzie, a plan był dość napięty i nie starczyło czasu by się tam wybrać. W zamian za to zrobiliśmy rundę po okolicznych stanowiskach archeologicznych- El Tablon i La Chaquira, i trzeba przyznać- to był strzał w dziesiątkę! Przyglądając się kamiennym posągom i zastanawiając się o co w tym w ogóle chodzi, wdaliśmy się w rozmowę z babcią, która sprawowała pieczę nad tymże stanowiskiem archeologicznym. Jak się okazało, babcinka (notabene niezwykle sympatyczna) miała jakieś niewyjaśnione związki ze starożytnymi Majami i zabrała się szybko za objaśnianie NASZYCH związków z kalendarzem Majów. Po spisaniu dat urodzenia i dokonaniu stosownych obliczeń, dowiedzieliśmy się, że:

– Magda: lubi matematykę, rysować i tańczyć (cholera, skąd wiedziała?!). Najlepsze miejsce na świecie to Meksyk, właściwy kierunek to zachód, a pora dnia to zmrok. Znak z kalendarza Majów: Kryształowa Małpa (w języku Majów: Chuen).

– Marcin: ma szósty zmysł i jest łącznikiem światów (w języku Majów: Cimi), najlepsze miejsce to Kamczatka, właściwy kierunek to północ, a jego znakiem jest Iguana Śmierci. Czy trzeba coś dodawać? ;)

Cała konwersacja odbyła się rzecz jasna po hiszpańsku, więc możliwe że czegoś nie zrozumieliśmy, ale materiały dydaktyczne w postaci tablic z kolorowymi rysunkami zdecydowanie ułatwiały przekaz. Były tam także dostępne własnoręczne wyroby obrazujące znaki z kalendarza Majów (głównie biżuteria), i co tu dużo mówić- daliśmy się na to złapać. Babcia mogłaby śmiało szkolić specjalistów od marketingu, bo wcale nie próbowała nas namówić na kupno czegokolwiek, ale wykład był na tyle intrygujący, że nie mogliśmy się oprzeć bransoletkom z naszymi znakami :D

Z żalem wyjechaliśmy z San Agustin, pozostawiając tam wiele rzeczy „na później” i ruszyliśmy do ostatniego przystanku w Kolumbii- Ipiales. Kolejne małe miasteczko tuż przy granicy z Ekwadorem, samo w sobie raczej nudne, ale w okolicy znajduje się nie lada atrakcja. Mowa o Sanktuarium Las Lajas, chyba najczęściej pojawiającym się motywie na okładkach przewodników po Kolumbii. Zresztą nie ma co się dziwić, bo sanktuarium jest usytuowane w naprawdę pięknej okolicy. Cała budowla jest jednocześnie kościołem i mostem nad rzeką Guáitara, w dodatku skrytym między górami. Wow, wow, wow! Trudno to opisać, najlepiej obejrzeć zdjęcia.

Tym sposobem zakończyliśmy pobyt w Kolumbii. Największe wrażenie wywarli na nas niesamowicie uprzejmi mieszkańcy tego kraju oraz Andy, które wydają się być wszędzie dookoła i ciągnąć w nieskończoność (oczywiście wiemy, że gdzieś się kończą- a gdzie, mamy zamiar sprawdzić sami w drodze do Ziemi Ognistej;)

gru
14

Panamski kanał i kolumbijski szok!

Posted by Magda i Marcin

Nie było łatwo zabrać się za ten wpis, ponieważ w ostatnim czasie nagromadziło się sporo różnych wydarzeń. Zacznijmy od tego, że zdążyliśmy już zmienić kraj- co nie było wcale łatwą sprawą! Dlaczego? Jak niektórzy wiedzą, a niektórzy nie, granicy pomiędzy Panamą a Kolumbią nie da się pokonać lądem. To znaczy można to zrobić, ale zawsze jest pewne ryzyko w postaci dzikich plemion indiańskich żyjących w dżungli po stronie panamskiej oraz uzbrojonych grup guerilla grasujących po stronie kolumbijskiej. Do tego całkiem wysokie ryzyko malaryczne i mamy już pełen opis tak zwanego Darien Gap, który zdecydowanie utrudnia przekroczenie tej granicy. Dotarliśmy więc do Panama City, aby postanowić czy wybieramy samolot, łódź, czy mieszankę jednego z drugim aby dotrzeć do Kolumbii.

