obrazek
lis
18

Ukraińskie TOP5

Posted by Magda i Marcin

[Marcin] Wracając niedawno z Ukrainy miałem bardzo dużo czasu na przemyślenia. Przejazd „Barbakana” z Przemyśla do Poznania to bez mała dwanaście godzin jazdy, co pozwala gruntownie pochylić się nad niektórymi sprawami. Stwierdziłem wówczas, że piąta już wizyta w tym wspaniałym kraju upoważnia mnie do tego, żeby co nieco móc o nim opowiedzieć. Znawcą Ukrainy oczywiście jeszcze nie jestem i bardzo daleko mi do tego miana, jednak pięć wizyt wydaje się być dobrą okazją na pewne podsumowanie. I tak, dumając sobie w PKP, gdzieś na wysokości Rzeszowa wpadłem na pomysł: subiektywne TOP5 to jest to!

Numer #5: Bałakława

Balaklava

Długo się zastanawiałem czy Bałakławę w moim subiektywnym rankingu ująć. Obecnie stanowi ona część Sewastopola a co za tym idzie znajduje się na Krymie. Trudno rozstrzygnąć czy mówimy jeszcze o terytorium Ukrainy czy już bezpowrotnie kraj ten utracił półwysep na rzecz Rosji. Odpowiedzi na to pytanie nie potrafię udzielić przyjmuję więc, że skoro była to Ukraina gdy Bałakławę odwiedzałem, to ma ona pełne prawo do znalezienia się w zestawieniu.

Największą osobliwością Bałakławy są wybudowane w czasach Związku Radzieckiego sztolnie a dodać wypada, że są to sztolnie nie byle jakie – długie na półtora kilometra, szerokie na przeszło dwadzieścia metrów. System kanałów pozwalał pomieścić nawet osiem okrętów podwodnych. Obiekt ten był do niedawna udostępniany dla turystów ale trudno mi powiedzieć jak się sprawy mają obecnie. W każdym razie, zwiedzając sztolnie można było usłyszeć pewną ciekawostkę, że cały obiekt przygotowany był w taki sposób, by łódź podwodna mogła do niego wpłynąć bez wynurzenia, przejść niezbędne naprawy i serwis a następnie wypłynąć w Morze Czarne również niewynurzona.

W Bałakławie znajdziemy również inne smaczki. Będąc na miejscu nie można przegapić na przykład ruin genueńskiej twierdzy Czembalo a także (a może przede wszystkim) wspaniałych nadmorskich plaż. Osobiście polecam tą, którą zwą „Srebrną”, w pakiecie z wyrobami domowej roboty etatowej plażowej Babuszki.

 Numer #4: Pop Iwan

Pop Iwan

Wyjaśnić muszę czemu zdjęcie tak wątpliwej jakości (z resztą skanowane ze zdjęcia wywołanego) trafiło do tego wpisu. Wyjazd w ostępy Czarnohory był moim pierwszym poważniejszym wyjazdem za granicę zorganizowanym na własną rękę. Było to już ładnych parę lat temu, w dodatku zdjęcia robiłem wówczas tak zwaną jednorazówką a że koniecznie chciałem zamieścić tu własny produkt, to efekt jest jaki jest. Sentyment do fotografii z tego wyjazdu mam jednak ogromny, podobnie jak do samego Popa Iwana.

Jest to góra niewysoka (2022 m.n.p.m.) a mimo to bardzo atrakcyjna; nie dość, że wpisana jest w urzekający krajobraz to jeszcze dźwiga na swych barkach piękną budowlę zwaną niegdyś Białym Słoniem. Obecnie budynek to zupełna ruina warto mieć jednak na uwadze, że w czasach swej świetności było to bardzo nowoczesne obserwatorium astronomiczno-meteorologiczne wybudowane za ogromną jak na ówczesne realia kwotę.

Nie Biały Słoń był jednak tym, co w bezpośrednim sąsiedztwem Popa Iwana urzekło mnie najbardziej. To co najbardziej zapadło mi w pamięć, to samotne osady ludzkie rozrzucone na jego stokach. Po dziś dzień uwierzyć nie mogę, że na przełomie tysiącleci, niemal w centrum Europy, nadal odnaleźć można było chaty słomą kryte z klepiskiem zamiast podłogi. Powiecie: jasne, takie chaty to nawet w Polsce jeszcze znajdziesz. Owszem, ale pod Popem Iwanem stary i do granic możliwości pomarszczony pasterz w chacie swojej miał palenisko, na którym w ogromnym kotle wyrabiał sery i na tej czynności oraz hodowaniu trzódki upływało mu życie. Jak utrzymywał, raz w miesiącu schodził do oddalonego o wiele kilometrów Rachowa, by wyrobione przez siebie nabiały zamieniać na inne dobra. Chleb był dla niego i jego rodziny prawdziwym rarytasem. Było to trochę jak wizyta w Biskupinie.

Numer #3: Stacja Arsenalna i okolica

Arsenalna

W Kijowie można zobaczyć i zrobić wiele fantastycznych rzeczy, najlepiej jednak jest wysiąść z metra na stacji Arsenalnej. Na przestrzeni zaledwie dwóch kilometrów podróżny dostaje obuchem w głowę trzykrotnie: pierwszy raz wytaczając się (bo z uwagi na tłok o wysiadaniu nie ma mowy) z kolejki wprost na peron najgłębszej stacji metra świata (tak! 105 metrów poniżej poziomu gruntu!), następnie oglądając złote kopuły Ławry Peczerskiej, a trzeci raz po dotarciu do Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej.

