obrazek
sty
23

Trochę ruchu zaszkodziło.

Posted by Magda i Marcin

Jak powyżej. Trudno znaleźć powód tego stanu rzeczy- czy wariackie tempo ostatnimi czasy, czy ciągłe zmiany wysokości (od poziomu oceanu w Limie do najwyżej położonego miasta na świecie- Potosi 4090 m n.p.m), czy może te wszystkie godziny spędzone w parszywych autobusach (jak sobie przeliczyliśmy, od północy Peru do południa Boliwii spędziliśmy w nich 112 godzin!), w każdym razie przyszedł czas żeby to wszystko odchorować. Z tego powodu zmarnowaliśmy kilka dni w Sucre, w Boliwii, leżąc na wyrze i błagając o litość. Ale po kolei.

Najpierw przyjechaliśmy do boliwijskiej miejscowości Copacabana, położonej nad jeziorem Titicaca. Miasteczko raczej nuda chyba, że ktoś lubi siedzieć ciągle w knajpie, ale można tam kupić wycieczkę na różne interesujące punkty na jeziorze. Są tam między innymi pływające wyspy zbudowane z trzciny przez lokalnych, ale z tego zrezygnowaliśmy bo już jakiś czas temu doszły nas słuchy, że to straszny kicz, zrobiony pod turystów. Wybraliśmy się w zamian za to na Isla del Sol czyli Wyspę Słońca, zamieszkiwaną przez małą rolniczą społeczność która posługuje się językiem Aymari. Spotkaliśmy tam pana przewodnika, który pochwalił nam się, że był w ochronie papieża Jana Pawła II, w czasie jego wizyty w Boliwii w 1988 roku. Nauczył nas także pewnego zwrotu w języku Aymari, ale do tego jeszcze wrócimy ;). Trzeba też dodać, że był to pierwszy dzień na takiej wysokości (jezioro położone jest na 3812 m.n.p.m) i dało nam się we znaki rozrzedzone powietrze- ból głowy i zadyszka po każdym kroku, teraz już rozumiemy dlaczego reprezentacja Boliwii w piłce nożnej wygrała z Argentyną podczas meczu w La Paz (stolica Boliwii, również bardzo wysoko w chmurach;). Trzeba trochę czasu żeby przystosować się do tych wysokości.

Następnie ruszyliśmy do Uyuni, z krótkim przystankiem w La Paz. Uyuni jest położone na brzegu Salaru Uyuni, czyli największego solniska na świecie. Warstwa soli ma grubość około 10 metrów, a powierzchnia salaru wynosi jakieś 10 tys km2. Można tam wynająć rower i jeździć sobie beztrosko całymi dniami po soli, ale bardziej popularne są wycieczki jeepami- od 1 do 4 dni. My, jak zwykle w pędzie zdecydowaliśmy, że kupujemy jednodniową wycieczkę. Naszym zdaniem pierwszego dnia i tak odwiedza się najbardziej interesujące punkty na salarze i w okolicy, czyli: cmentarzysko lokomotyw, Isla de Pescado (Wyspa Ryb, porośnięta gigantycznymi kaktusami), Montanas del Sal (solne górki;) oraz Ojos del Sal (Oczy Soli, czyli bulgoczące dziury w salarze). Zamiast opisywać wszystkich ciekawostek, zapraszamy do galerii zdjęć, która chyba (mamy nadzieję) oddaje klimat tego miejsca.

Tuż przed wyjazdem z Uyuni spotkaliśmy się na chwilę ze znajomą ekipą Trek Teamu, którzy wędrują sobie właśnie gdzieś między Boliwią, Chile i Ekwadorem i znając Jacka („kierownika” :D) jesteśmy pewni, że doskonale się bawią. Pozdro wiara!

Ostatnim przystankiem w Boliwii było wspomniane wcześniej Sucre, gdzie dotarliśmy wieczorem, a następnego dnia już nie wstaliśmy. Wszystko nas bolało i mieliśmy chyba gorączkę, choć bez termometru ciężko to sprawdzić. Boliwijska służba zdrowia przypomina trochę polską i po wycieczce po trzech punktach medycznych człowiek czuje, że lepiej będzie jak wyzdrowieje sam z siebie :P Tak też zrobiliśmy, ale w Sucre zostaliśmy na małą kwarantannę. Na plus możemy napisać, że drugiego dnia w naszym hostelu spotkaliśmy Donka i Wingo, czyli dwóch zakręconych gości, z którymi od czasu Machu Picchu co kilka dni wpadamy na siebie w jakimś miejscu ;) Przynajmniej nudno nie było!

Po tych przygodach doszliśmy do wniosku, że zawijamy z Boliwii prosto do Argentyny, porzucając wcześniejszą myśl o Paragwaju. Zmierzając do końca tego wpisu, nie możemy sobie odmówić opisania kilku konwersacji, które zdarzyły nam się w Boliwii. Boliwijczycy okazali się najbardziej niedomyślnym i gamoniowatym narodem jaki w życiu spotkaliśmy (żeby nie było, można spotkać tam także bardzo sympatycznych ludzi, ale to raczej rzadkość). Oto trzy największe hity:

1. Miejsce: hotel, Osoba: stary, gruby recepcjonista

My: Czy ma Pan wolne pokoje?
Pan: (po 2 minutach wpatrywania się w telewizor) Tak.
My: Czy możemy zobaczyć?
Pan: (3 minuty namysłu) Nie mam już wolnych pokoi.

2. Miejsce: restauracja, Osoba: młoda kelnerka. Wchodzimy, bierzemy kartę, namyślamy się, podchodzi kelnerka.

Kelnerka: Tak?
Magda: Czy jest makaron?
K: Nie ma.
Marcin: Poproszę rybę z czosnkiem.
K: Nie ma.
Magda: Czy są ziemniaki albo ryż?
K: Nie ma.
My: A co jest?
K: Nic. Teraz jest zamknięte.
My: ?!?!?!

3. Miejsce: restauracja. Osoba: starsza właścicielka. W karcie mają podaną cenę piwa 12 boliviano, a na „rachunku” widzimy że policzyli 15.

My: Przepraszam, ale tutaj jest podana inna cena piwa.
Pani: Hm, ale piwo kosztuje 15.
My: Ale w karcie jest napisane, że 12!
Pani: No… ale piwo przecież zdrożało!

Zdarzyło nam się także (będąc jedynymi klientami w knajpie), że zamówiliśmy dwa śniadanie, a dostaliśmy tylko jedno. Po godzinie okazało się, że zapomnieli o drugim. No cóż, widząc tych ludzi nie mamy wątpliwości, że nie robią tego złośliwie- po prostu tacy już są. Jak to powiedział francuski konsul naszemu koledze, który notabene został okradziony w Sucre z paszportu, aparatu i pieniędzy: „That’s Bolivia, Man!” :P

  1. sittinghenpoland Said,

    Dialog nr.2 w niby otwartym, a faktycznie zamkniętym lokalu, dla mnie osobiście the best.

Add A Comment