Najlepszą w naszym mniemaniu opcją był lot do Puerto Obaldia- ostatniego panamskiego miasteczka tuż przy granicy (można tam dotrzeć tylko za pomocą lokalnych linii lotniczych- dróg lądowych nie ma) i wzięcie stamtąd małej łódki do kolumbijskiej Capurgany, następnie kolejnej łodzi do Turbo, gdzie już zaczynają się normalne drogi. Brzmi jak adventure, zajmuje 2 dni i całość wychodzi bardzo ekonomicznie. Niestety- na lotnisku w Panamie dowiedzieliśmy się, że w grudniu wszystkie loty do Puerto Obaldia są już zabukowane. Czyli ten plan odpada! Trochę zmartwieni pognaliśmy do budki telefonicznej, aby skontaktować się z poznanym dzień wcześniej Adamem- kapitanem jachtu kursującego pomiędzy Panamą i Kolumbią, o którym wiedzieliśmy że jest najtańszy, wypływa za dwa dni i ma jeszcze wolne miejsca. Jachty to dość popularny sposób na przedostanie się z Panamy do Kolumbii lub odwrotnie i można je zabukować w recepcjach kilku backpackerskich hoteli. Rejs trwa około 5 dni i w grafiku jest zawsze przystanek na okolicznych wyspach San Blas, gdzie żyją Indianie Kuna. Brzmi to naprawdę interesująco, choć czasochłonność tej podróży nie była nam specjalnie na rękę (powód: gnamy na Sylwestra do Limy w Peru;). W każdym razie, zadzwoniliśmy do Adama, a tu kolejny suprise- w czasie kiedy jechaliśmy na lotnisko pytać o loty, ktoś zdążył zaklepać wszystkie miejsca. Szlag!

Pozostał nam zatem bezpośredni samolot do Kolumbii, co pozwoliło nam zaoszczędzić na czasie, ale stracić przygodę. Co zrobić! Musimy jednak opisać, co wyprawia się w kolumbijskich liniach lotniczych;) Najpierw krótki opis geograficzny: startujemy z Panama City, najbliższe lotnisko w Kolumbii to Pereira, ale my chcemy lecieć do Bogoty (stolica Kolumbii). O dziwo lot do Pereiry (która jest bliżej) odbywa się z przesiadką w Bogocie i kosztuje 100$ mniej niż sam tylko lot do Bogoty. Dlaczego dwa loty kosztują o sto dolarów mniej niż jeden, który w dodatku zawiera się w tych dwóch lotach- tego odgadnąć nie potrafimy! Wpadł nam do głowy jakże sprytny plan, by kupić tańszy lot do Pereiry i po prostu wysiąść w Bogocie, ale kwestia bagażu zawaliła sprawę. Pan z linii lotniczych uprzedził nas, że bagaż i tak zostanie nadany prosto do Pereiry, a zatem nie mając już innych opcji, tam właśnie postanowiliśmy lecieć.

Oczywiście będąc w Panama City wybraliśmy się nad łączący dwa oceany Kanał Panamski, a krótko po tym załadowaliśmy się do samolotu, aby po półtorej godziny wylądować w Kolumbii i przeżyć prawdziwy szok. Oczekiwaliśmy jakichś biednych (i być może nieco niebezpiecznych) klimatów, a to kraj rozwinięty i nowoczesny i naprawdę nie ma czego się bać! Ilość kontroli wojskowych na drogach jest tak duża, że guerilla nie stanowi takiego zagrożenia, jak kilka lat temu. Poza tym z powodu zbliżających się Świąt, wszystkie miasta są pięknie udekorowane światełkami i drzewkami, a zatem klimat świąteczny panuje tu pomimo braku śniegu. Z Pereiry ruszyliśmy do Bogoty- rewelacyjnego miasta! Są tam zarówno piękne zabytki jak i nowoczesne centra, ogromne parki zieleni, a ponadto życie nocne kwitnie prawie w każdej dzielnicy. Wszyscy tu tańczą salsę, rumbę lub kolumbijski taniec- cumbię :) Wrażenia bardzo pozytywne! Będąc w Bogocie, zwiedziliśmy także zlokalizowaną pod miastem katedrę wykutą wewnątrz kopalni soli. Informacją tą kończymy ten dość długi wpis i uprzedzamy, że już wkrótce pojawi się kolejny, bo wciąż dzieją się u nas ciekawe rzeczy!