O ile atrakcyjności pierwszych dwóch miejsc wyjaśniać nie trzeba o tyle w przypadku tego plenerowego muzeum słówko wyjaśnienia się należy. Otóż najzwyczajniej w świecie przytłacza. Punktem centralnym parku jest Pomnik Matki Ojczyzny wokół którego narosło już kilka nie do końca zweryfikowanych legend. Ukraińcy powiadają, że ten 62-metrowy gigant wykonany jest z tytanu (mało prawdopodobne ale któż to wie). Jeśli liczymy jego wysokość wraz z stanowiącym cokół budynkiem, wówczas figura osiąga sto dwa metry. Podobno, swego czasu był to najwyższy pomnik dawnego ZSRR co nie do końca podobało się w Moskwie. W związku z tym, miecz Matki Ojczyzny został dość drastycznie skrócony spychając monument na drugie miejsce wśród elitarnego rankingu pomników Związku Radzieckiego. Tej historii również należy słuchać z przymrużeniem oka.

Co jednak można powiedzieć z całą pewnością i co na pewno cieszyło moskiewskich dygnitarzy, to fakt iż pomnik wybudowano w tym a nie innym miejscu aby górował nad Ławrą Peczerską, potwierdzał świeckość kraju oraz wyższość władzy sowieckiej nad duchowną.

Numer #2: Kisielin

Kisielin

Właśnie przez Kisielin ukraińskie TOP5 dorobiło się przymiotnika „subiektywne”. Bo jakby nie patrzeć do Kisielina dotrzeć jest niełatwo a na miejscu nie zobaczymy zapierających dech w piersiach zabytków, które wynagrodziły by trudy podróży. W zamian za to, wizyta w Kisielinie niesie za sobą niesamowity ładunek emocjonalny. Tak było w moim przypadku i tak byłoby zapewne w przypadku każdego, kto ma choć mgliste pojęcie o Rzezi Wołyńskiej.

Widoczne na zdjęciu ruiny kościoła były świadkiem jednej z wielu zbrodni, jakie miały miejsce na terenie dawnego województwa wołyńskiego. W sielankowym krajobrazie otaczającym Kisielin doszło do mordu na ogromną skalę za sprawą oddziału Ukraińskiej Powstańczej Armii, który w lipcu 1943 roku zgładził dziewięćdziesięciu cywilnych, polskich mieszkańców wsi. Do masakry doszło tuż po zakończeniu mszy w kościele Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny a cała historia wraz tłem historycznym została opowiedziana w rewelacyjnym filmie dokumentalnym pt.: „Było sobie miasteczko”, do którego obejrzenia gorąco zachęcam: ODNOŚNIK DO FILMU NA YT.

Jak już się do Kisielina dotrze, to warto pokręcić się trochę po okolicy. Można przyjrzeć się z bliska życiu zachodnioukraińskiej wsi a dodać wypada, że jest ona położona bardzo malowniczo, wśród rozległych łąk i lasów.

Numer #1: Prypeć

Prypec

Prypeć narodził się dzięki elektrowni w Czarnobylu i przez nią też skonał, opuszczony pośpiesznie przez swoich mieszkańców po zaledwie szesnastu latach bytności. Obecnie do Prypeci organizuje się komercyjne wyjazdy i każdemu kto się zastanawia czy wziąć w takim wyjeździe udział podpowiadam, że warto. Miasto w chwili obecnej jest swoistym muzeum czasów sowieckich a to za sprawą pozostawionych przez mieszkańców przedmiotów codziennego użytku. Tych oczywiście przedmiotów, które jakimś cudem nie zostały zgrabione po 1986 roku. W chwili katastrofy w mieście porzucono również przygotowania do Święta Pracy przez co zaglądając do niektórych budynków i pomieszczeń znajdziemy uszykowane na tę okazję wstążki, ozdoby i portrety przywódców.

Prypeć to przede wszystkim pełna bólu historia niemalże 50.000 mieszkańców, których los zmusił do pozostawienia życiowego dobytku i do zmiany miejsca zamieszkania. Może właśnie przez to wizyta w mieście niesamowicie działa na wyobraźnię i tak silnie oddziałuje na zwiedzającego. Ze swojej strony dodam, że największe (niestety ponure) wrażenie zrobiła na mnie wizyta w szkole podstawowej. To chyba dlatego, ze dramat dzieci przeżywa się bardziej niż dramat osób dorosłych.

Nie bez powodu jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Prypeci stał się ubrany w żółte wagoniki diabelski młyn. Obiekt sam w sobie zmusza do chwili refleksji ale gdy dodatkowo pozna się jego historię, która opowiada nam, że choć został stworzony dla ludzkiej przyjemności a nigdy nie zabrał na przejażdżkę choćby jednej osoby, wówczas oderwać od niego wzrok jest jeszcze trudniej. Tworząc ten subiektywny, skromny ranking, jedyne czego byłem pewien od samego początku to faktu, że Prypeć na pewno znajdzie się na miejscu numer jeden.

Zamiast podsumowania – mapka do wpisu:

Add A Comment