obrazek
lut
07

Parque Nacional Los Glaciares

Posted by Magda i Marcin

W poprzednim wpisie obiecaliśmy zrobić dwie rzeczy: wdrapać się na lodowiec Perito Moreno i pójść na trekking w Parku Narodowym Los Glaciares. Musimy przyznać, że wykonaliśmy tylko jedną z tych misji, czyli przez cztery dni wędrowaliśmy po parku. Przeprosiliśmy się przy tej okazji z naszym namiotem, którego nie używaliśmy od dawna, bo aż od Salwadoru. Jeżeli chodzi o słynny Perito Moreno, to dopisujemy go do listy rzeczy, które trzeba zrobić na emeryturze. Niestety nie ma możliwości dotrzeć tam w żaden ciekawy sposób (duże grupy ludzi zawozi się pod lodowiec taksówkami / autobusami, potem przesadza się na statek skąd można popatrzeć na lodowiec), również wejście na lód jest całkowicie kontrolowane przez jedną firmę, więc postanowiliśmy zobaczyć dwa inne (choć nie tak znane) lodowce na północy parku zaliczając po drodze piękną wędrówkę.

Dotarliśmy więc do miejscowości El Chalten, którą Argentyńczycy nazywają „narodową stolicą trekkingu”. Rzeczywiście, jak na argentyńskie warunki jest gdzie chodzić, ale ktoś kto przywykł do wędrówek po polskich górach, może się uśmiechnąć pod nosem ;-) Otóż wszystkie ścieżki w Parku można zejść w 5-6 dni (dla porównania polski Główny Szlak Beskidzki pokonuje się średnio w ok. 20 dni, a to przecież tylko jeden ze szlaków!). Z drugiej strony nie ma się co dziwić – lwią cześć Parku zajmują tereny po których chodzić się nie da (lodowce czy górskie szczyty dostępne tylko dla najbardziej doświadczonych wspinaczy), ponadto widać, że dużo się tu robi dla lokalnej flory i fauny i może to także jest powód dla którego sieć szlaków nie jest przesadnie rozbudowana.

W każdym razie, zaraz po dotarciu do El Chalten ruszyliśmy z naszymi odchudzonymi plecakami i namiotem prosto w patagońskie góry. Nad okolicą dostojnie góruje Fitz Roy, czyli Mekka wspinaczy i ich niedościgniony cel (z tego co wiemy wdrapuje się tam tylko 10 osób rocznie a wypadki śmiertelne nie należą do rzadkości). Rzeczywiście, góra robi wrażenie a na samą myśl o tym, że można chcieć tam wejść człowiek dostaje gęsiej skórki. My wybraliśmy mniej szalone warianty ale i tak czujemy się zupełnie nasyceni tym czterodniowym łażeniem. W końcu widoki zapierające dech w piersiach, duże ilości ptactwa (w dodatku bardzo zuchwałego, jakby zupełnie nie bały się ludzi), polodowcowe rzeki i jeziora o najpiękniejszym kolorze na świecie (czyli turkusowym- taki sam kolor miały rzeki i oceaniczne zatoki w Haines na Alasce) i oczywiście same lodowce. Jak już wyżej wspomnieliśmy, wróciliśmy do biwakowania; palnik, butla z gazem, żarcie z puszek – byłoby super, tyle że zimne noce dały nam w kość! W końcu spaliśmy w bliskim sąsiedztwie lodowców, a drugiej nocy na okolicznych szczytach pojawił się nawet świeży śnieg. Warto było jednak to przetrwać choćby po to by móc usłyszeć w nocy potężny łoskot, który oznajmiał, że część lodowca odłamała się i wpadła do pobliskiego jeziora. Jeśli chodzi o lokalną zwierzynę, to w Parku grasuje paru przyjemniaczków, których bardzo chcieliśmy zobaczyć – na czele tej listy była puma, skunks czy huemul, czyli parzystokopytny endemit (występuje tylko w Patagonii – zarówno w Chile jak i Argentynie). Niestety, zwierzaki nie są takie głupie i w sezonie nie trzymają się blisko szlaków. Ze ssaków trafiliśmy tylko lisa (zorro colorado), natomiast jeśli chodzi o ptaki to… I oto nadciąga drugi quiz! ;-) Do 15.02. czekamy na rozwiązanie zagadki: jaki to ptak? Do odgadnięcia siedem ptaków (tu trzeba się pochwalić, że wszystkie widzieliśmy;). Zatem, kto pierwszy ten lepszy! Acha, nagrodą będzie mały gadżet prosto z Buenos Aires :D

Add A Comment