gru
10

La cocina latinoamericana

Posted by Magda i Marcin

1. MEKSYK

Kuchnia meksykańska jest bardzo bogata, pełna kolorów i zapachów, które potrafią wywołać wilczy głód. W trzech słowach: kurczak, ostre przyprawy, limonka. Uprzedzamy, że poniższy spis zawiera tylko część potraw meksykańskich z jakimi się spotkaliśmy- to wszystko, co najbardziej zapadło nam w pamięć. Ślinka cieknie na samo wspomnienie!

Torta– nasz faworyt!

Meksykański odpowiednik hamburgera, ale milion razy lepszy! Dużo warzyw, duuuużo sera, kurczak, wołowina lub kiełbasa- lub w zamian za mięso jeszcze więcej warzyw i sera;) – podawane w podłużnej bułce na ciepło. Nie brzmi szczególnie, ale tak właśnie smakuje. Do tego kilka ostrych i ostrzejszych sosów do wyboru (polecamy zwłaszcza salsa de jalapeño, czyli sos z małych ostrych papryczek, najczęściej w zielonym kolorze).

Salbutes (potrawa typowa dla Yucatanu)

Salbutes to rodzaj tortilli z kurczakiem /serem oraz warzywami (cebula, pomidor, sałata) i rzecz jasna limonką + barrrrdzo ostrą salsą. Spotkaliśmy się z nimi tylko w okolicy ruin Chichen Itza na półwyspie Jukatan.

Quesadillas (występują powszechnie w całym Meksyku)

Naleśniki nadziewane serem (jak sama nazwa wskazuje- „queso” to właśnie ser), dostępne również z mięsem: najczęściej kurczakiem (oczywiście!). Quesadille zdobyły szturmem nasze serca i żołądki. Pycha!!!

Tacos (równie powszechne jak i Quesadillas)

Taco to malutka tortilla z mąki kukurydzianej (nie mylić z mąką pszenną- wtedy to już burrito;) podawane z mięsem: do wyboru kurczak, „carne asada” czyli mięso pieczone, którego pochodzenia nie rozszyfrowaliśmy, bądź inne mięso. Do tego zawsze dodatki do wyboru: cebula z pomidorem na ostro, małe piekielnie ostre zielone papryczki, ogórki, ostra rzodkiewka, limonka, fasolka „cała” lub w postaci pasty fasolowej oraz różne sosy.

Ensalada de cactus, czyli sałatka z kaktusem (próbowaliśmy w La Paz, ale do znalezienia w całym kraju)

No cóż, to po prostu sałatka warzywna, tyle że oprócz pomidorów, ogórków itd., itp., znajduje się w niej kaktus. W smaku podobny zupełnie do niczego! Kaktus w naszym odczuciu jest raczej mdły i bez doprawienia go ostrym sosem nie prezentuje sobą nic szczególnego ;)

Guacamole

Guacamole to sos przyrządzony na bazie awokado i w zależności od miejsca, innych dodatków (np. limonka, sól, pomidory, cebula, czasem papryczka chili). Smakuje fantastycznie ze wszystkim, a szczególnie z nachosami!

Nachosy

Ameryki nie odkryjemy, odkąd serwują je zamiast popcornu w polskich multipleksach, ale wydaje nam się że te meksykańskie są jakby nieco smaczniejsze ;) Może dlatego, że są do kupienia świeżo przygotowane w ulicznych budkach! Podawane z rozmaitymi sosami lub z roztopionym serem.

Platanas Fitas, czyli frytki bananowe.

W Hiszpanii słowo „platanas” oznacza po prostu banany, ale w Ameryce Środkowej mianem tym określa się coś w rodzaju zmutowanych wielkich zielonych bananów (a normalne banany to „bananas” :D). Na surowo są one nie do przyjęcia (istne paskudztwo) ale usmażone przez pulchną senioritę na ulicznym straganie i polane sosem truskawkowym… Madre Mia! Uzależniające!

