obrazek
sty
02

Peruwiańskie początki

Posted by Magda i Marcin

Kilka osób życzyło nam na naszym blogu, żebyśmy zdążyli na Sylwestra do Limy. Donosimy więc, że się udało! Mało tego. Nie dość, że dojechaliśmy do Limy i pobieżnie ją zwiedziliśmy, to jeszcze zdążyliśmy się z niej przed Sylwestrem wynieść ;) Ale od początku…

Do Peru wjechaliśmy od północy. Pierwsze zaskoczenie to sama ekwadorsko-peruwiańska granica. Otóż, jeżeli ktoś podobnie jak my, chce załatwić wszystko zgodnie z literą prawa i posiadać pieczątki: wyjazdową z Ekwadoru i wjazdową do Peru, czeka go nie lada spacerek. Ktoś bardzo pomysłowy rozmieścił oba punkty odpraw w odległości (zaledwie) sześciu kilometrów od siebie. Zaskoczenie numer dwa to peruwiański krajobraz. Obserwowaliśmy go z okien autobusu w drodze do Limy i ku naszemu zdziwieniu, północ Peru to jedna wielka pustynia. Mowa tu oczywiście o części kraju leżącej bliżej wybrzeża. Przez dwadzieścia trzy godziny jazdy rzadko można było zaobserwować coś innego niż piasek, kamienie i gdzieniegdzie porozrzucane chaty autochtonów.

Sama Lima, to dziesięciomilionowa metropolia w której można znaleźć zarówno bogate dzielnice turystyczne jak Miraflores (na szczęście ceny hosteli są tu bardzo przystępne!) jak i kłujące biedą w oczy slumsy na północnych krańcach miasta. Uwagę przykuwają zwłaszcza obskurne betonowe kloce bez okien. Centrum historyczne miasta jest za to zadbane i warto spędzić w nim trochę czasu, spacerując leniwie po urokliwych uliczkach. Trzeba być jednak czujnym, zdarzyć się tam może bowiem historia podobna do tej…  Otóż, gdy wracaliśmy sobie z urzędu pocztowego w centrum (swoją drogą ceny znaczków pocztowych to tu istna paranoja) zaczepił nas miły jegomość z synem i krzyczy do nas: Francais?? Nie dziwcie się, to nie pierwszy raz gdy mylą nas z żabojadami. Grzecznie odpowiedzieliśmy:

– No! Polacos!
– Warszawa, Kraków, Katowice? – woła za nami jegomość.
– Poznań! – odpowiadamy, zarazem zdziwieni tym, że ktokolwiek w Peru umie wymienić więcej niż jedno polskie miasto.
– Lech Poznań! Lato, Boniek, Smolarek (tu skończył się wątek piłkarski a zaczął polityczny): Tusk, Kaczyński, Komorowski!
-Bueno! – mówimy, ale to nie był koniec popisów nieznajomego. Wyciągnął z kieszeni magiczną książeczkę (taki mini atlas geograficzny) gdzie najwyraźniej od dłuższego już czasu, notował informację usłyszane od turystów nt. ich państw.
– Warka, Tyskie, Lech, Harnaś, Żywiec – wyrecytował na koniec. Teraz mieliśmy już pewność, że gość wie wszystko co najważniejsze o naszym kraju ;)

Wdaliśmy się z nim w gadkę, gdzie Polska była tematem wiodącym, po czym facet zakomunikował, że ma małą i tanią restaurację nieopodal, i czy może zachcemy wejść i napić się z nim piwa. Temperatura była wysoka a my spragnieni, więc pomysł ten wydał nam się całkiem dobry. Jak się jednak okazało, była to kompletna ściema: knajpa wcale nie była jego, piwo paskudnie drogie, a jak się szybko zorientowaliśmy- to my mieliśmy być sponsorami. Zapewne gość robi to często- zagaduje turystów (ma coś do powiedzenia o każdym kraju), zaprasza ich na piwo, a gdy przychodzi do płacenia, cwaniacko się wymiguje. No cóż, w przypadku poznańskich studentów taka akcja była jednak z góry skazana na porażkę :P Zastanawialiśmy się przez moment czy nie dać mu nauczki i wymknąć się cichaczem nie płacąc nawet za siebie (w końcu to on nas zaprosił), ale nie jesteśmy jednak tacy;) Napiliśmy się, rzuciliśmy kelnerowi odliczone za nas i ruszyliśmy do wyjścia. Oboje- nasz „nowy znajomy” oraz kelner (który ewidentnie był z nim w zmowie) trochę się burzyli, że jak to tak i mamy zapłacić też za jego piwo i pepsi dzieciaka, ale stanowczym „adios” zakończyliśmy temat.  Gość był tam prawdopodobnie bez pieniędzy więc nie wiemy jak za to zapłacił ale mamy nadzieję, że uratowaliśmy w ten sposób od naciągania wielu turystów, zwłaszcza tych z kraju nad Wisłą, bo po tej akcji cwaniaczek prawdopodobnie wykreślił już Polskę ze swojego atlasiku. Jedyne co w tej sytuacji martwi, to rzeczy których ten człowiek uczy swojego syna- ale poza tym mieliśmy niezły ubaw na widok jego zdezorientowanej miny.