Camarones secos – suszone krewetki

Nie masz chipsów, zjedz krewetki! Szczególnie popularne (jak i inne owoce morza) w rejonach położonych blisko Pacyfiku (np. Mazatlan). Do kupienia na straganie przy każdej głównej drodze. Prawdę mówiąc nie próbowaliśmy, ale do dziś wspominamy ich intensywny zapach który unosił się w kabinie ciężarówki, wiozącej nas do Guadalajary…

El pozol

To tradycyjny napój dla meksykańskiego stanu Tabasco, przyrządzany na bazie kakao które jest tam powszechnie uprawiane. Smakuje jak gorzkie kakao z lodem. Do dziś przechodzą nas ciarki na samo wspomnienie tego drina- przygoda z wypiciem pozola skończyła się siedmiodniowym zatruciem pokarmowym i koszmarnym bólem brzucha (prawdopodobnie woda lub lód były nie w porządku). Od tamtej pory, aż do Kostaryki nawet zęby i naczynia myliśmy wodą mineralną ;p

2. AMERYKA CENTRALNA, CZYLI OD BELIZE DO PANAMY

Tu nie możemy pochwalić się aż takim doświadczeniem, ponieważ w Meksyku spędziliśmy więcej czasu niż we wszystkich tych krajach razem wziętych. Odnieśliśmy wrażenie, że kuchnia środkowoamerykańska nie jest aż tak bogata, co nie oznacza że nie znajdzie się tu coś dobrego. Oto, co wyłapaliśmy po drodze:

Ceviche (popularne w zasadzie w każdym nadmorskim regionie)

Jest to surowa ryba podawana w całości, polana obficie sokiem z limonki, z dodatkiem cebulki, papryki i soli. Nie skusiliśmy się, gdyż doszły nas słuchy, że po jej zjedzeniu można nabawić się cholery (zwłaszcza w Belize) nawet gdy zamówi się gotowaną wersję tej ryby. Dlaczego? Prawdopodobnie i tak jej nie ugotują, a różnicę podobno trudno jest wyczuć. Informacja ta jest zasłyszana, ale z bardzo wiarygodnego źródła!

„Śniadanie Majów” (rodem z Gwatemali)

Jedno z dziwniejszych połączeń jakie widzieliśmy (niestety nie posiadamy zdjęć). Podsmażona czerwona fasolka, jajka, kwaśna śmietana, smażone banany, dwa plasterki gwatemalskiego sera i oczywiście tortilla. No cóż, dosyć dziwne… Z tego co wyczytaliśmy, jest to prawdziwa spuścizna po cywilizacji Majów.

Ryż z fasolą (to podstawa środkowoamerykańskiej diety)

Do tego mnóstwo różnych mięs do wyboru (wśród nich zawsze kurczak), czasem znajdzie się też jakieś warzywo jak np. gotowane liście szpinaku. Nie można zapomnieć o tortilli rzecz jasna. Ocenę estetyki tej potrawy pozostawiamy czytelnikom :P Zdjęcie pochodzi z Ciudad de Guatemala (z raczej nieprzyjemnej okolicy), gdzie potrawy serwowano z sosem przypominającym w smaku musztardę francuską.

Pupusas (tradycyjne danie z El Salvadoru)

Małe tortille kukurydziane nadziewane serem (queso), pastą fasolową (frijoles) lub wieprzowiną w postaci pasty (chicharrón). Zazwyczaj do wyboru są „pupusas de queso y frijoles” oraz „pupusas revueltas” czyli mix wszystkich trzech składników. Do tego sos pomidorowy i kapusta.

Choco bananas!!!!

Przepis prosty jak chocobanan. Oblewasz banana czekoladą, nadziewasz na patyk i umieszczasz w zamrażarce. Po kilku godzinach sprzedajesz turystom za 1 quetzala i wszyscy są szczęśliwi. Byliśmy zbyt skupieni na wcinaniu tego przysmaku, żeby zrobić jakiekolwiek zdjęcie, ale polecamy na każdą okazję :D

Kawka panamska

Pisaliśmy już na ten temat w ostatnim wpisie- poniżej dokumentacja fotograficzna. Cappucino doble (supermocne) i chocolacino prosto z panamskiej Cafe Ruiz.

Owoce

Nie można także nie napisać o owocach, które są kosmicznie tanie i sprzedawane na każdym rogu, osobno lub w zestawach, dostępne także w chickenbusach :) Ananasy, arbuzy, kokosy, mango, papaja, banany, pomarańcze i wiele innych.