Z Limy udaliśmy się do oazy Huacachina nieopodal miejscowości Ica. Słowo oaza pada tu nie bez kozery. Jest to prawdziwa, piaszczysta pustynia z małym oczkiem wodnym pośrodku, wokół którego pobudowało się z czasem trochę hoteli i restauracji. Bardzo urokliwe miejsce które w tej chwili ściąga turystów swoją największą atrakcją: ogromną ilość wydm idealnych do uprawiania sandboardu! Oczywiście my też się skusiliśmy się na ostrą jazdę na dechach i trzeba przyznać, że zabawa jest przednia ;) Poniżej filmik dokumentujący jeden ze stylowych zjazdów:

Pobawiliśmy się w piachu trochę czasu, słońce prażyło niemiłosiernie (co miało znaczenie o tyle, że po wywrotce piasek nieźle parzył!) ale w końcu trzeba było się zbierać – wszak był to Sylwester, a przed wieczorną zabawą warto było spłukać z siebie piasek (tony piasku!). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie Davida z Limy, którego poznaliśmy tego dnia w naszym hotelu, a na zmianę daty wdrapaliśmy się na czubek ogromnej wydmy górującej nad oazą, skąd obserwowaliśmy sztuczne ognie (Peruwiańczycy się nie popisali – pięć minut marnych wystrzałów;)

W Huacachina nie zabawiliśmy długo, następnego dnia rano złapaliśmy autobus do Nazca, gdzie mieliśmy nadzieję obejrzeć słynne w świecie preinkaskie naziemne linie. Linie można oglądać na dwa sposoby: z ziemi (jedna sztuczna wieża widokowa i jedna naturalna) lub z awionetki. Ku własnemu zdziwieniu wybraliśmy opcję naziemną. Mieliśmy zarówno czas jak i odłożone na tę okoliczność pieniądze ale jak pewnie pamiętacie, w przełomie sierpnia i września, spędziliśmy w ciągu trzech dni prawie 24 godziny w samolotach i co tu dużo mówić – oboje nabawiliśmy się awersji do tego środka transportu. Tak długo jak nie musimy wsiadać do samolotu (czyli do naszego lotu z Buenos do Europy;) tak długo nie mamy zamiaru tego robić! :p Wracając jednak do Linii Nazca to trzeba przyznać, że jest to rzecz bardzo interesująca. Gdyby przyjrzeć się liniom z bliska, jawią się one jako wykopane na 3-4 cm rowki, które sprawiają wrażenie jakby nie miały przetrwać do jutra. Ale nic z tego – przetrwały już 2000 lat i przetrwają następne dwa! Dzieje się to za sprawą klimatu panującego na płaskowyżu – jest strasznie sucho, pada ok. 3-4 godziny rocznie (nie, nie dni- godziny!) i cały krajobraz nie zmienia się przez tysiąclecia. Ludzie Nazca dobrze wiedzieli gdzie budować linie i znaki – szacunek dla nich za to!;)

  1. skwara Said,

    Ale super! Trzymajcie się (nie napiszę ciepło, bo z tym chyba nie ma problemu :P) i bawcie się dobrze.
    PS Weźcie się odezwijcie, bo matka usycha z tęsknoty!

  2. Iza Said,

    Sandboard?! Phi, my mamy snow. Tylko pół wyrazu różnicy, a nie trzeba gnać na drugi koniec świata. ;) Żartuję, rzecz jasna – i pozdrawiam mroźno-polsko (bo pewnie trochę ochłody się przyda).

Add A Comment